Kogo wskaże Kaczyński? Co zrobi prezydent w sprawie programu SAFE? Podpisze? Zawetuje? Prześle ustawę do Trybunału Konstytucyjnego (przed czy po ewentualnym podpisie)? To pytania, które od wielu dni nie schodzą z ust, klawiatur i piór obserwatorów sceny politycznej, zwłaszcza od ubiegłego piątku, kiedy to Sejm przegłosował ustawę w sprawie programu SAFE wraz z poprawkami Senatu. Okazuje się jednak, że Kancelaria Prezydenta wyszła z propozycją proaktywną. Karol Nawrocki, razem z Adamem Glapińskim, prezesem Narodowego Banku Polskiego, zaproponował nowe rozwiązanie o wpadającej w ucho nazwie „SAFE 0 proc.”. W ogromnym skrócie chodzi o to, że modernizacja polskiej armii i wydatki tak niezbędne dla naszego bezpieczeństwa miałyby zostać sfinansowane przez NBP, a nie z unijnego programu SAFE.Szczegóły ekonomiczne wciąż nie są do końca jasne. Mówi się o wykorzystaniu rezerw złota albo o skupowaniu przez bank obligacji. Kwestie ekonomiczne zostawmy jednak ekonomistom czy też konstytucjonalistom, bo jedna z wątpliwości, które pojawiają się przy propozycji prezydenta, dotyczy artykułu 220 Konstytucji RP, który zakazuje NBP finansowania długu publicznego.Natomiast jeśli chodzi o kwestie polityczne, jest to na pewno ruch nieco utrudniający życie rządowi. Prawo i Sprawiedliwość prowadziło bowiem dość toporną narrację przeciw programowi SAFE, w której przewijały się hasła o „niemieckim bucie”, kredycie, który będą musiały spłacać nasze wnuki, czy też – jak stwierdziła posłanka PiS Teresa Pamuła–- że za pieniądze z SAFE kupowany będzie złom, z którym nie wiadomo, co potem zrobić. Przypomnijmy: ten „złom” to sprzęt produkowany w polskich zakładach, na przykład w Hucie Stalowa Wola, w Skarżysku-Kamiennej, w Kędzierzynie, w Tarnowie czy w Poznaniu. Polski sprzęt jest na tyle konkurencyjny, że kupują go od nas zachodni sojusznicy.Ta argumentacja proponowana przez PiS była więc na rękę koalicji 15 Października, gdyż – jak podkreśla premier, czy odpowiedzialna za program ministra Magdalena Sobkowiak-Czarnecka – z pewnymi ograniczeniami, ale program SAFE można by wprowadzić nawet przy prezydenckim wecie. To z kolei oznaczałoby, że w kampanii przed wyborami w 2027 roku rząd mógłby chwalić się inwestycjami i zakupami z programu SAFE, które udało się zrealizować mimo sprzeciwu prezydenta i Prawa i Sprawiedliwości.Teraz jednak prezydent dodał do tej układanki nowy element. Odkładając bowiem na bok kwestię, czy jest to rozwiązanie realne do wprowadzenia, czy nie, na pewno zachęcająco brzmi program „0 procent”, bez zagranicznego kredytu. Pytanie: jaka będzie odpowiedź rządu? Chyba największym refleksem wykazał się wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, który – upraszczając – powiedział: świetnie, kawa nie wyklucza herbaty. Realizujmy potrzeby polskiej armii, korzystając z obu źródeł finansowania. W podobnym tonie wypowiada się Magdalena Sobkowiak-Czarnecka.A co zrobi prezydent, wracając do pierwotnego pytania? Choć wielu komentatorów wciąż podkreśla, że weto byłoby ruchem politycznie samobójczym, nawet z wykorzystaniem pomysłu „SAFE 0 proc.”, przecież zarówno sondaże, jak i badania opinii publicznej mówią jasno: Polacy chcą programu