Horror w cieniu Warsaw Spire. – Do Romana się przyznaję. Ale do Bartka już nie. Jego nie chciałem zabić – mówił 34-letni Andrij S. oskarżony o zabójstwo dwóch bezdomnych w pustostanie przy ul. Grzybowskiej 71 w Warszawie. Zamordowano tam co najmniej trzy osoby, a jedna popełniła samobójstwo. Andrij twierdził, że Romana zabił „w transie”, przyznając, że tego dnia zażył kilka gramów mefedronu sowicie podlewanego piwem i tanią wódką. Bartka „tylko pobił”. Dom przy Grzybowskiej 71 znajduje się w cieniu 180 metrowego wieżowca Warsaw Spire, uważanego za najwyższy i najbardziej prestiżowy biurowiec w stolicy. Budynek nie ma wiele wspólnego z prestiżem i właściwie sprawia wrażenie, jakby jego zarządcy tylko czekali, aż się zawali i będzie można postawić tam bardziej dochodową nieruchomość. W jednej części mieszka trochę starych lokatorów. W drugiej urządzili się bezdomni, głównie z Ukrainy i Polski. Stworzyli namiastkę normalnego domu, mogąc w podgrupach wybrać sobie pokoje. Jednak zimą i początkiem wiosny 2024 roku rozegrał się tam prawdziwy horror. Zabito tam trzech lokatorów, a czwarty popełnił samobójstwo (przynajmniej nie znaleziono dowodów, że ktoś mu „pomógł”). Ciała zostały ukryte w nieużywanych pokojach. Tak by nie przeszkadzały żywym. Dom zły W kwietniu 2024 roku jedna z mieszkanek uciekła stamtąd, bojąc się, że zostanie zamordowana. Zgłosiła się na policję i opowiedziała o tym, co działo się w miejscu, które miało być azylem dla bezdomnych. Policjanci i prokuratorzy po odkryciu czterech zwłok i informacji, że mógł być jeszcze jeden denat, ale jego ciało ponad wyrzucono do śmierci, nazwali to miejsce i sprawę: „domem złym”. Po niespełna dwóch latach śledztwa, prokurator Aleksandra Piasta-Pokrzywa z Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie skierowała do sądu akt oskarżenia w sprawie dwóch zabójstw. 34-letniego Andrija S. z Ukrainy oskarżono o zamordowanie dwóch bezdomnych Romana Z. i Bartosza P. 36-letni Ion B. z Mołdawii zaś miał pomagać przy pierwszej z tych zbrodni. Czytaj także: „Dom zły” na Woli. Kiedy wypił zmieniał się w demona. Zabił dwie osoby„Byłem jak w transie” Proces w sprawie „domu złego” właśnie ruszył przed Sądem Okręgowym w Warszawie. 34-letni Andrij S. (wykształcenie podstawowe, zarabiający jako „parkingowy” przed hotelem Marriott do 3 tys. złotych miesięcznie) był traktowany przez resztę mieszkańców Grzybowskiej 71 jako niekwestionowany lider. Większość się go po prostu bała. Zwłaszcza gdy sobie popił. Przed sądem stawał lekko strapiony, ale nie okazując większych emocji. – Do Romana się przyznaję. Ale do Bartka już nie. Jego nie chciałem zabić – oświadczył podczas pierwszej rozprawy. Jego wyjaśnienia z czasu śledztwa, odczytane przez sąd, ewoluowały przez kolejne miesiące w kolejne szczegóły tego, co wydarzyło się za murami „domu złego”. Andrij poznał Romana dwa lata wcześniej, gdy ten ostatni wyszedł z więzienia. Potem obaj trafili na Grzybowską. Na początku 2024 roku Roman miał „nikomu nie dawać spokoju”. Zwłaszcza po alkoholu, który przy Grzybowskiej był spożywany regularnie, w dużych ilościach (na ile pozwalały oszczędności biesiadników). Andrij twierdził, że raz Roman przyszedł do niego z młotkiem i śrubokrętem, domagając się pieniędzy swojego kolegi.Cios nożem kuchennym Oskarżony twierdzi, że Roman ciągle przychodził i coś chciał. „Powiedział, żebym się wyprowadził z mieszkania. Mieszkał wtedy nade mną i chciał, żebym się wyprowadził z mojego lokalu. Zaczął przynosić swoje rzeczy. Był pijany i przyszedł z młotkiem. Wtedy nie wytrzymałem. Dałem mu cios nożem kuchennym, takim dużym, w okolice serca. Za drugim razem pociągnąłem nożem po szyi” – opowiadał w śledztwie Andrij S., ponoć bez większych emocji. Wedle tej relacji, Roman miał pójść do swojego lokum, brocząc krwią z ran. Po jakimś czasie Andrij poszedł dokończyć dzieła. „Chciałem się upewnić, czy żyje. Dostał kilka ciosów z ręki. Potem przewróciłem go na ziemię. Ja byłem wtedy jaki w transie. Walnąłem go jeszcze po głowie i raz czy dwa nożem po klatce piersiowej. Czekałem, aż on umrze. Niezbyt długo, jakieś 15-20 minut. Kiedy zmarł, wziąłem długi kuchenny nóż i odciąłem mu obie dłonie po kości” – wyjaśniał Andrij S. Czytaj także: Morderstwa na Woli. Ukrainiec przyznał się do