„My mamy swoją własną wojnę”. W rozmowie z korespondentem wojennym TVP Info Piotrem Kaszuwarą, Taras Tymoszko, specjalista od obrony przeciwlotniczej i od dronów opowiedział o obecnej sytuacji Ukrainy i rozwoju technologii wojennej. „Dziś nowym technologicznym graczem są drony. To one stanowią jedną z najważniejszych innowacji w prowadzeniu działań wojennych. Mają ogromny wpływ na sposób prowadzenia walki. Zarówno na taktykę, jak i na strategię” – wyjaśnia ekspert. Piotr Kaszuwara, TVP.Info: Obecna sytuacja w Ukrainie: czy bardziej przypomina I, II czy może już III wojnę światową? Taras Tymoszko, Fundacja Come Back Alive, kierownik projektu Dronopad: Jeśli spojrzeć kompleksowo na to, co dzieje się na świecie, to rzeczywiście w pewnym sensie przypomina to wydarzenia poprzedzające I wojnę światową. Kiedy wielkie mocarstwa zaczynały wykorzystywać swoje znaczące zasoby i potencjał gospodarczy oraz polityczny, by doprowadzić do poważnych przetasowań w układzie sił. Jednak obecne warunki są już inne. Technologa wiele zmieniła. Możemy mówić więc raczej o zagrożeniu czymś na kształt już III wojny światowej. O ryzyku dużego, globalnego konfliktu, do którego nie daj Boże, aby nie doszło. My mamy swoją własną wojnę, w której musimy walczyć i stawiać opór przeciwnikowi, ale kontekst międzynarodowy ma na nas ogromny wpływ. To nie jest wyłącznie wojna Ukrainy z Rosją. W pewnym sensie to także wojna Europy, wojna Stanów Zjednoczonych, a pośrednio również wojna Chin. Długo mówiliśmy o wojnie w Ukrainie, że przypomina I wojnę, bo jest pozycyjna, w okopach, w której dominowała artyleria. Dziś już coraz bardziej otwarcie mówi się o starciu robotów. Ludzi na froncie jest coraz mniej, dronów, łazików i technologii natomiast coraz więcej. Przed I wojną światową poważne technologie militarne dopiero zaczynały się pojawiać. Pierwsze pojazdy opancerzone, prototypy wozów bojowych czy samobieżnych platform artyleryjskich zaledwie raczkowały. Dziś nowym technologicznym graczem są drony. To one stanowią jedną z najważniejszych innowacji w prowadzeniu działań wojennych. Mają ogromny wpływ na sposób prowadzenia walki. Zarówno na taktykę, jak i na strategię.Dlaczego także na strategię? Dlatego że Ukraina w pewnym sensie była zmuszona uruchomić ten impuls technologicznego rozwoju. Wynikało to z faktu, że mieliśmy ograniczone zasoby, zarówno w uzbrojeniu, jak i w liczbie żołnierzy. Musieliśmy więc wymyślić coś, co pozwoliłoby nam walczyć taniej, dłużej i szanować życie naszych ludzi. W Rosji wygląda to inaczej.Bardzo długo, bez wahania wysyłali swoich żołnierzy na tzw. mięsne szturmy, jakkolwiek by to brutalnie nie brzmiało. My nie mogliśmy sobie na coś takiego pozwolić. Po pierwsze dlatego, że mamy inne wartości, a po drugie inne zasoby ludzkie. Dlatego pojawienie się dronów na polu walki było w pewnym sensie kompensacją naszych ograniczeń w sile militarnej.Czytaj również: Węgry przejęły transport złota i porwały Ukraińców. „To terroryzm państwowy”Drony oczywiście już wcześniej istniały w armiach świata – na przykład w armii Stanów Zjednoczonych – ale z tego, co rozumiem, nie były używane na tak masową skalę, jak dziś. Wyzwolenie Kupiańska było możliwe właściwie dzięki dronom. Prawie nikt nie wchodził do centrum miasta, za to drony wlatywały tam i patrolowały całe miasto, sprawdzając, gdzie znajdują się rosyjscy żołnierze. Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu, które wcześniej rozwijały technologie dronowe, wykorzystywały je głównie w krajach, gdzie nie było odpowiedniej bazy technologicznej, która mogłaby stworzyć skuteczną odpowiedź. To było coś zupełnie innego. Używanie dronów w Ukrainie spotkało się z przeciwdziałaniem.USA natomiast w wielu krajach, powiedzmy na Bliskim Wschodzie, nie napotykały takiego oporu. Nie pojawiała się tam poważna walka z dronami. Na przykład systemy walki elektronicznej, przechwytujące drony czy inne technologie przeciwdziałania. Najprawdopodobniej wynikało to z warunków tych krajów albo możliwości militarnych formacji, przeciwko którym walczono. Po prostu nie miały takich zdolności.Ukraina natomiast jest państwem o dość wysokim poziomie wykształcenia społeczeństwa. Mamy bardzo silną bazę matematyków i informatyków na uniwersytetach. W związku z tym mieliśmy podstawy, aby tworzyć własne rozwiązania technologiczne. Dlatego Ukraina stała się inicjatorem rozwoju technologii dronowych, opierając się na bazie, którą już posiadaliśmy. Z dostępem zarówno do technologii zachodnich, jak i do komponentów z Chin, które są stosunkowo tanie. Wykorzystaliśmy ten moment i stworzyliśmy produkt, który dziś przechodzi kolejne iteracje ulepszeń. Walczymy bowiem z przeciwnikiem, który czasem dysponuje taką samą, a czasem nawet lepszą bazą produkcyjną i intelektualną.Nie należy więc umniejszać znaczenia Rosji i jej zdolności w zakresie technologii dronowych? Na przykład w dronach światłowodowych Rosjanie obecnie mają przewagę. Wybrali właśnie tę niszę. My z kolei rozwijaliśmy bardziej technologie radiowe – czyli sterowanie radiowe i systemy zakłócające. Dronów światłowodowych nie da się zagłuszyć. To jest kolejny problem do rozwiązania, bo wyścig technologii trwa i jest niezwykle dynamiczny. Wszystko zmienia się z tygodnia na tydzień, czy z miesiąca na miesiąc. Wypadasz – przegrywasz. Oczywiście my także musimy rozwijać się w każdym kierunku, niemniej nasz segment dronów sterowanych radiowo jest wciąż bardziej rozwinięty niż rosyjski. Bardziej rozwinięty jest również segment dronów przechwytujących.Czytaj także: Ukraińscy eksperci od dronów w Zatoce Perskiej? Zełenski komentujeW Rosji pewnie nie ma aż tak dużej potrzeby rozwijania tej gałęzi produkcji, bo wciąż stosunkowo mało dronów atakuje cele na dalekich dystansach. Budowa takiej branży to złożony proces. Trzeba zgromadzić wiele taktycznych radarów, zdobyć je, kupić, rozmieścić – to nie jest coś, co da się zrobić szybko. Rosja ma też bardzo długą granicę i ogromne terytorium. Rozmieszczenie grup dronów przechwytujących na całym obszarze kraju byłoby mało racjonalne. Mogłoby to być tylko niewielkim elementem ich systemu obrony powietrznej. Dla Ukrainy natomiast jest to bardzo istotny element. Może on niebawem stanowić nawet około 30 procent, a może i więcej, zdolności przeciwdziałania zagrożeniom powietrznym. W przechwytywaniu dronów typu Shahed drony przechwytujące zaczynają odgrywać bardzo znaczącą rolę.Dla Rosji prawdopodobnie nie jest to aż tak ważne. Nasze uderzenia w ich terytorium mogą odbywać się bardzo różnymi korytarzami i nigdy nie wiadomo, skąd dokładnie przylecimy. Z drugiej strony Rosja ma bardzo rozwinięte konwencjonalne systemy obrony przeciwlotniczej, dlatego nie ma aż tak pilnej potrzeby rozwijania dodatkowych rozwiązań. U nas natomiast, w związku z częstymi, masowymi atakami, niemal zawsze występuje deficyt takich środków. Bardzo szybko zużywamy rakiety przeciwlotnicze, które dostarczają nam partnerzy. Musimy więc mieć jakiś własny, tańszy wariant zapasowy, który pozwoli przynajmniej częściowo radzić sobie z zagrożeniem ataków dalekiego zasięgu – na przykład dronów typu Shahed. Systemy Patriot są bardzo drogie. Jedna rakieta jest kilkukrotnie droższa niż Shahed. Owszem. Technologie rakietowe i klasyczna obrona przeciwlotnicza – te systemy, które otrzymujemy od naszych zachodnich partnerów – są niezwykle kosztowne. Aby samodzielnie rozwinąć takie technologie, potrzeba ogromnych inwestycji i czasu. Potrzebne nam