Reportaż Jagody Grondeckiej. Ostatnie dwa miesiące Saman Hosejnpanahi spędził na czekaniu. Trzydziestojednolatek, jak setki innych członków rozsianej po świecie kurdyjskiej diaspory, poczuł wezwanie ojczyzny w styczniu, gdy Iranem wstrząsnęły historyczne protesty. Niemal natychmiast spakował się i zostawił za sobą urządzone przez dekadę w Wielkiej Brytanii życie. – To nasza największa szansa, okazja dla każdego bojownika o wolność – mówi mi o wojnie z Iranem, gdy spotykamy się w Irbilu w irackim Kurdystanie.Hosejnpanahi pochodzi z miasta Sanandadż – stolicy irańskiego Kurdystanu, który Kurdowie stamtąd określają mianem Rożhelat. Jest członkiem zbrojnego skrzydła partii Komala – Organizacji Pracujących Kurdystanu. Wstąpił do niej w wieku zaledwie 17 lat, gdy, jak tłumaczy, „zobaczył, co irański reżim robi Kurdom”. – Cała moja rodzina jest zaangażowana politycznie. Ojciec, wujkowie, brat. Wychowałem się w tym. I przyłączyłem się do partii, by walczyć o lepszą przyszłość dla Kurdów.Kurdowie to podzielona między czterema państwami – Turcją, Syrią, Irakiem i Iranem – największa na świecie grupa etniczna bez własnego państwa. Choć w Iranie Kurdowie stanowią ok. 10 proc. populacji, są systemowo dyskryminowani na wielu poziomach: nie mogą na przykład zrzeszać się w partiach politycznych. Komala i inne partie irańskich Kurdów funkcjonują na wygnaniu, przede wszystkim właśnie w irackim Kurdystanie, a ich struktury w Iranie pozostają podziemne. Przyłapanym na politycznej działalność grozi więzienie, a ich rodzinom – represje. Dlatego Saman, jak wielu innych, opuścił Iran.Walka z Państwem IslamskimPo raz pierwszy w życiu walczył jednak w innej sprawie: przeciwko Państwu Islamskiemu, które w 2014 i 2015 roku zajmowało kolejne irackie miasta. Saman walczył o odbicie Kirkuku, a po odniesionym zwycięstwie w 2016 roku wyjechał do Wielkiej Brytanii i osiadł w Liverpoolu. Tam, jak przyznaje, przez kolejne lata dręczyły go nawracające koszmary z traumatycznymi wspomnieniami w pola bitwy. Mimo to jest gotów, by na powrót stanąć do walki. Jak twierdzi, podobnych jemu członków Peszmergi – jak zbiorczo określa się kurdyjskich bojowników – w ostatnim czasie do irackiego Kurdystanu przyjechało kilkuset: z Europy, Kanady, USA, a nawet Australii. – Byłyby nas tysiące, gdyby nie zamknięcie przestrzeni powietrznej w Iraku. Ale kiedy tylko wrócą połączenia lotnicze, ściągną nasi bracia z całego świata – przewiduje. Jego marzeniem jest, by swojego wychowywanego pod Liverpoolem syna zabrać do wolnego Kurdystanu i nauczyć go kurdyjskiego.Rozmawiamy w siedzibie Komali. W jej reprezentacyjnym pomieszczeniu zatknięte są dwie flagi: partyjna i autonomicznego regionu Irackiego Kurdystanu. Na ścianach dwa portrety: Foada Mustafy Soltaniego, jednego z założycieli grupy, i bojownika, który zginął w partyzanckich działaniach na terytorium Iranu. 22 lutego Komala weszła w skład Koalicji Sił Politycznych Irańskiego Kurdystanu – parasolowej organizacji zrzeszającej główne partie irańskich Kurdów w Iraku, która miała pomóc skoordynować działania i cele polityczne. Sześć dni później, po wybuchu wojny, sześć zrzeszonych w koalicji partii ogłosiło nową fazę: zgromadzenie sił wzdłuż granicy z Iranem i „gotowość do odpowiedzi w miarę rozwoju sytuacji”.