Był bezkarny przez 34 lata. W jednej kieszeni nosił klucze do urzędowego gabinetu, w drugiej – sznur, którym dusił młode kobiety. Witalij Maniszin uchodził za wzorowego obywatela: weterynarz, działacz społeczny, zastępca szefa administracji rejonu. Gdy w maju 2023 roku zatrzymali go śledczy, nikt nie chciał wierzyć, że ten ciepły, uśmiechnięty człowiek to najgroźniejszy seryjny morderca w historii Kraju Ałtajskiego. Jego ofiary to co najmniej jedenaście kobiet – głównie nastolatki, które zwabił obietnicą pomocy w dostaniu się na studia. Potem wywoził w pole, gwałcił i dusił. A zanim sprawiedliwości udało się go dopaść, przez 34 lata chroniła go… babcina klątwa. Początek lata w ponad półmilionowym Barnaule, stolicy Kraju Ałtajskiego w Rosji, miał dla nich posmak nadziei. Do tamtejszego Ałtajskiego Państwowego Uniwersytetu Technicznego zjeżdżały wtedy tysiące kandydatów z całego regionu. Chłopcom łatwiej było wyrwać się z prowincji, alternatywą było wojsko, zawsze mogli szukać pracy fizycznej w całej Rosji. Za to dziewczyny – szczególnie ze wsi – wierzyły, że to ich jedyna szansa na lepsze życie. Wierzyły też, że dorośli – zwłaszcza ci mili, schludnie ubrani, mówiący spokojnym, ojcowskim tonem mężczyźni – nie mogą chcieć ich krzywdy.Dziś wiadomo, że tę wiarę wykorzystał prawdziwy agresor.Witalij Maniszin nie wzbudzał podejrzeń. Miał niezgorsze maniery, łagodny głos i dar przekonywania. Miejscowe gazety pisały o nim jako o „patriocie swojej wsi”, człowieku, który „zna każdego mieszkańca po imieniu i otczestwie”, czyli zna też drugie imię, odojcowskie. W 2013 roku w gazecie „Zaria Priobja” chwalono go, że nie chce startować w wyborach na radnego, dopóki nie poczuje realnego poparcia mieszkańców. Ideał lokalnego społecznika, ojciec dzieci i cóż, że w tak młodym wieku dwukrotnie żonaty. A bo to jednemu życie się nie od razu ułożyło.Nikt nie wiedział, że ten sam człowiek zna na pamięć leśne bezdroża w rejonie kałmańskim (40-60 km na południe od Barnaułu). I że ma tam swoją tajną nekropolię.Schemat działania tego „Krwawego Rektora” (jak później ochrzciły go media) był zawsze bardzo podobny. Maniszin podjeżdżał pod uniwersytet białym „szestakiem” – a więc popularną niegdyś i w Polsce Ładą 2106, zwaną też żigulą. Wybierał ofiarę: zagubioną, zestresowaną, taką, której zabrakło kilku punktów na egzaminie. Kto pamięta własne egzaminy na studia, ten wie – przed uczelnią gromadzą się i ci, którym się powiodło, i ci, którym powinęła się noga. Nietrudno rozpoznać, kto jest kto. Maniszin podchodził, przedstawiał się jako wpływowa osoba z uczelni, ktoś, kto „ma dojścia”.– Dam radę załatwić ci dodatkowe punkty – mówił. Albo – Przeniosą cię na dzienne studia, zobaczysz. Pojedźmy do mojego znajomego za miastem, on wszystkim zarządza – dodawał cicho, niemal po ojcowsku.I dziewczyny wsiadały. To była ich ostatnia przejażdżka.Za miastem, na bezludnych polach, Maniszin je gwałcił. A potem dusił – gołymi rękami, paskiem od spodni, w samochodzie pasem bezpieczeństwa. Jedną zabił, uderzając gaśnicą w głowę. Ciała zakopywał koło wsi Buranowo w ziemi zatrutej jeszcze z radzieckich czasów pestycydami. Nikt niczego tam nie szukał, bo gleba i tak była jałowa.Czytaj też: Emancypacja poprzez testament. Tak obchodzono