więc było szybkie i stosunkowo łatwo dostępne rozwiązanie. Takim rozwiązaniem stały się drony przechwytujące. Stosujemy je już prawie dwa. I coraz częściej słyszę o bardziej ambitnych planach dotyczących ich rozwoju. Od ministra obrony niedawno dowiedzieliśmy się o planach tworzenia autonomicznych systemów obrony powietrznej, które miałyby powstać na bazie dronów przechwytujących, opartych na technologii sztucznej inteligencji. Brzmi jak as w rękawie, patrząc na to, co dzieje się na Bliskim Wschodzie. To jest logiczne działanie, ponieważ Rosjanie również zwiększają produkcję dronów typu Shahed. Obecnie są w stanie produkować około 400 dziennie, a pojawiają się informacje, że chcą zwiększyć tę liczbę nawet do tysiąca dziennie. To liczba wręcz niewiarygodna. Kiedyś, gdy nadlatywało 20 takich dronów, wszyscy byliśmy już w szoku. A teraz wyobrazić sobie tysiąc dziennie… Największa liczba, jaka nadleciała jednej nocy, przekroczyła już 800 sztuk. To już było bardzo dużo. Dysponujemy zdolnościami, aby na pierwszej linii lub w drugim czy trzecim rzucie obrony przechwytywać te drony, a następnie już przy użyciu konwencjonalnych środków neutralizować je głębiej w kraju. Ale znowu – jeśli będzie ich tysiąc, to coraz większa ich część będzie przenikała w głąb kraju, ponieważ możliwości przechwytywania na tych liniach obrony mają swoje ograniczenia. Dlatego pojawia się pytanie o rozwijanie wewnętrznych zdolności obronnych, czyli tworzenie w głębi kraju czwartego stopnia przechwytywania, albo też o rozwój bardziej autonomicznych systemów, o których wspominał minister obrony. Do takiego rozwiązania i tak z czasem dojdziemy. Trudno powiedzieć, czy nastąpi to za pół roku – jak mówi pan Fedorow – czy wcześniej, czy później. Czytaj również: Orban pisze do Zełenskiego. „Więcej szacunku dla Węgier!”Wydaje się, że słowem kluczem jest tu szkolenie, bo nie wyobrażam sobie, żeby ludzie bez doświadczenia byli w stanie to wszystko obsługiwać. Tym zajmuje się właśnie nasza Fundacja Come Back Alive. Pewnie, gdyby w Polsce istniały w ten sposób przeszkolone wojska, to reakcja na wtargnięcie rosyjskich dronów na nasze terytorium mogłaby być bardziej sprawna. Niekoniecznie trzeba byłoby wykorzystywać rakiety za setki tysięcy dolarów, by zestrzelić drony o wartości kilku tysięcy. Tego wszystkiego trzeba się nauczyć i odpowiednio zsynchronizować, bo same mobilne grupy nie wystarczą. Same drony przechwytujące również nie wystarczą. Podobnie tradycyjne systemy obrony przeciwlotniczej mogą okazać się nie tak skuteczne, przy np. przewlekłej wojnie. To wszystko musi działać razem jako jeden system. Jak to obecnie wygląda w Ukrainie? Jeśli chodzi o szczegóły, niestety nie wszystko można ujawniać, ale sama zasada jest dość oczywista. W praktyce mamy kilka poziomów obrony. Istnieją konwencjonalne środki obrony. Są systemy walki radioelektronicznej, które działają w pobliżu linii kontaktu bojowego, a także na tyłach, np. wokół obiektów krytycznej infrastruktury. W teorii i w idealnym modelu wszystko to powinno być zintegrowane pod jednym centrum koordynacyjnym. W tym obszarze wciąż jednak jest jeszcze wiele do zrobienia. Mam nadzieję, że wraz z nowym zastępcą dowódcy Sił Powietrznych system ten nabierze bardziej instytucjonalnego charakteru – że wszystkie jego elementy zostaną lepiej połączone w jedną całość i pojawi się większa koordynacja oraz spójność działań. A jak wygląda wykorzystanie sztucznej inteligencji? Czy jest ona już używana w systemach przechwytywania lub w procesie podejmowania decyzji? Nie jest żadną wielką tajemnicą, że wsparcie oparte na sztucznej inteligencji oraz różne elementy automatyzacji już funkcjonują.Czytaj także: Polska poderwała myśliwce. „Zmasowany atak