Zdobyli 41 medali. Ten kraj to niewątpliwie fenomen. Reprezentanci liczącej 5,5 mln mieszkańców Norwegii przywiozą z igrzysk w Mediolanie i Cortinie 41 medali, z czego prawie połowę złotych. Pomimo tego, Skandynawowie wróżą... kryzys sportów zimowych. Zachwyt nad norweskimi sukcesami w zagranicznych mediach po tegorocznych igrzyskach jest powszechny. Amerykańska agencja Reuters, komentując dominację Norwegów i próbując wyjaśnić stabilność ich systemu przygotowań, pisała o „dekadach kultury, która stawia radość dzieci ponad szybkim wynikiem”. Włoski dziennik „La Gazzetta dello Sport” zwrócił uwagę, że kraj o populacji porównywalnej z jednym większym europejskim miastem potrafi seryjnie produkować mistrzów sportów zimowych. Z kolei szwedzki „Aftonbladet” pisał o „norweskiej hegemonii”, zastanawiając się, czy inne kraje mają jeszcze szansę konkurować z tamtejszą filozofią szkolenia.Odpowiedzi, których udzielają sami Norwegowie, są zaskakująco mało spektakularne.„Zostawcie dzieci w spokoju” – zacytował zespół Pink Floyd w rozmowie z Reuters szef norweskiej misji olimpijskiej Tore Oevreboe, odnosząc się do zasady, by najmłodszych sportowców chronić przed rankingami i presją rywalizacji.W Norwegii do 12. roku życia nie prowadzi się oficjalnych tabel ani klasyfikacji, a nacisk kładzie się na uczestnictwo i radość z ruchu, a nie na selekcję i wczesną specjalizację.Model opiera się na silnych amatorskich klubach, pracy wolontariuszy i szerokim dostępie do sportu. Kluczową rolę odgrywa tu zjawisko tzw. dugnad – zakorzenionej w kulturze formie wspólnej, bezpłatnej pracy na rzecz lokalnej społeczności. Rodzice organizują zawody, przygotowują trasy czy prowadzą klubowe festyny. Dzieci angażują się w zbiórki na wyjazdy, odbierając od sąsiadów uschnięte choinki lub sprzedając losy na loterie z symbolicznymi nagrodami. Dzięki dugnadom sport pozostaje relatywnie tani i dostępny, a sukces postrzegany jest jako wspólny wysiłek całej społeczności, a nie wyłącznie efekt indywidualnego talentu.Wraz z radością medalowych triumfów narasta wśród Norwegów niepokój. Krajowy nadawca publiczny NRK informował w ostatnich miesiącach o spadku liczby dzieci startujących w lokalnych zawodach biegowych. Działacze sportowi przyznają, że w niektórych regionach zainteresowanie najmłodszych wyraźnie maleje, a kluby mają coraz większy problem z rekrutacją. Konkurencją są inne formy aktywności, zmieniający się styl życia, ale także rosnące koszty organizacji treningów.„Para nart i kromka chleba z brunostem (tradycyjny twardy ser o brązowym od skarmelizowanego mleka kolorze) już nie wystarczy, by sięgać wysoko” - zauważył na łamach „Aftenposten” Daniel Roed-Johansen, oceniając narodową dumę z olimpijskich triumfów jako formę samooszukiwania się.Taki mamy klimatDo listy zmartwień dochodzi czynnik klimatyczny. Coraz cieplejsze zimy skracają sezon śnieżny, zwłaszcza w południowej części kraju. Kluby muszą inwestować w sztuczne naśnieżanie albo przenosić zajęcia wyżej w góry, co podnosi koszty i ogranicza dostępność. Przywoływani przez media eksperci ostrzegają, że skracające się z roku na rok zimy mogą z czasem podważyć wynikającą z warunków naturalnych przewagę Norwegii w sportach zimowych.Na świat działa olimpijska tabela z 18 złotymi, 12 srebrnymi i 11 brązowymi medalami. Norwegowie patrzą także na coraz krótsze listy startowe w lokalnych zawodach i na zimy, które zaczynają się później, a kończą szybciej. Jeśli okaże się, że para nart i kromka chleba z brunostem naprawdę już nie wystarczą, fenomen może okazać się mniej oczywisty niż dziś wygląda z zagranicznych trybun.Czytaj też: Polska łyżwiarka trafiona w twarz. Kamila Sellier przeszła zabieg