Przegląd tygodnia. Poznaliśmy odpowiedź na pytanie, które od kilku tygodni dręczyło opinię publiczną: jaką decyzję podejmie prezydent Karol Nawrocki w sprawie ustawy wprowadzającej unijny program SAFE. W czwartek o godzinie 20 prezydent wygłosił orędzie do narodu, w którym zakomunikował, że ustawy nie podpisze. Zdaniem Karola Nawrockiego sprawa programu SAFE została wykorzystana do eskalacji społecznej polaryzacji i budowania podziałów między Polakami. Prezydent przekonywał także, że Bruksela mogłaby arbitralnie wstrzymać finansowanie, podczas gdy państwo i tak musiałoby spłacać zaciągnięty dług (czego dowodem miałaby być sprawa KPO).W narracji Nawrockiego program SAFE uderza w polską suwerenność, niezależność oraz bezpieczeństwo, zarówno ekonomiczne, jak i militarne. Prezydent przestrzegł też rządzących, że wszelkie próby zagranicznego zadłużania kraju w sposób – jak to ujął – pozaprawny, „tylnymi drzwiami”, wcześniej czy później spotkają się z odpowiedzialnością. Była to oczywiście aluzja do zapowiedzi ze strony rządu, że nawet przy prezydenckim wecie program SAFE w okrojonej formie zostanie w Polsce wprowadzony.Sprawę szybko skomentował premier Donald Tusk na platformie X. Napisał krótko: „Prezydent stracił szansę, aby zachować się jak patriota. Wstyd! Jutro o 9 rano odpowiedź polskiego rządu na nadzwyczajnym posiedzeniu Rady Ministrów”. Nie gryźli się w język również inni przedstawiciele rządu. Wicepremier i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski napisał, że „prezydent wolnej Polski nie powinien być kłamcą i tchórzem”. Czytaj też: Premier o „SAFE 0 proc.”: Nie zawracajmy sobie tym głowy***Jednocześnie prezydent Karol Nawrocki przekonuje, że zamiast unijnej pożyczki rząd powinien przyjąć jego propozycję tak zwanego „polskiego SAFE 0 proc.” „Ten projekt to silna armia bez zadłużenia na pokolenia (...) To zero zależności i sto procent suwerenności” – stwierdził prezydent.Kilka faktów. W ramach unijnego programu SAFE Polska mogłaby otrzymać prawie 44 miliardy euro, czyli około 185 miliardów złotych na obronność, najwięcej ze wszystkich państw Unii Europejskiej. Roczne oprocentowanie miałoby wynieść około 3,5 procent, a kredyt musiałby zostać spłacony do 2070 roku.Tymczasem jeśli chodzi o szczegóły propozycji Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego, tak zwanego „SAFE 0 proc.”, który dość szybko premier Donald Tusk przemianował na „SAFE 0 złotych”, wiemy, że chodzi o wykorzystanie nadmiarowych zysków wypracowanych przez Narodowy Bank Polski. Skąd jednak te zyski, skoro bank w ostatnich latach raportował straty? Między innymi, jak mówił sam prezes Glapiński, z rezerw złota banku centralnego.Przeprowadziłam jednak w ostatnich dniach kilkanaście rozmów z politykami Prawa i Sprawiedliwości. I kiedy pytam, skąd miałyby się wziąć kapitał na wzmocnienie polskiej obronności, słyszę bardzo różne wersje. Jedni mówią, że będziemy sprzedawać złoto. Drudzy zapewniają, że absolutnie nie, wystarczy wzrost jego wartości. Inni wspominają o obligacjach, pożyczkach czy różnych rozwiązaniach księgowych. Nikt jednak nie jest w stanie w sposób klarowny, jasny i prosty wytłumaczyć, skąd - mówiąc wprost - te pieniądze i kiedy dokładnie byłyby dostępne.***Co będzie dalej? Zgodnie z zapowiedzią premiera Donalda Tuska w piątek odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Ministrów. Wziął w nim udział również Zbigniew Bogucki, szef prezydenckiej kancelarii.Premier przekonywał, że koalicja była przygotowana na ewentualność zawetowania ustawy o SAFE. W piątek w południe Kancelaria Premiera poinformowała, że rząd przyjął uchwałę w sprawie programu „Polska Zbrojna”. W komunikacie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów czytamy: „Wobec bezprecedensowego i gwałtownego pogorszenia się bezpieczeństwa w Europie, Polska musi pilnie i na dużą skalę zwiększyć inwestycje w zbrojenia. Rada Ministrów upoważniła Ministra Obrony Narodowej oraz Ministra Finansów i Gospodarki do podpisania umowy dotyczącej SAFE.”W praktyce oznacza to jedno: program zostanie przyjęty, choć w uszczuplonej formule. Będzie on pomniejszony między innymi o środki, które pierwotnie miały trafić także do Straży Granicznej, Policji, Służby Ochrony Państwa i innych służb.Można więc wysnuć tezę, że działanie prezydenta było ruchem czysto politycznym, zgodnym z narracją Prawa i Sprawiedliwości, które od kilku miesięcy ostro atakuje program SAFE. Warto jednak przypomnieć, że jeszcze pod koniec ubiegłego roku politycy PiS, między innymi były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, program ten chwalili, a wręcz ponaglali rząd, by nie spóźnił się ze złożeniem wniosków. Argument był wtedy prosty: Polska nie może zmarnować niepowtarzalnej szansy na rozwój własnego przemysłu zbrojeniowego.Co takiego zmieniło się od ostatniego grudniowego wpisu ministra Błaszczaka w tej