prawoKronika zniknięćNa liście udowodnionych ofiar Maniszina jest jedenaście nazwisk. Jedenaście przerwanych życiorysów.Ludmiła Obidina, 17 lat. Pierwsza ofiara. Był wrzesień 1989 roku, miejscowość Zielona Dąbrowa, ok. 100 km na zachód od Barnaułu. Maniszin miał wówczas niespełna 18 lat, a Zielona Dąbrowa to jego rodzinna wieś. Dostrzegł dziewczynę na przystanku. Przyjechała do dziadków. Wspólnie pili alkohol, doszło do próby gwałtu, dziewczyna się opierała, więc zaczął ją dusić… Ciało wywiózł potem wozem zaprzężonym w konia i zakopał w polu. Milicja ustaliła, że był jednym z tych, którzy ostatni widzieli Ludmiłę. Przesłuchano go nawet, ale wykręcił się kłamstwem: „Rozeszliśmy się w różne strony”. Ciało znaleziono dopiero po roku, sprawę umorzono. To była jego pierwsza lekcja, jak manipulować, kłamać. I mordować.Czoduraa Oorżak, 21 lat. Przyjechała z republiki Tuwy, by studiować. Zaginęła 28 czerwca 1999 roku. Jej ciało znaleziono rok później w wąwozie w rejonie kałmańskim. Pierwsza z „serii studenckiej”. Maniszin poznał ją pod akademikiem, obiecał pomoc w złożeniu dokumentów na uniwersytecie, po czym wywiózł za miasto.Swietłana Filipczenko, 27 lat. Przyjechała z Nowosybirska szukać pracy. Maniszin spotkał ją w centrum Barnaułu, przedstawił się jako osoba z wpływami na uniwersytecie i obiecał posadę na uczelni. Wywiózł, zgwałcił, udusił.Natalia Berdyszewa, 25 lat. Z Zarinska, miasta leżącego ok. 100 km na północny-wschód od Barnaułu. Zdawała do technikum dla dorosłych. Ostatni raz widziano ją na Ałtajskim Państwowym Uniwersytecie Technicznym 9 sierpnia 1999 roku. Maniszin zwabił ją obietnicą pomocy w znalezieniu pracy. Wywiózł pod pretekstem spotkania z „ważną osobą”, zgwałcił i zabił. Ciało znaleziono miesiąc później.Liliana Woźniuk, 16 lat. Pochodziła z Turkmenistanu. 28 lipca 2000 roku poszła na ostatnią konsultację przed egzaminem wstępnym na uczelnię i zniknęła na zawsze. Jej szczątków nie można było przez lata zidentyfikować, bo… Głowę znaleziono już w 2001 roku, ale resztę ciała – dopiero w 2023, po tym jak sam Maniszin wskazał miejsce, gdzie zakopał jej korpus i członki.Olga Szmakowa, 17 lat. 1 sierpnia 2000 roku poszła sprawdzić wyniki egzaminów. Nie dostała się – zabrakło trzech punktów. Maniszin podszedł do niej w holu uniwersytetu, gdzie była z przyjaciółmi i obiecał „załatwić” brakujące punkty. Przekonał, by pojechała z nim do „wpływowego znajomego”.Anżela Burdakowa, 17 lat. Przyjechała z Kamienia nad Obem, by złożyć dokumenty na studia. Wzięła blankiet, wyszła na korytarz, by go wypełnić. Maniszin podszedł, gdy zapisywała rubryczki. Zwabił ją obietnicą pozyskania tzw. celowego obuczenija, czyli dodatkowego stypendium i miejsca w akademiku. I tak zniknęła.Ksenija Kirgizowa, 17 lat. Córka zamożnego biznesmena z Bijska. Zdała, ale punktów starczyło tylko na zaoczne. Chciała przenieść się na studia dzienne, a Maniszin obiecał „pogadankę z wpływowym człowiekiem”. Zniknęła 15 sierpnia 2000 roku. Jej ojciec, zorganizował własne śledztwo, wynajął detektywów, oferował 50 tysięcy dolarów nagrody. Szukał córki do śmierci – zmarł w szpitalu, nie doczekawszy się sprawiedliwości.Były też kobiety, które nie zamierzały zostać studentkami ani nie szukały pracy. Na przykład Walentina Michajlukowa, 