Reakcja giełd na konflikt na Bliskim Wschodzie. Za wojnę na Bliskim Wschodzie płacić będą niemal wszyscy. Zaraz po rozpoczęciu konfliktu ceny ropy na giełdach skoczyły o blisko 10 proc. Po upływie doby w pobliżu zablokowanej Cieśniny Ormuz tłoczyło się ponad 150 tankowców. Chaos przeraża, ale w kilku miejscach świata mogą być nim zachwyceni. Na Kremlu prawdopodobnie wystrzeliły korki od szampana. Kto jeszcze zyska, a kto najwięcej straci na tym konflikcie? Wojna zwykle kojarzy się z destrukcją i zniszczeniami. Straty są ogromne po każdej ze stron konfliktu, ale zwykle też jest tak, że ktoś na takim obrocie sprawy zarabia krocie. W przypadku konfliktu Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem grupa państw, która go odczuje bezpośrednio na własnej skórze, będzie ogromna, a wszystko ze względu na ropę naftową. Surowiec ten – wywożony z Bliskiego Wschodu – zaopatruje wiele regionów świata. Na termin operacji „Epic Fury” miały wpływ giełdy?Jego cena rzutuje na stabilność systemów finansowych. Oznacza to, że większość gospodarek dużych państw nie pozostanie obojętna na to, co dzieje się w Iranie. Skala oddziaływania będzie też zależna od długości tej wojny. W ciągu kilkunastu pierwszych godzin konfliktu ceny ropy na światowych giełdach wystrzeliły do góry najmocniej od czterech lat, ale szybko też sytuacja się uspokoiła – w poniedziałek (2 marca) wzrost wynosił 7-10 proc. i za baryłkę ropy Brend trzeba było zapłacić ok. 73 dol. Analitycy giełdowi podejrzewają, że termin ataku na Iran nie był przypadkowy. Gdyby wydarzył się w dzień powszedni, prawdopodobnie wywołałby wielką panikę na giełdach. Zapoczątkowana w sobotę operacja Epic Fury sprawiła, że finansowego trzęsienia ziemi na świecie nie odnotowano. Finansiści mieli czas, by ochłonąć i na chłodno przeanalizować sytuację. Efekt był taki, że po otwarciu giełd w poniedziałek pojawiły się umiarkowane spadki, co było zjawiskiem przewidywalnym. Inwestorzy w niepewnych sytuacjach szukają możliwości bezpiecznego lokowania kapitału – np. w złoto.Zobacz także: „Operacja Epic Fury”. Pentagon nadał misji kryptonimIran straci najwięcejNajpoważniejsze bezpośrednie straty finansowe i gospodarcze poniesie cel ataku – Iran. Jego gospodarka jest silnie uzależniona od eksportu ropy i gazu, które stanowią około połowy budżetu państwa. Według danych z analiz ekonomicznych, podczas ubiegłorocznego konfliktu z Izraelem irański eksport ropy spadł niemal o 94 proc., co oznaczało dramatyczną obniżkę przychodów rzędu około 120 mln dol. dziennie. Uszkodzenia infrastruktury, takich jak rafinerie czy terminale eksportowe, to dodatkowe miliardowe straty i konieczność długotrwałej odbudowy urządzeń. Teraz straty Iranu wynikające z handlu ropą będą mniejsze niż w przypadku ubiegłorocznego konfliktu. Wynika to z ograniczeń nałożonych już wcześniej na ten kraj. – Ropa raczej nie była głównym czynnikiem ataku Stanów Zjednoczonych na Iran. To nie był zapalnik, biorąc pod uwagę fakt, że Iran od dłuższego czasu jest krajem mocno ograniczonym w swych możliwościach eksportowych tego surowca. Oczywiście jest państwem z gigantycznymi rezerwami, oceniany jako kraj numer trzy w OPEC, natomiast w związku z sankcjami, był związany z nielicznymi odbiorcami swojego produktu, głównie w Azji – wyjaśniał na antenie TVP Info Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z e-petrol.pl.O skali irańskich strat będzie też decydował finał wojny. Jeśli Stany Zjednoczone i Izrael osiągną swój cel związany ze zmianą władz w Teheranie, to być może kraj będzie mógł liczyć na „łaskawe” traktowanie także w kwestiach gospodarczych, co pozwoli mu się szybko podnieść z upadku (tak dzieje się w przypadku Wenezueli). Jeśli nowe władze nie będą skłonne do współpracy z Waszyngtonem, chaos może się pogłębiać. – Mechanizmem, na którym pośrednio opierają się