Rosji na terytorium Ukrainy”Czy mogą na przykład samodzielnie wyszukiwać cele? Tak. Mogą identyfikować cele, upraszczać pracę operatora, a nawet automatycznie przechwytywać i śledzić obiekty. Domyślam się, że Rosjanie też udoskonalają swoją broń, by była coraz mniej namierzalna, trudniejsza do strącenia. Kiedyś Shahedy latały na bardzo niskich wysokościach, dziś na coraz wyższych, żeby ich zbicie było bardziej kosztowne. Pikują, dopiero gdy dolatują do celu i w ten sposób unikają mobilnych grup. Niska wysokość z kolei chroniła je przed konwencjonalną obroną przeciwlotniczą. Tego typu problemy obserwujemy teraz na Bliskim Wschodzie. Ukraina wie, jak sobie z tym wszystkim radzić. Systemy, które obecnie istnieją w Ukrainie, potrafią w wielu przypadkach znacznie lepiej niż ludzkie oko wykrywać cele. Od momentu wykrycia celu pojawiają się już kolejne etapy automatyzacji. A jaka jest obecnie skuteczność dronów przechwytujących? Ile dronów typu Shahed zostało do tej pory zestrzelonych przy ich użyciu? Powiem tak – na podstawie obrazu sytuacji, jaki do mnie dociera, mogę powiedzieć, że około jedną trzecią jesteśmy w stanie przechwycić. Te dane były zresztą podawane również przez oficjalnych przedstawicieli państwa, więc nie jest to żadna tajna informacja. Te technologie i współczesną wojnę, zmieniającą się, Ukraina udoskonala od dawna. Dawno też chciała się dzielić wiedzą z krajami sojuszniczymi, ale euforii to współpracy nie było. Triggerem mogło być przedostanie się rosyjskich dronów na terytorium Polski. Obecnie otrzymujemy sygnały o dużym zainteresowaniu ze strony partnerów niemieckich podobnymi rozwiązaniami. Pytają, jak to działa, czy można zastosować takie rozwiązania u siebie. Chcą dowiedzieć się więcej, chcą rozmawiać oczywiście z jednostkami wojskowymi, z producentami, chcą zrozumieć taktykę zastosowania. Coraz wyraźniej widać, że ta branża – i to jest już dość oczywiste na obecnym etapie – pokazuje, iż to, co kiedyś uważano za „biedną obronę przeciwlotniczą”, nie tylko nie jest wcale tak ubogie, ale bywa skuteczne, a czasem nawet bardziej skuteczne niż tradycyjne systemy, które istniały wcześniej.Czytaj również: Zawyżone kilometry, przemilczane straty. Kreml buduje iluzję siłySun Zi w „Sztuce wojny” pisał, że ten, kto umie walczyć tanio i skutecznie, wygrywa wojny. Zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja. Czym innym jest produkcja, a czym innym praktyczne użycie i zrozumienie słabych stron sprzętu, który się wytwarza. W Niemczech na przykład niektóre firmy już aktywnie pracują nad produkcją dronów przechwytujących. Problem polega na tym, że Niemcy czy Polska nie mają dziś takich warunków bojowych, w których mogłyby je w pełni sprawdzić. Nie da się stworzyć dobrego produktu, jeśli nie rozumie się jego słabości. Żeby je z kolei poznać, trzeba go realnie używać i udoskonalać. I to jest największy problem wielu państw europejskich. Oczywiście dobrze, że nie musimy tego robić w warunkach wojny. Tak. Mówię o tym wyłącznie z punktu widzenia rozwoju technologii i produktu. Jeżeli jednak rozwijać współpracę między Ukrainą a państwami europejskimi – choćby na poziomie testów technologii miltech – pojawiają się bardzo duże możliwości. Z jednej strony nam brakuje zasobów, inwestycji oraz wsparcia w obszarze badań i rozwoju (R&D). W wielu firmach komponent badawczo-rozwojowy nie jest jeszcze wystarczająco silny, choć mamy producentów na bardzo dobrym poziomie. Z drugiej strony my mamy dostęp do realnych testów bojowych.Mamy możliwość współpracy z wojskowymi, którzy mogą doradzić, jak ulepszyć system. W ten sposób właśnie rozwijają się produkty. Każda ukraińska firma produkująca sprzęt wojskowy powie panu, że nie da się stworzyć dobrego