53 lata, przyjechała pomóc córce w dostaniu się na studia. Maniszin wyczuł łatwy łup – kobieta miała przy sobie 9 tysięcy rubli na łapówkę (dziś odpowiadałoby to ok. 3 tys. zł). Obiecał pomoc, wywiózł za miasto, ukradł pieniądze, zgwałcił i zabił.Wszystkie ofiary łączyło jedno: zaufały nieznajomemu, który obiecywał im lepszą przyszłość. Choć faktycznie tę przyszłość im brutalnie odebrał.Czytaj też: Demon-kobieta. Więcej niż kryminał z Galicji Wschodniej Chaos lat 90. – wybieg dla bestiiAby zrozumieć, jak Maniszin mógł działać bezkarnie przez tyle lat, trzeba przypomnieć kontekst epoki. Lata 80. i 90. w ZSRR i wczesnej Rosji to czas głębokiego kryzysu. Upadek imperium w 1991 roku przyniósł hiperinflację, bezrobocie, korupcję i rozpad struktur państwowych. W odległych regionach, takich jak Kraj Ałtajski, milicja była niedofinansowana, śledztwa chaotyczne, a społeczeństwo skupione na przetrwaniu.Maniszin wpasował się w ten schemat idealnie. Urodzony w 1971 roku w biednej wsi, ale w rodzinie bez patologii, dorastał w czasach, gdy edukacja była jedyną drogą ucieczki z prowincji. Po szkole wstąpił do instytutu weterynaryjnego. Ukończył go w latach 90., gdy kraj pogrążał się w chaosie. Został weterynarzem, ale szybko wszedł w lokalną politykę.W 2001 roku został szefem rady wsi Szadrino, potem deputowanym, a od 2013 – zastępcą szefa administracji rejonu kałmańskiego.Pod tą fasadą lokalnego polityka czaiła się jednak ciemna strona jego wypaczonej, ale bynajmniej nie patologicznej osobowości. Psychiatrzy po aresztowaniu uznali go za w pełni poczytalnego, bez poważnych traum z dzieciństwa. Motyw? Głównie seksualny, podszyty frustracjami. Jak mówiła psychiatra Jelena Starenkowa w wywiadzie dla barnaulskiego portalu NGS22.RU: „Tacy ludzie często nie realizują się w życiu prywatnym. Mają rodziny, ale nie czerpią z tego satysfakcji. Zbrodnie stają się substytutem aktu seksualnego”.PoniatojOczywiście już latem 2000 roku w Barnaule wybuchła histeria – media nagłośniły sprawę zaginięć pięciu abiturientek, których ciała po kolei odkrywano w okolicznych wąwozach i lasach. Sprawca zyskał wówczas w prasie i wśród mieszkańców pseudonim „politechniczny maniak” – od nazwy uczelni, przy której uprowadzał ofiary. Maniszin spanikował. Bał się, że lada dzień zapukają do jego drzwi. Ale wtedy wydarzyło się coś, co uratowało mu skórę na kolejne 23 lata.Śledztwo w 2000 roku było chaotyczne. Przesłuchano bagatela 35 tysięcy osób – studentów, wykładowców, pracowników. Sporządzono aż 71 portretów pamięciowych, z rosyjska zwanych fotorobotami, przedstawiających potencjalnego sprawcę. Psychiatrzy stworzyli też profil osobowościowy: mężczyzna 35-40 lat, żonaty, z dziećmi, ma auto, praca pozwala mu na wyjazdy. Zdawać by się mogło, że już go namierzą. Ale presja społeczna była ogromna – media grzmiały o „maniaku w Barnaule”. Policja potrzebowała winnego już, natychmiast.I znalazła. Jedna ze świadkiń wskazała na niejakiego Aleksandra Anisimowa, 45-letniego handlarza obuwiem na miejskim targu. Mężczyzna miał kryminalną przeszłość (wyroki za chuligaństwo i kradzież), pasował do rysopisu i jeździł białym samochodem. Zatrzymano go 27 października 2000 roku. Przez trzy dni nic nie mówił. A potem… napisał obszerne zeznania i przyznał się do winy.Służby były w euforii. Prowadzono rekonstrukcje zdarzeń i 1 listopada 2000 roku śledczy konwojowali Anisimowa do miejsca, gdzie jakoby sprzedał biżuterię ofiar. Na klatce schodowej, na ósmym piętrze, na chwilę strażnicy spuścili go z oczu. Anisimow rzucił się w dół przez okno. Roztrzaskał się na betonie.