zwolennicy zmiany reżimu, jest dekapitacja, idea, że uderzenie w przywódców i instrumenty władzy państwowej osłabi reżim na tyle, że ludność – wykorzystując okazję – zbuntuje się (i przejmie władze – red.). Teoria ta ma pewną logikę, ale nie ma praktycznie żadnego historycznego uzasadnienia. To, co strategiczne kampanie bombardowań bezdyskusyjnie przyniosły, oceniając na podstawie stuletnich dowodów, to nie bunt, lecz solidarność. Nawet gdy ludność gardzi swoimi przywódcami i boi się ich, ma silną tendencję, gdy spadają bomby, do zwarcia szeregów przeciwko zewnętrznemu agresorowi – mówiła Kelly A. Grieco, amerykanistka, ekspertka z Centrum Stimsona, które promuje bezpieczeństwo międzynarodowe poprzez badania i niezależne analizy.Zobacz także: Trzech amerykańskich żołnierzy nie żyje. Kolejni ciężko ranniChaos po zamknięciu Cieśniny OrmuzLista poszkodowanych w tym konflikcie będzie tym razem jednak znacznie dłuższa. Wynika to z realizacji wcześniejszych zapowiedzi i blokady przez Iran Cieśniny Ormuz. To kluczowa dla światowego handlu ropą trasa eksportowa. Przewożonych jest przez nią 20 proc. światowej produkcji tego surowca – około 17 mln baryłek dziennie. Zamknięcie Cieśniny Ormuz najbardziej odczuje siedem krajów Zatoki Perskiej: Iranu, Iraku, Bahrajnu, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu. Aż 90 proc. eksportu ropy z Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu i Kataru przechodzi przez Cieśninę Ormuz. Zablokowanie tego szklaku żeglugowego, to straty nie tylko dla eksporterów, ale też globalny szok energetyczny dla niektórych importerów.Ponad 80 proc. ropy transportowanej przez Cieśninę Ormuz trafia do Azji i ten kontynent najbardziej może odczuć na własnej skórze skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie. Spośród azjatyckich krajów najwięcej – 4,6 mln baryłek dziennie – tym szlakiem sprowadzają Chiny oraz Indie (2,1 mln baryłek). W przypadku Indii aż 60 proc. zaopatrzenia tego kraju w ropę naftową przechodzi przez Cieśninę Ormuz. „Ponieważ ropa naftowa jest globalnym, wymiennym towarem, jakiekolwiek zakłócenie na tym rynku gdziekolwiek wpływa na ceny wszędzie. Utrata irańskich baryłek ropy zmusiłaby Chiny do poszukiwania zastępczych dostaw” – napisał w niedawnym raporcie Clayton Seigle, analityk waszyngtońskiego think tanku Centrum Stosunków Strategicznych i Międzynarodowych, cytowany przez CNN. Ważnym poligonem doświadczalnym dla światowej gospodarki był już ubiegłoroczny, czerwcowy konflikt między Izraelem i USA a Iranem. – Chiny będą nadal zwiększać swoją zależność od energii z Rosji i Azji Środkowej, aby zmniejszyć swoją podatność na zagrożenia związane z niestabilnością i amerykańską interwencją na Bliskim Wschodzie – zapowiedział Matt Gertken, główny strateg geopolityczny BCA Research, po 12-dniowej wojnie na Bliskim Wschodzie w 2025 r.Zobacz także: Drony nad Omanem. Ewakuacja załogi tankowcaRosja „w szczególnie korzystnej sytuacji”Tuż po tym konflikcie inny analityk Chris Weafer dyrektor firmy konsultingowej Macro-Advisory także przewidywał, że „Rosja znalazłaby się w szczególnie korzystnej sytuacji, gdyby globalny przepływ ropy został zakłócony”.– Rynek światowy będzie potrzebował każdej baryłki rosyjskiej ropy i każdej tony rosyjskiego LNG, jaką uda mu się zdobyć – prorokował Weafer. Jeśli wojna Izraela i USA z Iranem będzie się przedłużać, to możliwe, że dojdzie do weryfikacji przepowiedni amerykańskiego analityka. Pierwsze w kolejce po rosyjskie surowce mogą ustawić się Chiny i Indie. Ten ostatnich kraj, pod silnym naciskiem Stanów Zjednoczonych, ograniczył mocno import ropy z Rosji, ale rozwój sytuacji geopolitycznej na Bliskim Wschodzie, może znów zmusić rząd premiera Narendry Modiego do zmiany frontu. „Import rosyjskiej ropy do Chin może wzrosnąć w lutym trzeci miesiąc z rzędu, potencjalnie