SAFE, jednoznaczne są też wypowiedzi wojskowych (a prezydent jest zwierzchnikiem sił zbrojnych), mam jednak wrażenie, że zapowiedź forsowania pomysłu wspólnego finansowania zakupów przez NBP zapowiada nam prezydenckie weto.Czytaj też: Spotkanie prezydenta z premierem? Nawrocki zaprasza ws. SAFE***W sobotę, 7 marca prezes Jarosław Kaczyński wskaże potencjalnego kandydata na premiera z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Wybory parlamentarne odbędą się dopiero za półtora roku, natomiast obóz PiS od wielu tygodni toczony jest wewnętrznymi problemami. Walki frakcyjne, wzajemne złośliwości, a wręcz ataki przedstawicieli różnych skrzydeł największej partii opozycyjnej możemy śledzić na bieżąco, bo politycy PiS z radością dzielą się nimi na platformach cyfrowych.To wszystko przekłada się także na sondaże, które dla PiS są coraz słabsze. Dla przykładu najnowszy sondaż pracowni Opinia24 daje PiS-owi 22 procent poparcia. W tym samym badaniu Koalicja Obywatelska ma 34,2 procent. Z zapowiadanych przez Jarosława Kaczyńskiego ponad 40 procent nic już nie zostało.A jak doskonale wiemy, PiS najlepiej radzi sobie w kampanii wyborczej, czyli wtedy, kiedy jest jasny cel, prosta linia i jednoznaczny przekaz partyjny. Dlatego potencjalny przyszły premier ma być postacią, która zjednoczy zwaśnione strony i zmobilizuje PiS, żeby znów działał jak jedna pięść.Gdy piszę ten felieton w piątek po południu, wciąż nie wiadomo, kto jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem z giełdy nazwisk podejrzanie przypominającej tę samą listę, o której mówiliśmy jeszcze zanim Jarosław Kaczyński wskazał kandydata na prezydenta, Karola Nawrockiego. A więc po pierwsze: Zbigniew Bogucki. To jego miał stawiać na czele Jarosław Kaczyński. Tu jednak padło weto z Pałacu Prezydenckiego. Bogucki jest dziś szefem kancelarii Karola Nawrockiego.Kogo mamy dalej? Tobiasza Bocheńskiego, Przemysława Czarnka, Lucjusza Nadbereżnego (prezydenta Stalowej Woli), Jakuba Banaszka (prezydenta Chełma) i Jarosława Margielskiego (prezydenta Otwocka). Na liście pojawia się też Anna Krupka, aczkolwiek to najmniej prawdopodobna kandydatura, a jej nazwisko znalazło się tam głównie za sprawą starań samej posłanki, by pojawić się przy okazji dywagacji o przyszłym premierze.Choć prezes Jarosław Kaczyński przekonuje, że w sercu nosi już nazwisko kandydata, wybór nie jest prosty. Wskazanie Tobiasza Bocheńskiego albo Przemysława Czarnka, czyli tak zwanych „maślarzy”, byłoby mocnym uderzeniem we frakcję Mateusza Morawieckiego, tę najbardziej zbuntowaną, wzywaną przed komisję etyki, ale też (na razie nieśmiało) grożącą opuszczeniem Prawa i Sprawiedliwości. Przemysław Czarnek, na którego chętnie stawiałyby media sprzyjające PiS, jest też mocno obciążony rządami Prawa i Sprawiedliwości.Coraz głośniej mówi się więc o Lucjuszu Nadbereżnym, czyli włodarzu ze Stalowej Woli. Jak pisał o nim Jacek Gądek w „Newsweeku”: „cherubin w średnim wieku z charakterystycznymi kręconymi włosami, sympatyczny i uśmiechnięty”. Mniej więcej tak przedstawia się Nadbereżny, którego nazwisko pojawiało się także przy dyskusji o kandydacie na prezydenta, zanim dowiedzieliśmy się, że będzie nim