Świat szerzej usłyszał o Kurdach, gdy amerykańskie media podały, jakoby CIA miało zbroić ich zbrojne frakcje w Iraku, a prezydent Donald Trump 5 marca obwieścił, że „byłoby wspaniale, gdyby Kurdowie dołączyli do wojny”. Choć kilka dni później zmienił zdanie, argumentując, że wojna „jest już i tak zbyt skomplikowana” oraz „nie chce, by Kurdom stała się krzywda”, nadzieje zostały już rozbudzone.Czytaj też: Iran grozi amerykańskim firmom. Władze kraju zapowiadają odwetIran boi się KurdystanuReza Kaabi, sekretarz generalny partii, ma nie tylko nadzieje, ale i konkretne oczekiwania: – Reżim (w Teheranie – przyp. aut.) panicznie boi się Kurdystanu. Wiedzą, że w Kurdystanie są siły zbrojne. I to jest jedyna część lub region, przez który grupy zbrojne lub siły zbrojne mogą wkroczyć do Iranu. Wiedzą o tym i zmilitaryzowali wszystkie granice, wysyłając tam tysiące żołnierzy. Istnieje nierównowaga między naszymi siłami a siłami reżimu: są liczniejsi i mają broń, której my nie mamy. I dlatego potrzebujemy wsparcia – mówi mi.Najważniejsze, jak wymienia, jest zamknięcie przestrzeni powietrznej nad zachodnim Iranem, i wsparcie z powietrza – ostrzał irańskich sił, które zostałyby wysłane do tego regionu. – W takich warunkach mamy szansę usunąć siły reżimu z zachodniego Iranu – twierdzi Kaabi. Słowa Donalda Trumpa, w których wycofuje się z idei kurdyjskiej ofensywy lądowej, komentuje: – Nie ma już odwrotu. Ani dla Izraela, ani dla USA, ani dla Iranu.Kaabi pochodzi z Saqqez, tego samego miasta, co Żina Mahsa Amini – Kurdyjka zabita przez irańskie siły bezpieczeństwa za nieprawidłowo założony hidżab. W młodości studiował sztuki piękne oraz grał na wiolonczeli. Później, jak przyznaje z półuśmiechem, instrument zamienił na AK47. – Sztuka walki. Ale to nie był mój wybór – zastrzega. Także wywodzący się z upolitycznionej rodziny Kaabi w latach 80., na fali prześladowań kurdyjskich przeciwników Islamskiej Republiki, przeżył śmierć dwóch ze swoich sióstr, Szahli i Nasrin – jedna z nich była lekarką, dyrektorką szpitala, druga pielęgniarką. Nie były zaangażowane politycznie. Zostały powieszone. Ten reżim jest przeciwko kobietom, promuje terroryzm, nie ma legitymacji społeczeństwa – wylicza. – Jest słaby, wszyscy przeciwko niemu protestują, a społeczność międzynarodowa izoluje.Choć Kaabi „docenia wszelkie wysiłki ze strony społeczności międzynarodowej, które prowadzą do obalenia reżimu”, twierdzi, że największą siłą jego partii jest poparcie wśród samych Irańczyków. – Jedną z cech kurdyjskich partii opozycyjnych jest ich bardzo organiczna relacja z naszym społeczeństwem w Iranie. Mamy nowe pokolenie, które wie o nas i okazuje nam swoje wsparcie. Te głębokie relacje, które utrzymujemy z naszymi ludźmi w Iranie, z różnymi warstwami społecznymi, z naukowcami, ze studentami, ze społeczeństwem obywatelskim, pozwalają nam unowocześniać naszą partię i dyskurs, nie stać się tradycyjnymi, przestarzałymi lewakami.Program Komali to świecki, socjalistyczny federalizm. Podczas gdy przywództwo partii czeka na najlepszy moment, jej uzbrojeni w kałasznikowy, granatniki przeciwpancerne i karabiny snajperskie pozostają w gotowości. Lokalizacje ich obozów rozsianych po górach Zagros są ze względów bezpieczeństwa utajnione, a władze Kurdystanu niechętnie dopuszczają do nich dziennikarzy. Udaje mi się jednak odwiedzić jedną z baz. O tej porze roku pogranicze iracko-irańskie jest wyjątkowo piękne – z drogi widać wciąż pokryte śniegiem szczyty, a niżej, w dolinach, drzewa wiśni i migdałowce, pomiędzy nimi zaś łąki usiane kwiatami. Krajobraz jest tak idylliczny, że myśl o zbrojnym starciu wydaje się odległa.Czytaj też: Wojna na górze po irańsku. Rośnie opozycja wokół nowego przywódcy„Kobieta, życie, wolność”Po piętnastominutowym marszu pod górę docieramy do obozowiska – kilka rozsianych w niewielkiej dolinie namiotów, polana, na której odbywają się ćwiczenia militarne, snajperzy usadowieni na skalistych szczytach dookoła i tak dobrze zlewający się z tłem, że wypatrzenie ich zajmuje dłuższą chwilę.