produktu bez współpracy z armią.Nie da się go dopracować, jeśli nie został przetestowany – i to nie w jednej jednostce, ale w wielu. Na linii frontu występuje bowiem bardzo wiele niuansów. W różnych sektorach frontu są na przykład różne warunki radiowe. Trzeba więc rozumieć specyfikę działania sprzętu: jak będzie działał na przykład w obwodzie sumskim, jak zachowa się w innym miejscu. Czytaj także: Zamach terrorystyczny w centrum Lwowa. Są zabici i ranniA z iloma brygadami obecnie współpracujecie? Oficjalnie współpracujemy ze 100 jednostkami, którym udzielamy wsparcia w ramach projektu „Dronopad”. Jednostki te mają bardzo różną liczbę załóg bojowych i grup, ponieważ są to formacje różnego szczebla i o różnych zadaniach. Są wśród nich jednostki obrony przeciwlotniczej, są pułki rakietowe, które obecnie traktują drony przechwytujące jako jeden z głównych środków walki i rozwijają ten komponent w bardzo szybkim tempie. Są też brygady wojsk lądowych, stojące na pierwszej linii frontu.Nie mają one obowiązku tworzenia pełnych dywizjonów przechwytujących, ale potrzebują możliwości przechwytywania dronów i osłony swoich wojsk na ziemi. Dotyczy to również dronów typu Shahed, ponieważ stają się one coraz bardziej uniwersalnym narzędziem walki. Od jakiegoś czasu nie są już wykorzystywane wyłącznie do uderzeń dalekiego zasięgu. Coraz częściej pojawiają się informacje, że Shahedy działają w trybie sterowania na żywo, czyli operator kieruje nimi w czasie rzeczywistym. Są też wyposażane w kamery oraz retransmitery zwiększające zasięg łączności. Zdarza się również, że przenoszą różne środki rażenia – na przykład pociski przenośnych zestawów przeciwlotniczych, rakiety czy nawet miny. W rezultacie ten system staje się coraz bardziej „żywym”, wielofunkcyjnym narzędziem walki. Nie są już tylko zagrożeniem dla infrastruktury krytycznej czy obiektów wojskowych na zapleczu kraju. Coraz częściej używa się ich na pierwszej linii frontu, do niszczenia logistyki, a czasem nawet bezpośrednio pozycji bojowych. Jak to obecnie wygląda? Chodzi o to, żeby czytelnicy zrozumieli, że operator drona przechwytującego czy innego systemu nie musi znajdować się bezpośrednio przy działaniach bojowych. W jakiej mniej więcej odległości może pracować operator? To zależy od systemu sterowania dronem typu Shahed. Jeśli jest on sterowany przez operatora. Jeżeli nie jest sterowany, tylko zaprogramowany, to większość z nich działa właśnie w ten sposób: wprowadza się określone koordynaty, następuje start, dron leci i powinien dotrzeć do punktu rażenia.Czasem programuje się także bardziej złożone trasy, ponieważ taktyka użycia bywa różna. Zdarzają się skomplikowane trajektorie, abyśmy nie mogli zrozumieć, dokąd dokładnie leci dron i jaki jest jego ostateczny cel. To dotyczy jednak dronów zaprogramowanych. Jeżeli mówimy o dronach sterowanych przez operatora, wszystko zależy od technologii wykorzystywanej przez Rosjan – jeśli jest to sterowanie radiowe, znaczenie mają konkretne rozwiązania techniczne. Czytaj także: Mołdawia była tylko poligonem. Specgrupa Kremla na węgierskie wyboryRozumiem, że drony zaprogramowane częściej uderzają w infrastrukturę cywilną, ponieważ zdarza się, że trafiają na przykład w budynki mieszkalne. Tak, dokładnie. Wszystko zależy od celu. Jeżeli celem jest obiekt stacjonarny, na przykład fabryka, której koordynaty wcześniej ustalono dzięki rozpoznaniu, to dron po prostu leci na zaprogramowane współrzędne.Jeżeli jednak celem jest coś, co może się przemieszczać – na przykład mobilna grupa obrony przeciwlotniczej, mobilna grupa ogniowa czy grupa przechwytująca – a dron jest sterowany i działa w trybie live, operator widzi ją na obrazie z kamery. Jeżeli ta grupa zmienia