Obrona jednak działa... Gdy Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły na Iran, ten w odpowiedzi wysłał w powietrze drony i rakiety. Nad Bliskim Wschodem zaroiło się od relatywnie prostych i tanich konstrukcji, których zestrzeliwanie wymagało użycia jednych z najdroższych systemów obrony powietrznej na świecie. W komentarzach szybko pojawiła się teza, że Zachód wpadł we własną pułapkę: jego model prowadzenia wojny opiera się na niewielkiej liczbie niezwykle zaawansowanych i kosztownych systemów, które mogą zostać przeciążone przez masowe uderzenia znacznie tańszych środków. Ten obraz jest jednak tylko częścią prawdy. Wydarzenia ostatnich tygodni nie pokazują załamania zachodniej strategii, lecz raczej przypominają o czymś dobrze znanym z historii konfliktów zbrojnych. W epoce dronów i rakiet wojna ponownie okazuje się starciem potencjałów przemysłowych, a nie tylko pojedynkiem pojedynczych systemów uzbrojenia. Na pierwszy plan wysuwa się wydolność zaplecza produkcyjnego oraz zdolność do jego ochrony.Matematyka współczesnego pola walkiArgumentem najczęściej przywoływanym przez zwolenników tezy o słabości Zachodu jest prosta arytmetyka kosztów. Irańskie drony uderzeniowe z rodziny Szahed kosztują od kilkudziesięciu do około stu tysięcy dolarów. Tymczasem pojedynczy pocisk systemu obrony powietrznej Patriot to wydatek rzędu trzech–czterech milionów dolarów. W dodatku w praktyce bojowej często odpala się więcej niż jedną rakietę, aby zwiększyć prawdopodobieństwo przechwycenia.W pierwszych dniach konfrontacji na Bliskim Wschodzie ta dysproporcja stała się szczególnie widoczna. Systemy obrony powietrznej państw regionu oraz sił amerykańskich zużyły w krótkim czasie setki rakiet Patriot. Według części szacunków mogło to być ponad osiemset pocisków w ciągu kilku dni. Dla porównania Ukraina w trakcie całej wojny z Rosją otrzymała około sześciuset takich rakiet.Na pierwszy rzut oka wygląda to jak idealna strategia dla państwa dysponującego tańszą technologią. Wystarczy produkować duże liczby relatywnie prostych dronów i rakiet krótkiego zasięgu, by zmusić przeciwnika do wydawania wielokrotnie większych pieniędzy na ich zestrzeliwanie.Czytaj też: Cele USA i Izraela w wojnie z Iranem są „zbieżne, ale nie identyczne”Taki sposób działania jest dziś świadomie rozwijany przez państwa, które nie mają przewagi technologicznej nad Zachodem. Iran, ale także Rosja, inwestują w masową produkcję relatywnie prostych systemów: dronów uderzeniowych, tanich pocisków manewrujących oraz rakiet balistycznych krótszego zasięgu. Ich zadaniem nie jest precyzyjne niszczenie pojedynczych celów. Kluczową rolę odgrywa skala ataku.Jeśli w krótkim czasie nad celem pojawia się kilkadziesiąt lub kilkaset obiektów – lecących z różnych kierunków i na różnych wysokościach – obrona powietrzna musi reagować bardzo szybko i zużywa ogromne ilości amunicji. Nawet jeśli większość dronów zostanie zestrzelona, napastnik może osiągnąć swój efekt, jakim jest wydrenowanie zapasów przeciwnika.Obrona jednak działaMasowe ataki Iranu stworzyły wrażenie, że systemy obrony powietrznej państw regionu zostały wystawione na wyjątkowo trudną próbę. Ale rezultaty tych uderzeń były znacznie mniej spektakularne, niż sugerowała ich skala. Zdecydowana większość pocisków została przechwycona przez wielowarstwową obronę powietrzną, w której uczestniczyły zarówno systemy Patriot i THAAD, jak i zestawy krótszego zasięgu oraz lotnictwo.Nie oznacza to jednak, że ataki były całkowicie nieskuteczne. Część środków napadu powietrznego przedarła się przez obronę. W Abu Zabi dron uderzył w kompleks przemysłowy związany z sektorem energetycznym, wywołując pożar instalacji. W Dubaju eksplozje spowodowały uszkodzenia w rejonie zabudowy portowej i magazynowej.W jednym z przypadków irański pocisk trafił w element infrastruktury obrony powietrznej. Uszkodzony został radar wczesnego ostrzegania AN/TPY-2, stanowiący część systemu antybalistycznego rozmieszczonego przy bazie lotniczej Al Dhafra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Instalacja ta odpowiada za wykrywanie i śledzenie rakiet balistycznych na bardzo dużych odległościach. Trafienie nie sparaliżowało jednak całego systemu – pozostałe sensory oraz stanowiska dowodzenia przejęły jego funkcje, a obrona powietrzna regionu nadal działała.Jednocześnie nie udało się osiągnąć najważniejszych celów militarnych. Irańskie uderzenia nie zniszczyły kluczowych baz lotniczych ani infrastruktury, od której zależy obecność wojsk USA i ich sojuszników w regionie. W Izraelu rakiety spadły w rejonie baz Nevatim i Ramon, ale nie doprowadziły do ich wyłączenia z działania ani do trwałego uszkodzenia infrastruktury lotniczej. Podobnie w państwach Zatoki nie udało się sparaliżować ruchu w głównych portach i na