winy, sześć osób w areszcie [WIDEO]Mefedron, gorzałka i nóż W późniejszych wyjaśnieniach Andrij wyznał, że w dniu zabójstwa Romana był zarówno pijany, jak i odurzony „kryształem” (najtańszym i bardzo silnym narkotykiem sprzedawanym jako mefedron, choć pod tą nazwą kryją się przede wszystkim jego tańsze pochodne). „Pojechałem rano po mefedron. Kupiłem 3,5 grama. Wziąłem najpierw pół grama i popiłem piwem. Pół godziny później zażyłem kolejne pół grama. Kupiłem litr wódki i kilka piw, które na Grzybowskiej wypiliśmy w 15 minut” – mówił S. Wspominał, że zaraz potem, na uboczu – „tak by Roman nie widział” – zapodał sobie kolejne pół grama „kryształu”. A potem już doszło do ataku na Romana. Po pierwszych ciosach Andrij S. miał jeszcze zmieszać resztkę narkotyku z alkoholem” i wtedy upewnić się, czy jego ofiara nie żyje.Dłonie do reklamówki Po zabójstwie, S. wrzucił odcięte dłonie do reklamówki, swoją zakrwawioną odzież i wyrzucił do wszystko do śmietnika. Potem miał zapakować zwłoki do śpiwora i zaciągnąć je na strych. „Nikt mi z Romanem nie pomagał, ja zrobiłem to sam. Żałuję tego, co się stało” – twierdził. Nigdy nie odnaleziono dłoni Romana. Czytaj także: „Dom zły” na warszawskiej Woli. Podejrzany Ukrainiec wydany PolsceBartosz trafia do śpiwora W kwestii śmierci Bartosza P. Andrij nie zaprzeczał, aby zrobił mu krzywdę, ale zapewniał, że nie chciał go zabić. „Piliśmy tego wieczora. Zaczęliśmy się kłócić o różne rzeczy. Nie wytrzymałem, zacząłem go bić. On się jeszcze uderzył w parapet głową. Zadałem mu jeszcze ze dwa, trzy ciosy nogą, kiedy leżał. Potem wyszedłem zapalić. Rano zobaczyłem, że on nie żyje. Nie chciałem go zabić” – wyjaśniał Ukrainiec. Ciało Bartka zapakował do śpiwora i zaniósł do mieszkania na trzecim piętrze, w którym leżały już zwłoki Siergieja (zabitego na przełomie marca i kwietnia żeliwną rurką przez Iwana R.)Po morderstwie słuchał muzyki Według śledczych Bartosz P. zginął, bo zarzucił Andrijowi m.in., że za mało dokłada się do jedzenia. Ukrainiec uderzył go w twarz, łamiąc żuchwę. A gdy P. padł na ziemię, kopał go w klatkę piersiową, gruchocząc żebra i mostek. Po wszystkim Andrij S. zabrał telefon zabitego, włożył słuchawki i słuchał muzyki. Jakby nic się nie stało. 36-letni Ion B. z Mołdawii (zdaniem prokuratury pomagał Ukraińcowi w zabójstwie Romana, w czasie którego zadali ofierze po kilkadziesiąt ciosów w tułów, głowę, ręce i nogi) przekonywał, że nie ma nic wspólnego ze zbrodnią. Miał być nawet zszokowany tym, że Andrij zabił Romana. W kolejnej części tej historii przedstawimy prawdopodobny motyw zabójstwa Romana Z. Będzie to opowieść o miłości, śmierci, zdradzie i nadziei. Czytaj także: Sprawa czterech morderstw na Woli. Znamy motyw [TYLKO U NAS]Uciekła, bo miała być następna Historia ta zaczęła się w niedzielę 7 kwietnia 2024 roku, gdy na policję zgłosiła się kobieta, która powiedziała funkcjonariuszom, że w kamienicy przy ulicy Grzybowskiej 71 jest kilka ciał. Osoby te miały zostać zamordowane. Kobieta była bardzo przestraszona i mówiła, że mogła być następną ofiarą. Natychmiast do kamienicy skierowano policjantów i techników kryminalistycznych. Najpierw odkryto ciała dwóch mężczyzn. Znajdowały się w opustoszałych pokojach. Zwłoki, w zaawansowanym stanie rozkładu, były przykryte śmieciami między innymi starą kołdrą lub śpiworem. Jednak śledczy mieli informację, że ofiar może być znacznie więcej.Dwa ciała Funkcjonariusze zaczęli dokładniej przeszukiwać budynek. Natrafili na kolejne dwa ciała mężczyzn. Jedno miało znajdować się na strychu, a jedno w piwnicy. To ostatnie było częściowo pogrzebane w ziemi. Na szyi mężczyzny znalezionego w piwnicy odkryto pętlę z przeciętym sznurem. Na ciałach dwóch ofiar znaleziono obrażenia świadczące, że mogły zostać pobite na śmierć. Policjanci odkryli w pobliżu przedmioty, które mogły być użyte do zabójstwa. Kolejna miała rany kłute i rąbane. W sprawie mężczyzny z piwnicy, prokuratura nie znalazła dowodów wskazujących, że doszło do zbrodni. W ciągu kilku miesięcy zarzuty usłyszało 11 osób, w tym Andrij S. i Ion B., którym zarzucono morderstwa. Zdecydowana większość podejrzanych miała ponieść konsekwencje za niezawiadomienia o przestępstwie. Czytaj także: Morderstwa na warszawskiej Woli. Zatrzymano dziesiątą osobę