pozycję, operator może korygować trasę w czasie rzeczywistym i uderzyć dokładnie w miejsce, w którym znajduje się ona w danym momencie. Rozmawiamy teraz o sytuacji w całym kraju, ale chciałbym zapytać również o sam front, bo tam sytuacja – jak rozumiem – wygląda zupełnie inaczej. Jak działają tam technologie? Często słyszymy, że to już wojna robotów. Czy to prawda? Ponieważ obecnie nie ma już wyraźnej linii rozgraniczenia, lecz raczej pas walki, który często określa się mianem „kill zone”. Ta strefa rozszerza się w obie strony. Jeśli dowódca podejmuje rozsądne decyzje i dba o swoich żołnierzy, maksymalnie wykorzystuje roboty, systemy bezzałogowe i kompleksy robotyczne na pierwszej linii.Chodzi o to, aby maksymalnie zastępować ludzi technologią, ponieważ żołnierze są narażeni na ogromne ryzyko, a ludzi jest niewielu, więc trzeba ich chronić. W rezultacie mamy dziś bardzo zróżnicowaną flotę dronów, które wykonują różne zadania: drony minujące, drony na światłowodzie, które mogą czekać na przykład na przejeżdżający pojazd, drony rozpoznawcze, drony przechwytujące, drony-bombowce i wiele innych. Dotyczy to nawet logistyki – transportu zaopatrzenia, ewakuacji rannych czy przenoszenia amunicji. Coraz częściej odbywa się to przy pomocy dronów. Drony jednak nie zastąpią całkowicie ludzi. Ktoś musi nimi sterować, nadawać im koordynaty. I najprawdopodobniej nigdy ich w pełni nie zastąpią. Będą jedynie coraz bardziej wspierać człowieka na polu walki. Czytaj również: Zełenski wbija szpilę Putinowi. „Ma niewiele czasu”Jaka jest obecnie skuteczność dronów na froncie? Pamiętam dane mówiące, że około 30% dronów trafia w cel, a 70% jest niszczonych lub zakłócanych – na przykład przez walkę radioelektroniczną albo po prostu nie dociera do celu. Czy ten procent się zmienia? Według informacji od wojskowych, z którymi rozmawiam, proporcje pozostają mniej więcej podobne. Każdej naszej metodzie działania przeciwnik stara się przeciwstawić własne środki. Dlatego kluczowa staje się skala użycia. Chodzi o to, ile mamy jednostek zdolnych do używania dronów na całej linii frontu, jak masowo są one wykorzystywane i jak szybko można je uruchamiać. Na przykład: jeśli cel znajduje się 15 kilometrów od operatora lub punktu startu, ile dronów można w ciągu godziny wysłać w to miejsce? Prędkość drona jest ograniczona, podobnie jak tempo startów. Czytaj także: Program SAFE a Ukraina. Współpraca przemysłowa, nie transfer pieniędzyDrony FPV latają dziś z szybkością około 90 km/h, prawda? Mniej więcej. Trzeba więc działać bardzo szybko. Jeśli chcemy zniszczyć większy obiekt, często trzeba uruchomić kilka dronów jednocześnie. Powstaje pytanie: czy mamy taką możliwość? Czy jest wystarczająco dużo operatorów? A jeśli spojrzeć na to z drugiej strony – jaki procent strat przeciwnika powodują dziś drony? Około 70%? Jeśli się nie mylę, niedawno podawano świeże dane – chyba mówił o tym dowódca Sił Systemów Bezzałogowych. W bezpośrednim boju strzeleckim ginie około 5% żołnierzy. Natomiast ponad 80% strat powodują drony, a resztę – artyleria. Mogę się mylić w szczegółowych liczbach, ale proporcje wyglądają mniej więcej w ten sposób. Czy jesteśmy jeszcze daleko od filmu „Terminator”? Wie Pan, nie chcielibyśmy, aby do tego doszło. Technologie się rozwijają, niektóre środki przestają być skuteczne. Ale trzeba też pamiętać, że na przykład te same czołgi, wozy opancerzone i tak dalej mają coraz większe ograniczenia w zastosowaniu. Dlatego drony stają się bardziej efektywnym środkiem rażenia.Myślę, że wiele będzie zależało od tego, jak długo ta wojna jeszcze potrwa. Bo wojna to w gruncie rzeczy czas. Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się na wojnę. To stara, ale aktualna prawda.