„Żin, żijan, azadi” – skanduje około dwóch tuzinów członków Peszmergi. „Kobieta, życie, wolność” to od dawna używane przez Kurdów hasło, które w 2022 stało się symbolem dramatycznych protestów po śmierci Żiny Amini. Jej śmierć dla wielu Iranek i Irańczyków była momentem przełomowym. 18-letnia wówczas Rożina pod wpływem wstrząsu, jakim była śmierć sąsiadki z jej rodzinnego miasta, zdecydowała się wtedy wstąpić w szeregi Peszmergi i wieść surowe, obozowe życie. Karabin na jej ramieniu uderzająco kontrastuje z jej niewielkim wzrostem i dziecięcą urodą. – Jeśli masz jasną i słuszną ideę, nie czujesz niewygód – twierdzi. – Walczę za niepodległy Kurdystan, za wolność dla wszystkich Kurdów, prawa człowieka, prawa kobiet. Nie tylko za jedną z nich, ale za miliony Mahs Amini.Poza surowością życia w górach i w ścisłym reżimie wojskowym – pobudka o 6 i trening militarny i fizyczny każdego dnia – odkąd rozpoczęła się wojna, członkowie Peszmergi żyją też w coraz większych zagrożeniu. Obozy i siedziby kurdyjskich partii na uchodźstwie są celem Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, które określają je jako „grupy terrorystyczne” i przeprowadzają na nie praktycznie codzienne naloty. Bojownicy chowają się w górskich kryjówkach przed dronami i pociskami balistycznymi, lecz nie zawsze skutecznie. Od początku wojny w ostrzałach zginęło dwóch członków Komali, a dwóch innych zostało rannych, podaje TVP.Info, Afszin Dadawand, przedstawiciel grupy.Niebezpieczeństwo dotyka ich jednak nie tylko w górach. Szacho Bluri, 56-letni weteran Peszmergi z 30-letnim stażem w ugrupowaniu, jeszcze w Iranie stracił z rąk reżimu osiemnaścioro członków rodziny – w tym 21-letniego wówczas brata, pieśniarza protestów. – Kiedy ustanowiona została Islamska Republika, Kurdowie odrzucili ją w referendum. Wtedy zaczęli wojnę przeciwko nam. To było ludobójstwo – twierdzi mężczyzna. – Bombardowali nasze miasta, najbardziej Sanandadż i Sakkez, wchodzili do nich i wieszali nas, strzelali do nas.Szacho, który na co dzień mieszka w jednym z europejskich krajów, podobnie jak Saman przyjechał do obozu podczas styczniowych protestów w Iranie. Liczył na to, że już wtedy protestującym uda się doprowadzić do obalenia reżimu. Jak przyznaje, okazało się jednak, że ten jest silny, a jego pobyt w górach Kurdystanu przedłużył się na bliżej nieokreśloną przyszłość.Jak sam przyznaje, jego życie w Europie jest bardzo komfortowe, jednak wybrał, by przyczynić się do zmiany. – Moja żona rozumie mój wybór, ona także straciła w Iranie dwóch braci.Szacho nie zraziły wypowiedzi Donalda Trumpa o Kurdach. – On nie jest stabilną osobą. Ale myślę, że czasami jest także bardzo mądry, na przykład podejmując decyzję, żeby walczyć z najbardziej terrorystycznym państwem świata – mówi o Iranie. – USA to nasz przyjaciel, ale myślę, że większe nadzieje wiążą się z Izraelem – dodaje jednak.Blisko upadku reżimuKarwan, 42-letni dowódca stacjonującego w tym obozie oddziału, nie wyjawia, iloma zbrojnymi bojownikami dysponuje partia. Wierzy jednak, że wkrótce będą w stanie przeniknąć przez góry do Iranu, a dni Islamskiej Republiki są policzone. – Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy Ameryka zaatakowała. Spodziewaliśmy się tego, bo to brutalny reżim. Jestem w partii od 20 lat i to najbliżej, kiedy byliśmy od jego upadku – twierdzi.Iran opuścił w 2006 roku, po tym, jak za swój