Śledztwo stanęło. Sprawa została formalnie zamknięta, a Anisimowa przez lata uznawano za „politechnicznego maniaka”.Ale w 2019 roku odchodzący na emeryturę generał Nikołaj Turbowiec, który w 2000 roku kierował milicją w Barnaule, wyznał w wywiadzie: „Do dziś nie jestem pewien, czy to był on. Ta sprawa do dziś mnie uwiera. Gdybym miał pewność, że to on, byłoby mi lżej”.I miał rację. Prawdziwy potwór przez cały ten czas był na wolności. Co więcej, doszło do wydarzenia, które mogłoby posłużyć za scenariusz mrocznego thrillera – jak w filmie „Siedem”, gdzie morderca przez pół filmu pozostaje w cieniu, by nagle wkroczyć do akcji i zagrać z policją w swoją grę. Tak i tu, gdy w październiku 2000 roku znaleziono kolejne ciało, milicjanci pojechali na miejsce odkrycia zwłok. Nagle ich samochód się zepsuł. Los chciał, że pierwszą osobą, która się im nawinęła w pobliżu, był właśnie Maniszin – mieszkaniec okolicy. Poprosili go o podwiezienie. Maniszin pomógł, a potem… podpisał protokół oględzin jako „poniatoj”, czyli w rosyjskim prawie niezależny obserwator. Patrzył na wykopane zwłoki swojej ofiary i zachował kamienną twarz.Czytaj też: A gdzie te grube polskie pany? Syberyjska herstoriaNieprzejrzany pokrowI tu dochodzimy do najbardziej niezwykłego elementu tej historii. W powieści Eleny Klisziny „Krysy-Mysy”, będącej fabularyzowaną, ale opartą na faktach opowieścią o tych wydarzeniach, pojawia się motyw kluczowy dla zrozumienia, jak Maniszin mógł unikać kary przez ćwierć wieku: babcine zamówienie.Według książki, po pierwszym morderstwie w 1989 roku, pijany i przerażony Witalij przywlókł się do swojej babki – znachorki, szeptuchy z ałtajskiej wsi. I powiedział jej wszystko. Wówczas, trzymając nad nim płonącą świecę, miała rzucić na niego „nieprzejrzany pokrow” – klątwę ochronną, która ukryła go przed wzrokiem ludzi, milicji i… duchów ofiar. W książce babka mówi: „Za granicą ukrywam, pod wodę opuszczam, w ziemię chowam… Co uczynione, przed oczyma obcymi zakryte, przed knowaniami wrogów schowane”. Od tego momentu Maniszin miał być „związany ze swoimi ofiarami sznurami przywiązanymi do cmentarnego płotu”. Duchy dziewcząt błąkały się po polach, nie mogąc znaleźć ukojenia i nie mogąc dotrzeć do swojego kata. To zaś miało sprawić, że morderca pozostawał bezkarny.Oczywiście to fikcja, wymysł, o czym wyraźnie informuje autorka. Jednak jest w tym pewna informacja. Tytuł powieści Klisziny to gra słów „krysy” (szczury) i „mysy” (zniekształcone „myszi” – myszy), bo Maniszin chował ciała ofiar na polach nasączonych pestycydami, gdzie szczury i myszy były plagą. W książce czytamy też, że nazywał swoje ofiary „szczurami” lub „szmatami”. Poza tym sama metafora jest porażająco prawdziwa: zło, by przetrwać i kwitnąć w społeczeństwie, potrzebuje zasłony dymnej. Tą zasłoną była dla Maniszina jego społeczna pozycja, nienaganna opinia i fakt, że nikt nie chciał uwierzyć, że potwór może wyglądać jak