Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. Jestem przekonana, że za nim stoi potężna grupa PR-owa, która pomogła mu stworzyć ten sukces. Jest zapraszany wszędzie, sprawia wrażenie, że jest bardzo pożądaną, mądrą i ważną osobą – tak o znanym z sieci lekarzu mówiła psychiatrka Maja Herman, gościni podcastu „Powiem to pierwszy raz”. Wspomniany lekarz zaliczył w ostatnich tygodniach prawdziwy „tour de media”, choć wielu ekspertów zastanawia się głośno, czy tzw. medycyny opartej na faktach (evidence based medicine) nie zamienił czasem na medycynę opartą na lajkach. Mowa o ginekologu, dr. Tadeuszu Oleszczuku, „najpopularniejszym”, bo chyba zapraszanym najczęściej (przynajmniej w ostatnim czasie) do podcastów i wywiadów lekarzu, autorze m.in. książki „Czego ginekolog ci nie powie", prawdziwym medycznym celebrycie. Lekarz ten wykreował w sieci modę np. na badanie tzw. onkopierwiastków, czyli – w dużym uproszczeniu, wszak nie jestem ekspertką i nie zamierzam jej udawać – analizę poziomu pierwiastków we krwi, takich jak selen, arsen, cynk, kadm, ołów, miedź, by na jej podstawie ocenić ryzyko zachorowania na nowotwór.Tymczasem stanowisko Polskiego Towarzystwa Onkologicznego i Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej jest w tej kwestii jednoznaczne:„W związku z pojawiającymi się w przestrzeni publicznej informacjami na temat tzw. badań »onkopierwiastków«, prezentowanych jako metoda wykrywania lub monitorowania chorób nowotworowych, informujemy, że obecnie brak jest wiarygodnych danych naukowych uzasadniających wykonywanie tego typu badań zarówno u osób zdrowych, jak i u pacjentów z rozpoznanym nowotworem. Dostępne publikacje dotyczące oznaczania wybranych pierwiastków lub ich zaburzeń w kontekście chorób nowotworowych mają charakter pojedynczych doniesień obserwacyjnych, często opartych na małych grupach chorych, bez odpowiednich grup kontrolnych i bez potwierdzenia w badaniach prospektywnych. Tego rodzaju obserwacje nie stanowią podstawy do formułowania zaleceń diagnostycznych, prognostycznych ani do monitorowania skuteczności leczenia onkologicznego”.Czytaj też: Maria Seweryn mówi o walce o alimenty. Ale takich głosów potrzeba więcej„Pasożyty wychodzą w czasie pełni”Ale na tym nie koniec. Dr Oleszczuk jest m.in. propagatorem dość śmiałej tezy o tym, że „skoro często zgłaszane są objawy nasilających się dolegliwości związanych z obecnością pasożytów w czasie pełni czy nowiu księżyca, to można zakładać, że wykonanie w tym czasie badania kału co 2-3 daje większą szansę na wykrycie jaj pasożytów” i że warto wtedy rozważyć leczenie.– Sprawdziłam publikacje naukowe na temat skuteczności leczenia pasożytów w czasie pełni księżyca – Maja Herman w podcaście „Powiem to pierwszy raz” odniosła się do rady lekarza-celebryty. – Sprawdziłam to w PubMedzie (wyszukiwarka naukowa – red.). Okazuje się, że pełnia księżyca ma wpływ na pewne procesy, ale akurat nie na ten, o którym mówi ten lekarz. Można odnieść wrażenie (słuchając eksperta – red.), że te pasożyty w czasie pełni wychodzą z różnych miejsc u człowieka, by nacieszyć się światłem, które daje księżyc w pełni… – ironizowała moja gościni. - Pełnia księżyca ma wpływ na to, jak śpimy, na liczbę porodów i rozpoczęcie akcji porodowej, to zbadano, taka korelacja istnieje. Poza tym w świecie zwierząt istnieje pewien rodzaj muchy w krajach tropikalnych, która rozmnaża się „najwięcej” w czasie pełni księżyca – kontynuowała. Jednak o pasożytach i pełni nie było ani słowa.I pewnie, ktoś mógłby uznać, że nie zaszkodzi się przebadać (patrz „onkopierwiastki”), czy nie zaszkodzi się leczyć przeciwko pasożytom w czasie pełni księżyca... Ale tu chodzi o coś innego, o to jak treści bez pokrycia w źródłach „medycyny opartej na faktach” roznoszą i panoszą się w sieci, jak ujęła to Maja Herman, jak wirus.„Nie jedz chleba, nie będziesz mieć depresji”Psychiatrka odniosła się także do działalności popularnych braci Rodzeń. Jak dodała, ludzie, którzy w sieci szerzą medyczną dezinformację, biorą cząstkę prawdy i obudowują ją masakryczną ilością kłamstw. – Na skomplikowany problem medyczny mają jedną prostą odpowiedź. Wykorzystują cierpienie człowieka, by zarabiać na nim. To tak okrutne i tak niedopuszczalne, że czasem chce mi się krzyczeć – mówiła.Weryfikujmy informacje Zdaniem Herman formą przeciwdziałania może być wywieranie presji na osobach publikujących medyczne fejki, czy – w odpowiedzi na nie – przeprowadzanie w mediach społecznościowych swoistych szturmów informacyjnych z treściami obalającymi szkodliwe mity. I to zdaniem lekarki już się dzieje, bo medinfluencerzy bazujący na „evidence based medicine” w sieci też mają się dobrze, mają ogromne zasięgi, które do takich akcji mogą wykorzystywać.I jasne, to jest jakiś pomysł. Oby jego skuteczność tylko nabierała na sile. Lub by samorząd lekarski znalazł jakiś sposób na walkę z medyczną dezinformacją w sieci, tą, która serwowana jest nam przez ludzi stawiających „lek.” przed nazwiskiem.Ale ja podzielę się z państwem jeszcze jednym patentem. Takim, który może wdrożyć każdy z nas. Wystarczy – kiedy widzimy, jak nasz znajomy udostępnia treść pachnącą na kilometr ściemą – dotrzeć do tego znajomego, spytać o fact-checking lub zaproponować wspólną weryfikację, podrzucić garść badań, albo znaleźć w sieci materiały pozwalające na obalenie szkodliwych mitów. Jasne, że nasz wpływ na ludzi kolportujących fejki i zarabiających na tym niezłe pieniądze może być niewielki, ale już na tych, którzy bezrefleksyjnie je udostępniają – może być większy. A przynajmniej warto próbować. O sile oddolnych ruchów potrafiących zmieniać rzeczywistości chyba nie muszę przekonywać.Czytaj też: Rożniatowska: Wróżka mnie nastraszyła. Powiedziała, że będę żyć 95 lat