aktywizm polityczny spędził sześć miesięcy w więzieniu. Po wyjściu za kaucją wyjechał, a jego codziennością stało się życie w to jednym, to drugim obozie po drugiej stronie granicy. – Mamy silnego ducha i gotowość do podjęcia akcji. Ale nie zrobimy tego, jeśli USA nie stworzą strefy zakazu lotów. To byłoby samobójstwo – uważa. Choć kilka godzin później bojownicy przy ognisku śpiewają pieśń o męczennikach, nikt nie chce przecież podzielić ich losu.Może tak się jednak okazać w każdym przypadku. Choć niezwykle zmotywowane, oddziały kurdyjskie to partyzantka lub lekka piechota, według ekspertów licząca ok. 4000-5000 walczących. Same partie kurdyjskie nie chcą zdradzać, ile osób pod bronią mają na podorędziu. – Wystarczająco – odpowiada mi ze śmiechem Amandż Ziboi z Demokratycznej Partii Kurdystanu Irańskiego, jednego z najstarszych kurdyjskich ugrupowań.Odwiedzam także jeden z obozów Partii Wolności Kurdystanu. Położone ok. 30 min od Irbilu osiedle domków kilkoma dniami została uderzona trzema irańskimi pociskami balistycznymi. Części rakiet wciąż leżą obok krateru, gdzie spadły; oprowadzający mnie po bazie bojownicy PAK zapewniają, że w regionie takimi pociskami dysponują tylko Irańczycy. I dodają, że mimo ataku mieli sporo szczęścia.W nalocie zginął jednak tylko jeden bojownik, 31-letni Kewan. Wszystko dlatego, że obóz został ewakuowany wcześniej, po ataku drona, który chybił i wylądował na wzgórzu obok. – Gdyby nie to, ofiar byłoby o wiele więcej – kręci głową Chalid, oprowadzając mnie po kolejnych zniszczonych domach. W bibliotece Yazdanpanaha zostały książki na temat historii Kurdystanu i nauk politycznych; w innych ubrania, kosmetyki, utensylia kuchenne. Na zewnątrz widzę opuszczony plac zabaw ze zjeżdżalnią i huśtawkami, a w alejkach – porozrywane na strzępy gołębie. Po gruzach biegają psy.Kilku bojowników mężczyzn teraz jedynie patronuje opustoszałe już osiedle, jednocześnie czekając, aż będą mogli wkroczyć do walki. – Myślę, że to kwestia dwóch, maksymalnie trzech miesięcy, aż upadnie irański reżim – przewiduje Chalid. Wciąż wierzy, że USA zdecydują się na pomoc, bo „walczą ze wspólnym wrogiem, terrorystą”. On także, jak wielu bojowników, pochodzi z rodziny o opozycyjnych tradycjach. Jego wujek spędził w więzieniu 15 lat.„Wolność nigdy nie jest tania”Chalid marzy o dwóch rzeczach: by zjeść makaroni swojej matki oraz o powrocie do „miasta, w których można wieść spokojne życie, wolne życie, gdzie można mówić, co się chce i nie jest się za to aresztowanym, gdzie nastoletnie dziewczynki nie trafiają do więzień”. Wierzy, że każda izraelska i amerykańska bomba przybliża go do tego celu. Zapytany o cywilne ofiary konfliktu, odpiera: „wolność nigdy nie jest tania”.W pewnym momencie przerywa naszą rozmowę: właśnie otrzymał raport, że z irańskiej strony granicy wystrzelony został pocisk. Musimy jechać. Później dowiaduję się, że rzeczywiście trafiona została baza innej kurdyjskiej partii. To jeden z ponad 270 ataków na iracki Kurdystan w ciągu pierwszych dwóch tygodni wojny. Władze tego autonomicznego regionu oraz wielu mieszkańców sprzeciwia się idei zaangażowania Kurdów w wojnę w obawie, że przyniesie im to poważne konsekwencje. Na wieść, że Donald Trump wycofał się ze swojego kurdyjskiego planu, wielu odetchnęło z ulgą.Saman twierdzi jednak, że jego pobratymcy wkrótce ruszą do boju niezależnie od tego. – Jeśli Ameryka na pomoże, to dobrze. Ale nie będziemy czekać na zielone światło od nich. Robimy tę robotę sami od ponad 40 lat.Czytaj też: Trump popełnia fatalny błąd. Ewidentnie nie rozumie Iranu