Karol Nawrocki. Nadbereżny faktycznie spełnia wszystkie warunki prezesa: jest młody, energiczny, niekojarzony z obciążeniami i aferami ośmiu lat rządów PiS. Nie wywodzi się też z żadnej ze zwaśnionych frakcji, a więc nie wywołuje wewnętrznych konfliktów.Pytanie jednak, czy Lucjusz Nadbereżny ma wystarczająco dużo charyzmy i siły, by – mówiąc kolokwialnie – wziąć za twarz Prawo i Sprawiedliwość i zmusić je do wspólnego marszu oraz zakończenia wewnętrznych sporów. Tu postawiłabym spory znak zapytania.Odpowiedź poznamy już w ciągu najbliższych godzin.Ja jednak pragnę przypomnieć trzy rzeczy. Po pierwsze: PiS nie może mieć pewności, że to właśnie on będzie wskazywać przyszłego premiera. Wynik wyborów za półtora roku jest dziś nie do przewidzenia. Po drugie: nawet gdyby spełniła się nadzieja prezesa i PiS byłby w stanie stworzyć większość z Konfederacją, lub Konfederacjami, może się okazać, że to właśnie koalicjanci będą na tyle silni, by chcieć decydować o tym, kto stanie na czele rządu. Po trzecie wreszcie: to, że prezes Kaczyński w hali Sokoła – miejscu, które tradycyjnie przynosi PiS-owi szczęście, bo to tam ogłaszano kandydatury Andrzeja Dudy i Karola Nawrockiego – wskaże nazwisko przyszłego premiera, nie oznacza jeszcze niczego definitywnego. Pamiętamy przecież sytuację, gdy ministrem obrony narodowej miał zostać Jarosław Gowin i na pewno nie miał być nim Antoni Macierewicz, a ostatecznie skończyło się właśnie na Macierewiczu. Dlatego nazwisko wskazane w Krakowie może być jedynie pewnym wabikiem, tematem do rozmowy, i równie dobrze może ulec zmianie w ciągu najbliższych miesięcy, a nawet dopiero po wyborach.Czytaj też: KO prowadzi, PiS goni. Trzy partie poza Sejmem***Wspomniany Mateusz Morawiecki nie zasypia jednak gruszek w popiele. W piątek w Warszawie przedstawia raport gospodarczy zatytułowany „Power by Poland” i prezentuje go jako własną strategię budowania silnej polskiej gospodarki. Samo podkreślenie, że jest to jego autorska propozycja, pokazuje, że Mateusz Morawiecki myśli o pewnej politycznej niezależności.Ta inicjatywa miała nie spodobać się w partii i zostać odebrana jako swoisty afront wobec kierownictwa PiS. Sam Morawiecki zapewnia jednak, że jego projekt nie tylko nie stoi w kontrze do programu partii, ale wręcz jest jego doskonałym uzupełnieniem. Przekonuje także, że nikt nie wywierał na niego presji, by odwołał piątkowe spotkanie.O możliwym odejściu Morawieckiego z PiS mówi się zresztą już od pewnego czasu. I faktycznie, jeśli miałby się na taki krok zdecydować, to mniej więcej półtora roku przed wyborami byłby na to najlepszy moment, czyli właśnie wiosna i lato tego roku.Mam tu jednak spore wątpliwości. W grę wchodzą bowiem kwestie finansowe i strukturalne, a także coraz większe rozproszenie sceny po prawej stronie. Do tego dochodzi niewątpliwa ambicja Mateusza Morawieckiego. Choć zapewne zdaje on już sobie sprawę, że nie zostanie ponownie wystawiony jako kandydat na przyszłego premiera, to wciąż może liczyć na coś innego: że w którymś momencie uda mu się przejąć schedę po Jarosławie Kaczyńskim i objąć przywództwo w Prawie i Sprawiedliwości.Czytaj też: SAFE – komu opłacałoby się weto Karola Nawrockiego?