osiągając rekordowy poziom 2,1 mln baryłek dziennie, gdyż niezależne rafinerie korzystają ze zniżek na dostawy po zmniejszeniu zakupów ze strony Indii” – informował dwa dni przed wybuchem wojny w Iranie Reuters. Po wycofaniu się Indii, Rosja miała dwie możliwości: zwiększyć rabaty (by utrzymać poziom eksportu) lub ograniczyć produkcję. Tuż przed negocjacjami z Chińczykami Kreml otrzymał nieoczekiwany atut – wobec wzrostu światowych cen ropy, wcale nie musi on stracić na nowych kontraktach. Jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie będzie się przedłużał, to Rosja może na swych surowcach zarobić więcej, niż się spodziewała. To nie jest dobra informacja w kontekście mglistych perspektyw zakończenia wojny w Ukrainie. W związku z wojną Izraela i USA z Iranem eksperci zwracają uwagę na jeszcze jeden problem światowej gospodarki. Zaburzenia w światowym łańcuchu dostaw dotyczą nie tylko ropy, ale także (a może przede wszystkim) gazu ziemnego. – Największe złoża gazu na świecie posiada Rosja, na drugim miejscu jest Iran, na trzecim Katar. I te trzy państwa dysponują ponad połową światowych zasobów gazu ziemnego. Wyeliminowaliśmy numer jeden, numer dwa i numer trzy. To jest teraz nasze główne wyzwanie: w jaki sposób zadbać o ograniczenie tego deficytu, bo ten deficyt będzie i on będzie nam doskwierał coraz bardziej. Numerem cztery na liście jest Turkmenistan, który może eksportować swój surowiec albo przez Rosję, albo przez Iran. Nie ma w tej chwili w wolnym obrocie gazu, który można by sprzedać. Pozostaje nam tylko oszczędzanie – zauważył na antenie TVP Info dr hab. Piotr Kwiatkiewicz, ekspert ds. Bliskiego Wschodu z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.Zobacz także: Ropa już zdrożała. Co oznacza dla świata atak na Iran?Skutki wojny w Iranie odczujemy na stacjach benzynowychWpływ wojny w Iranie na funkcjonowanie światowej gospodarki będzie również uzależniony od długości jej trwania. Prezydent USA Donald Trump stwierdził, że będzie ona liczona w tygodniach, choć jest on uznawany akurat za coraz mniej wiarygodne źródło informacji.– To zawsze był czterotygodniowy proces. Choć Iran jest silny, to duży kraj. Zajmie to cztery tygodnie lub mniej – stwierdził amerykański przywódca w rozmowie z dziennikarzami, w niedzielny wieczór (1 marca).Zgodnie z zapowiedziami, Teheran odpowiedział falą ataków na Izrael, a także na bazy USA i inne cele w państwach takich jak Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Bahrajn. Z obiektów cywilnych najbardziej ucierpiało państwowe saudyjskie przedsiębiorstwo naftowe Aramco. Po ataku drona zamknęło ono swoją rafinerię w Ras Tanura. Jednak sytuacja ma być „pod kontrolą”.Skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie odczujemy też w Polsce. Niebawem ceny na stacjach paliwowych powinny pójść do góry.– Tę zmianę zobaczymy jeszcze w perspektywie tego tygodnia. To przełożenie na rynek hurtowy chwilę zajmie, ale go nie unikniemy. Dostawy dla polskiego rynku nie są specjalnie zagrożone. Polska ma je zdywersyfikowane. Jeśli chodzi o braki na stacjach, to nie ma podstaw, by mówić o takim ryzyku – powiedział w TVP Info Jakub Bogucki z e-petrol.pl. Większym problemem mogą okazać się braki gazu, ale to też będzie zależało od czasu trwania bliskowschodniego konfliktu. Jak wspominał dr hab. Piotr Kwiatkiewicz, najwięksi potentaci – Rosja, Iran, Katar i Turkmenistan – wypadli z gry.Zobacz także: Po ataku na Iran ceny paliw w górę. Powtórka z 2022 roku mało realna– Wybraliśmy, skądinąd słusznie, że ostrzeliwujemy się z najbliższą stacją benzynową. Ale teraz stacje benzynowe numer dwa i numer trzy zostały również wyłączone. Stacja numer cztery nie działa, a innych stacji nie ma. Będziemy musieli w jakiś sposób z tym żyć – powiedział obrazowo w TVP Info ekspert ds. Bliskiego Wschodu z UAM w Poznaniu.