sprawie? Czy może chodzi po prostu o to, że zarówno opozycji, jak i prezydentowi bardzo nie na rękę byłby sukces rządu Donalda Tuska związany z modernizacją polskiej armii i zwiększaniem bezpieczeństwa państwa? Czy bezpieczeństwo Polski zostało złożone na ołtarzu partykularnych interesów politycznych? Zostawiam to pytanie otwarte, każdy może odpowiedzieć na nie zgodnie z własnym sumieniem.Czytaj też: Jest formalna decyzja prezydenta. Klamka w sprawie SAFE zapadła***Podczas piątkowego posiedzenia Sejmu wybrano sześcioro sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Są to: Magdalena Bentkowska (adwokatka, która reprezentowała kardiochirurga Mirosława G. w sprawie przeciwko byłemu ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze), Marcin Dziurda (radca prawny i profesor Uniwersytetu Warszawskiego), Anna Korwin-Piotrowska (prezeska Sądu Okręgowego w Opolu), Krystian Markiewicz (sędzia i profesor Uniwersytetu Śląskiego), Dariusz Szostek (radca prawny i profesor Uniwersytetu Śląskiego) oraz Maciej Taborowski (adwokat i profesor w Instytucie Nauk Prawnych Polskiej Akademii Nauk).Obsadzonych zostało sześć wakatów, które przez dłuższy czas pozostawały puste w piętnastoosobowym składzie Trybunału Konstytucyjnego. Przypomnijmy: sędziowie TK wybierani są przez Sejm na dziewięcioletnią kadencję.Dzisiejsza decyzja Sejmu nie oznacza jeszcze, że w Trybunale Konstytucyjnym większość stracą osoby związane z Prawem i Sprawiedliwością. Do stycznia 2027 roku z TK odejdą jednak trzy kolejne osoby. Może to oznaczać, że jeszcze w tej kadencji parlamentu większość w Trybunale będą mieli sędziowie wybierani przez obecną koalicję rządzącą.Pojawia się jednak pewna zagwozdka. Z ustawy o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego wynika, że każdy z wybranych dziś sędziów powinien złożyć wobec prezydenta ślubowanie o treści: „Ślubuję uroczyście przy wykonywaniu powierzonych mi obowiązków sędziego Trybunału Konstytucyjnego służyć wiernie Narodowi, stać na straży Konstytucji, a powierzone mi obowiązki wypełniać bezstronnie i z najwyższą starannością”.Może się jednak okazać, że Karol Nawrocki, idąc śladem swojego poprzednika Andrzeja Dudy, nie będzie chciał przyjąć tego ślubowania.Co wtedy? Rozmawiałem w piątek z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem, który przekonywał, że na taką ewentualność przygotowany jest plan B. Jak podkreślał, o ile w 2015 roku nikt w środowisku prawniczym nie spodziewał się, że Andrzej Duda może odmówić przyjęcia sędziowskiego ślubowania, o tyle dziś – bogatszy o tamte doświadczenia – rząd nie zamierza dać się zaskoczyć.Minister sprawiedliwości przekonywał także, że jest to dobry dzień dla polskiej demokracji, ważny sygnał i pierwszy krok w kierunku odzyskiwania niezależności przez Trybunał Konstytucyjny, który w ostatnich latach zasłynął z wydawania orzeczeń i zabezpieczeń na polityczne zamówienie Prawa i Sprawiedliwości.***W ubiegłą sobotę prezes Jarosław Kaczyński wskazał Przemysława Czarnka jako przyszłego premiera rządu PiS po wyborach w 2027 roku. Stało się to w słynnej hali Sokół w Krakowie, miejscu dla PiS szczęśliwym, bo to właśnie tam Jarosław Kaczyński wskazywał Andrzeja Dudę i Karola Nawrockiego, wówczas polityków mało znanych, jako kandydatów na prezydenta. Udało się dwa razy, a więc do trzech razy sztuka.Przemysław Czarnek wygłosił prawie półtoragodzinne przemówienie, w którym było sporo elementów tak zwanego „uniwersytetu chłopskiego rozumu”. Była więc opowieść o powrocie do tradycyjnego modelu rodziny, żarty z pół-bab i ćwierć-chłopów czy „czterech pancernych i psiecka” oraz słynne już „OZE-SROZE”. Dość szybko okazało się przy tym, że sam Czarnek ma na dachu swojego domu instalację fotowoltaiczną, choć zapowiedział już, że będzie ją teraz demontował.Nie spełniły się więc przewidywania, że prezes postawi na kogoś mniej zakorzenionego w twardym jądrze partii, na przykład któregoś z samorządowców, jak Lucjusz Nadbereżny, prezydent Stalowej Woli, kogoś spoza wewnętrznych wojen frakcyjnych.Przemysław Czarnek jest bowiem kojarzony ze środowiskiem tak zwanych „maślarzy”, którzy pozostają w sporze z „harcerzami” Mateusza Morawieckiego. Co prawda Jarosław Kaczyński i Przemysław Czarnek w sobotę w Krakowie starali się docenić dokonania byłego premiera, ale już wkrótce w rozmowie z Bogdanem Romanowskim Morawiecki, zapytany, czy chciałby zostać wicepremierem w rządzie Czarnka, odpowiedział, że „niekoniecznie”.Co dalej? Na razie sprawa programu SAFE przyćmiła polityczny moment Czarnka. Uważni obserwatorzy szybko jednak zauważyli, że w ławach sejmowych zajął on miejsce Ryszarda Terleckiego i siedzi teraz znacznie bliżej Jarosława Kaczyńskiego. Gdy pytałam o to polityków PiS, mówili wprost: to sygnał, że pozycja Przemysława Czarnka w partii wyraźnie rośnie.Czytaj też: „Odklejka Czarnka”. Politycy krytykują kandydata PiS na premiera