sympatyczny pan Witia z urzędu gminy. Pan, który leczy krowy, szczepi naszych pupili i uśmiecha się do swoich wyborców.Powrót sprawiedliwościPo latach, w maju 2023 roku, śledczy wrócili do sprawy sprzed 34 lat – zabójstwa Ludmiły Obidiny. Dzięki nowym technikom analizy genetycznej i determinacji nowej ekipy, na tapecie pojawił się on – Witalij Maniszin. Gdy pokazali mu dowody, pękł. A potem zaczął mówić.Mówił o wszystkim. O tym, jak dusił dziewczyny pasami bezpieczeństwa, jak jedną zabił gaśnicą, jak inną pociął nożem. Pokazywał miejsca ukrycia ciał, o których nikt nie wiedział – w tym szczątki Liliany Woźniuk, której głowę znaleziono w 2001 roku, ale reszty ciała szukano 21 lat. Co ciekawe, w trakcie śledztwa podczas przeszukania znaleziono u niego broszurę o tym, jak wymazać sobie pamięć. Próbował więc zapomnieć, ale demony wracały.Z dokumentów śledztwa wyłania się obraz człowieka, który przez lata prowadził podwójne życie. Jak już wspomnieliśmy, Maniszin był dwukrotnie żonaty, miał dzieci, a w swojej miejscowości uchodził za osobę szanowaną i godną zaufania. Krewni i znajomi charakteryzowali go pozytywnie, zwracając uwagę na jego wysoką inteligencję, samodyscyplinę i wykształcenie. Sąsiedzi z czasów, gdy pracował jako weterynarz, wspominali, że „lubił zwierzęta” i był człowiekiem przyjaznym. Jedna z mieszkanek opowiadała, że gdy jako mała dziewczynka bywała z siostrą w Zielonej Dąbrowie, Maniszin częstował je cukierkami i sprawiał wrażenie „spokojnego, grzecznego człowieka, który nigdy nie wtrącał się w cudze sprawy”. Nikt z otoczenia nie przypuszczał, że ten sam człowiek jest bestią. A jednak…Śledztwo nabierało rozpędu, do prasy przedostawało się coraz więcej szczegółów, portale społecznościowe huczały od plotek. Wtedy też media ochrzciły Maniszina mianem „krwawego rektora”. Ten pseudonim szybko przylgnął do niego, bo nawiązywał do roli, jaką kilkukrotnie odgrywał podczas wabienia ofiar – udawał rektora uczelni, obiecując pomoc w rekrutacji, bądź sugerował, że zna rektora i właśnie do rektora się udadzą.1 października 2025 roku Sąd Rejonowy w Kałmańskim skazał Witalija Maniszina na 25 lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Uniknął dożywocia tylko dzięki przedawnieniu części zbrodni (dla tych sprzed 2000 roku) i współpracy ze śledztwem. Pierwsze siedem lat spędzi w więzieniu, resztę w kolonii o zaostrzonym rygorze. Ale śledczy nie wykluczają, że ofiar może być więcej. Aktualnie sprawdzane są cztery dodatkowe zabójstwa z lat 1998-2000.Czytaj też: Dyplom i upór. Jak pierwsza polska lekarka złamała system W cieniu rozkwitających potworówDziś mieszkańcy Barnaułu i okolicznych wsi zadają sobie pytanie: jak to możliwe, że człowiek, który podpisywał dokumenty w urzędzie, odbierał odznaczenia, leczył zwierzęta i uśmiechał się do sąsiadów, zamieniał się w demona?Odpowiedź jest przerażająco prosta. Bo nikt nie chciał uwierzyć, że bestia może mieszkać tuż obok. Że może mieć ciepły uścisk dłoni, urzędniczą teczkę i nieposzlakowaną opinię.Ale historia Witalija Maniszina to nie tylko opowieść o potworze. To przestroga: w chaosie, czy to po upadku ZSRR, czy w innych czasach kryzysu, także podczas wojen, potwory rozkwitają. I często mają twarz sąsiada, urzędnika, człowieka, któremu ufamy.