lotniskach. To ważne rozróżnienie. Ataki pokazały, że żadna obrona powietrzna nie jest całkowicie szczelna. Jednocześnie potwierdziły, że nowoczesne systemy są w stanie neutralizować zdecydowaną większość zagrożeń, a nawet trafienia pojedynczych elementów infrastruktury nie muszą oznaczać załamania całego systemu obrony.Lekcja z UkrainyPodobne wnioski płyną z Ukrainy, która od 2022 roku stała się celem regularnej rosyjskiej kampanii uderzeń przy użyciu dronów Szahed, rakiet manewrujących i pocisków balistycznych. W wielu falach ataków nad ukraińskimi miastami pojawiały się jednocześnie dziesiątki, a czasem ponad sto celów powietrznych – dokładnie tak, jak dziś nad Bliskim Wschodem.Na początku wojny każda taka operacja oznaczała ogromne zużycie najdroższych efektorów obrony powietrznej – najpierw z posowieckich zapasów, a później zachodnich. Systemy Patriot, NASAMS czy IRIS-T projektowano przede wszystkim do zwalczania rakiet balistycznych i manewrujących, a nie do codziennego strącania tanich dronów. Gdy Rosja zaczęła używać Szahedów masowo, szybko stało się jasne, że obrona oparta wyłącznie na takich systemach byłaby ekonomicznie nie do utrzymania.Ukraińcy odpowiedzieli na to pragmatycznie, budując wielowarstwowy system obrony. Najdroższe rakiety wykorzystuje się tylko przeciw najtrudniejszym celom, a drony zwalczają inne środki – mobilne zespoły z karabinami maszynowymi, artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej oraz coraz częściej drony przechwytujące. W efekcie koszt zniszczenia pojedynczego Szaheda jest dziś wielokrotnie niższy niż w pierwszych miesiącach wojny.Czytaj też: Rozkaz dla irańskiej policji. Będą strzelać do protestującychTa lekcja ma znaczenie daleko wykraczające poza samą Ukrainę. Pokazuje, że masowe użycie tanich dronów nie musi automatycznie prowadzić do ekonomicznej katastrofy po stronie obrońcy. Kluczowe jest właściwe rozłożenie środków: drogie systemy do najgroźniejszych zagrożeń, tańsze rozwiązania do celów prostszych.Jednocześnie doświadczenia z Ukrainy przypominają o jeszcze jednej rzeczy. Nawet najbardziej pomysłowa obrona nie zatrzyma przeciwnika, jeśli ten może bez przeszkód produkować kolejne tysiące dronów i rakiet. Dlatego obok zestrzeliwania równie ważne staje się niszczenie zaplecza – fabryk, magazynów i infrastruktury logistycznej, które pozwalają prowadzić takie ataki.Bitwa o zapleczeI tu znów wracamy na Bliski Wschód, gdzie taki scenariusz realizują Amerykanie i Izraelczycy. Ich obrona powietrzna pozostaje tylko pierwszą linią reakcji na irańskie ataki. Równolegle prowadzone są uderzenia na irańskie zaplecze. Celem nie jest zestrzelenie kolejnej fali pocisków, lecz ograniczenie liczby tych, które w ogóle będą mogły zostać wystrzelone.Uderzenia objęły nie tylko magazyny, ale i obiekty przemysłowe. W zachodnim Teheranie zniszczono zakład powiązany z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej produkujący elementy pocisków ziemia–ziemia, a w prowincji Alborz trafiono instalację wytwarzającą materiały do paliwa rakietowego. W jednej z operacji zniszczono również fabrykę produkującą komponenty dronów Szahed.Równolegle niszczono mobilne wyrzutnie rakiet, co szybko przełożyło się na spadek intensywności ostrzałów. Według części ocen zneutralizowano ponad 60 procent wyrzutni.Skala tych wszystkich działań jest znaczna. Według danych amerykańskiego dowództwa CENTCOM w pierwszych dziesięciu dniach operacji siły USA zaatakowały ponad 5000 celów na terytorium Iranu.Logika, jaka za tym stoi, nie jest nowa. Już w czasie II wojny światowej aliancka strategia bombardowań koncentrowała się na niszczeniu przemysłu i infrastruktury przeciwnika. Dziś zmieniły się narzędzia – zamiast całych flot bombowców Amerykanie i Izraelczycy używają lotnictwa selektywnie – wszak pojedynczy samolot ma obecnie znacznie większe możliwości niż w latach 40. XX wieku. Zasada pozostaje jednak ta sama. O wyniku konfliktu decyduje nie tylko obrona przed kolejnym atakiem, lecz przede wszystkim to, kto potrafi skuteczniej niszczyć zaplecze przeciwnika.Co nie zmienia faktu, że po stronie amerykańskiej i izraelskiej konieczna jest pilna adaptacja wniosków płynących z wojny w Ukrainie. Masowe użycie tanich dronów sprawia, że opieranie obrony wyłącznie na najdroższych efektorach – takich jak rakiety Patriot czy Arrow – na dłuższą metę byłoby finansowo trudne do utrzymania. Dlatego większą rolę będą musiały odegrać tańsze środki zwalczania celów powietrznych: artyleria przeciwlotnicza, systemy walki elektronicznej, drony przechwytujące czy rozwijane obecnie systemy laserowe. Bez takiej wielowarstwowej obrony nawet najbardziej zaawansowane armie szybko wyczerpią zapasy, a więc i możliwości działania.Czytaj też: Świat słono zapłaci za wojnę. Dla jednego kraju to wybawienie