Jak na studia, to do Chin. MIT, Harvard, Oxford czy Stanford znają wszyscy. Amerykańskie i brytyjskie uczelnie od lat prowadzą w rankingach „najlepszych” czy „najbardziej prestiżowych”. To się nie zmienia. Nowością jest to, że coraz mocniej depczą im po piętach… Chińczycy. W pierwszej dwudziestce najważniejszych klasyfikacji są dwie, a czasem i trzy uczelnie z Państwa Środka. Będzie więcej. Transformacja chińskiej nauki zbiegła się w czasie z rosnącymi napięciami wokół szkolnictwa wyższego w Ameryce.Administracja Donalda Trumpa wprowadziła szereg działań, które – zdaniem części środowiska naukowego – mogą osłabić tamtejszy system badań. Chodzi przede wszystkim o ograniczenia wizowe dla studentów zagranicznych, presję polityczną na uniwersytety oraz znaczące cięcia w finansowaniu.Według analiz organizacji naukowych, nawet jedna trzecia podstawowych programów badawczych w Stanach Zjednoczonych może znaleźć się w strefie zagrożenia w wyniku redukcji grantów federalnych.Że idzie nowe świadczy też zmiana w strukturze zagranicznych studentów przebywających w USA. Jeszcze kilka lat temu Chińczycy stanowili zdecydowanie najliczniejszą grupę. W roku akademickim 2019/2020 było ich ponad 370 tys. Teraz liczba ta spadła o ponad jedną czwartą. I nic nie wskazuje, by trend miał się zmienić. Zwłaszcza, że – jak wynika z badań przeprowadzonych przez specjalistów z Princeton, Harvardu i MIT – w latach 2010–2021 prawie 20 tys. naukowców pochodzenia chińskiego opuściło Stany Zjednoczone i przeniosło się do innych krajów. W zdecydowanej większości wrócili do domów. Politycy, zwłaszcza z Partii Demokratycznej, rzecz jasna, biją na alarm. Ich zdaniem restrykcyjna polityka wobec uczelni i zagranicznych studentów może przyspieszyć proces przesuwania się globalnej nauki w kierunku Azji.Dwa kroki do przoduRozwój chińskiej nauki dziwić może tylko tych, którzy nie patrzyli dość uważnie. Bo to przecież nie przypadek, ale efekt długofalowej strategii państwa. Chińczycy kolejny raz udowadniają, że potrafią myśleć krok, a może i trzy kroki do przodu.Nie zaczynali dziś. Początki tej „naukowej transformacji” sięgają reform Deng Xiaopinga z lat 80. Po dekadach izolacji i chaosu epoki Mao, chińskie elity doszły do wniosku, że bez potężnego zaplecza naukowego kraj nie będzie w stanie dogonić najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Wniosek, co by nie mówić, słuszny.W kolejnych dekadach strategia ta była więc rozwijana przez następnych przywódców – od Jiang Zemina po Xi Jinpinga. Państwo zaczęło systematycznie zwiększać finansowanie badań naukowych i szkolnictwa wyższego, jednocześnie koncentrując środki na wybranej grupie instytucji.Czytaj też: „Byłam jak żywa pochodnia”. Izabeli po wypadku najtrudniej było zasnąćTo podejście różni się od modelu zachodniego. Zamiast równomiernego finansowania całego systemu edukacji – jak choćby w Polsce – Chiny postawiły na budowę kilku potężnych ośrodków, które miały konkurować z najlepszymi uczelniami świata. Efekty tej strategii widać dziś w rankingach. W zestawieniu U.S. News & World Report na rok akademicki 2025/2026, piętnaście (!) uczelni z Chin kontynentalnych i Hongkongu znalazło się w pierwszej setce najlepszych uniwersytetów świata. Najwyżej notowane Tsinghua University zajmuje 11. miejsce – ex aequo z londyńskim Imperial College. Peking University awansował na 25. pozycję, a Zhejiang University na 45. Siedem lat wcześniej w pierwszej setce były… dwie.Jak nie wiadomo o co chodzi…Inwestycje, inwestycje i jeszcze raz pieniądze. Przez ostatnią dekadę wydatki Chin na badania i rozwój rosły średnio o około dziewięć procent rocznie. W przeliczeniu na parytet siły nabywczej kraj ten przeznacza dziś na badania więcej niż Stany Zjednoczone i Unia Europejska razem wzięte.Czytaj też: Zaginął znany amerykański generał. „Chciał upublicznić informacje o UFO”Skala tych nakładów zaczęła przynosić widoczne efekty. Między 2018 a 2020 rokiem chińscy naukowcy opublikowali niemal jedną czwartą wszystkich artykułów naukowych na świecie, wyprzedzając pod tym względem nawet Stany Zjednoczone. W wielu dziedzinach – szczególnie w chemii, materiałoznawstwie i inżynierii – to Chiny zaczęły wyznaczać tempo badań.Wracają do domuTak jak miarą rozwoju Polski ma być to, ilu rodaków zdecydowało się w ostatnich latach wrócić z emigracji w Wielkiej Brytanii, tak podobne kryteria można zastosować w Chinach. Przez lata najzdolniejsi studenci i badacze, chcąc się rozwijać, wyjeżdżali na studia do USA i Europy. W ostatnich latach coraz więcej z nich decyduje się jednak na powrót do kraju.W języku chińskim określa się ich mianem haigui – „żółwi morskich”, które wracają z zagranicy.Powody są różne: atrakcyjne granty badawcze, nowoczesna infrastruktura, rosnący prestiż chińskich uczelni, a także chęć uczestniczenia w szybko rozwijającym się ekosystemie technologicznym. Ich powrót znacząco zwiększył potencjał badawczy chińskich instytucji. W wielu przypadkach to właśnie oni budują dziś nowe laboratoria i programy obejmujące cały kraj. Często również: całą Azję.Ranking to nie wszystkoMimo spektakularnego awansu chińskich uczelni wielu badaczy podkreśla jednak, że rankingi nie mówią wszystkiego o jakości tamtejszej nauki. Nature Index chociażby, gdzie chińskie instytucje zajmują osiem (!) miejsc w pierwszej dziesiątce, opiera się na publikacjach w wybranych czasopismach z nauk ścisłych i przyrodniczych. W ostatnich latach zwiększono w nim udział czasopism z dziedzin takich jak chemia czy fizyka – czyli tych, w których Chiny są szczególnie silne. Z kolei nauki biologiczne i medyczne, gdzie dominują uczelnie zachodnie, mają mniejszy udział w zestawieniu.Kiedy ranking ogranicza się wyłącznie do dwóch najbardziej prestiżowych czasopism naukowych – Nature i Science – chińskie instytucje wypadają już mniej spektakularnie. W takim zestawieniu w ścisłej czołówce pozostaje przede wszystkim Chińska Akademia Nauk.Powodów do optymizmu nie ma.Dla USA i Europy wszystko to może być bowiem tylko łabędzi śpiew. Przyzwyczajeni do tego, że najlepsi, najzdolniejsi studenci nie mają alternatyw, najwięksi zaniedbali rynek potencjalnie najbardziej atrakcyjny: czyli Azję właśnie. Środek ciężkości, również w tym aspekcie, przesuwa się na Wschód.Czytaj też: Wielkie derby w Krakowie. Kulisy prezydenckiego referendum