Piękne emocje we Florencji. Jechali spisani na straty, a wrócą z Florencji z podniesionymi wysoko głowami. Piłkarzom Jagiellonii nie udało się co prawda awansować do 1/8 finału Ligi Konferencji Europy, ale i tak dokonali we Włoszech rzeczy wielkich. Odrobili straty z pierwszego meczu (0:3), doprowadzili do dogrywki, w której, niestety, zabrakło sił. Wygrana 4:2 po 120 minutach nie dała, niestety, nawet konkursu rzutów karnych. Jagiellonia leciała do Florencji pozbawiona złudzeń. Po 0:3 w Białymstoku i absolutnej dominacji Włochów w drugiej połowie, mało kto (nikt?) wierzył, że wyjazd do Włoch może być czymś więcej niż mityczną „walką o honor”. Dla kibiców – szansą na poznanie pięknego miasta i zjedzenie dobrej pizzy.Adrian Siemieniec wystawił jednak najsilniejszy możliwy skład: z Afimico Pululu i Tarasem Romańczukiem, których w pierwszym starciu brakowało. Gospodarze też nie zlekceważyli Polaków: trener Violi oddelegował do gry niemal identyczną jedenastkę jak przed tygodniem – i to pomimo potężnej zaliczki. To o czymś świadczy.To, co wydarzyło się potem, wymyka się jednak wszelkim piłkarskim prawidłom. I doświadczeniom polskich zespołów w europejskich pucharach. Jagiellonia zaczęła mocno, intensywnie, stwarzając kilka dobrych szans. W 23. minucie Bartosz Mazurek błysnął po raz pierwszy, na raty pokonując słabo dysponowanego Davida De Geę.Jeszcze przed przerwą piłkarze Adriana Siemieńca wlali kolejną dawkę nadziei w serca kibiców – znów za sprawą Mazurka, któremu pomogli pokracznie interweniujący obrońcy Fiorentiny. Mało? Ten sam chłopak, zaledwie 19-letni, już na początku 2. połowy odrobił straty z Białegostoku, dając Jadze upragnione prowadzenie 3:0. Było dobrze, było pięknie, Włosi obudzili się, zaczęli grać trochę lepiej, ale w regulaminowym czasie nikt nie był w stanie rozstrzygnąć losów dwumeczu. Polski zespół wyraźnie opadł z sił, w pierwszej części dogrywki większość zawodników oddychała rękawami, ale wciąż bronili się dzielnie. Ostatniego kwadransa, niestety, nie przetrwali. Fiorentina strzeliła na 1:3, potem na 2:3 i sprawa awansu wydała się przesądzona. Odrobinę radości dał jeszcze Jesus Imaz, ale na doprowadzenie do rzutów karnych zabrakło sił. Jagiellonia wygrała, choć przegrała. Ale tej włoskiej przygody polscy kibice, a zwłaszcza ci z Białegostoku, nie zapomną nigdy.