Podsumowanie tygodnia. Środa przyniosła coś, czego się spodziewaliśmy, ale chyba nie aż tak szybko. Polska 2050 rozpadła się na pół. Z jednej strony część partii została przy Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, z drugiej – powstał nowy klub parlamentarny Centrum, składający się z piętnastu posłanek i posłów oraz trzech senatorów. Wśród „rozłamowców” między innymi: Paulina Hennig-Kloska, Żaneta Cwalina-Śliwowska, Ryszard Petru, Aleksandra Leo, Izabela Bodnar, Jacek Trela, Sławomir Ćwik, Norbert Pietrykowski. Symbolicznego wsparcia udzielił też Michał Kobosko, jedyny europoseł Polski 2050, do niedawna bliski współpracownik Szymona Hołowni.Sam Hołownia nie gryzł się w język. Mówił o bólu, rozczarowaniu, o „nienawiści do Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz” jako głównym paliwie rozłamu. Przyznał też, że oddanie przywództwa było błędem i trudno nie przyznać mu tutaj racji. Z rozmów bowiem prowadzonych z tzw. rozłamowcami wynika, że gdyby Hołownia został liderem, być może partia miałaby jeszcze szansę utrzymać się w całości. Problem w tym, że sam wielokrotnie zmieniał zdanie i osłabiał swoją wewnętrzną pozycję. Przedstawiciele Centrum nieoficjalnie mówią o dużym żalu i rozgoryczeniu w stosunku do wicemarszałka Sejmu.Nowe Centrum zapewnia o lojalności wobec Koalicji 15 października. Być może nawet większej niż ta, którą proponowała Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, chwilami bardziej konfrontacyjna wobec Donalda Tuska. Jedno wydaje się przesądzone: ambicje wicepremierowskie Pełczyńskiej-Nałęcz właśnie odeszły w siną dal.Deklaracje przedstawicieli klubu Centrum o samodzielnym starcie w 2027 roku brzmią dziś ambitnie. Ale arytmetyka wyborcza jest bezlitosna i pewnie bliżej przyszłorocznych wyborów, Centrum zacznie rozglądać się za silniejszym sojusznikiem. Koalicjanci (KO, Lewica, PSL) przekonują, że dla stabilności rządu niewiele się zmieniło, ale czy tak będzie faktycznie, przekonamy się w najbliższych miesiącach.***I nie jest też tak, że tylko Polskę 2050 rozrywają wewnętrzne konflikty. Różne emanacje napięć widać od tygodni, a właściwie miesięcy, w PiS. Tydzień temu pisałam o wymianie (nie)uprzejmości między Sebastianem Kaletą a Ryszardem Terleckim. Część członków PiS odczytuje to, jako „suwpolizację” Prawa i Sprawiedliwości, czyli wzmacnianie się środowiska ludzi Zbigniewa Ziobry, a więc przesuwanie wewnętrznego środka ciężkości.Teraz dochodzą do tego spekulacje personalne. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Radia Maryja zasugerował, że decyzja o przyszłym kandydacie PiS na premiera, w hipotetycznym rządzie po wygranych wyborach, jest już w zasadzie podjęta. Nazwisko nie padło, ale kryteria zostały zarysowane: około 50 lat, polityk nieobciążony ośmioma latami rządów, twarz względnie świeża. Giełda nazwisk do złudzenia przypomina tę, którą pamiętamy przed wyłonieniem przez PiS kandydata na prezydenta (przepraszam, kandydata obywatelskiego!). To znaczy: Zbigniew Bogucki, Tobiasz Bocheński, Przemysław Czarnek, Patryk Jaki. Jak pisał Jacek Gądek w „Newsweeku”, prezes Kaczyński chciał postawić na Zbigniewa Boguckiego, tu jednak weto postawił Karol Nawrocki (o formalnych wetach prezydenckich będzie dziś więcej), bo nie chce oddawać szefa swojej kancelarii. Przemysław Czarnek, jako były minister edukacji, jest jednoznacznie kojarzony z najbardziej ideologiczną twarzą poprzednich rządów. Na prowadzenie więc wysuwa się Tobiasz Bocheński. Ale! Niewykluczone, że powtórzy się sytuacja z kampanii prezydenckiej, kiedy na ostatniej prostej poznamy zupełnie nowe nazwisko, tak jak było to w przypadku Karola Nawrockiego.Z warunków stawianych przez prezesa PiS wynika też jasno, kto tym kandydatem nie będzie: Mateusz Morawiecki. Były premier nie dość, że nie mieści się w kryterium wiekowym, jest symbolem niemal całych ośmiu lat rządów, a więc dokładnie tego obciążenia, od którego PiS próbuje dziś się zdystansować.Czytaj też: Prezes PiS ma kandydata na premiera. „Musi nam pozwolić wygrać wybory”***I tu dochodzimy do sedna: Mateusz Morawiecki nie może liczyć na to, że Jarosław Kaczyński namaści go na przyszłego premiera w ewentualnym rządzie PiS. Czy oznacza to więc odejście byłego premiera z PiS? Portal zero.pl pisał w tym tygodniu, że Morawiecki przygotowuje się do opuszczenia Prawa i Sprawiedliwości, a może się to stać nawet za pół roku. O odejściu Morawieckiego mówi się od dawna, to scenariusz całkiem realny. Ale czy wydarzy się w najbliższych miesiącach? Raczej nie. Morawiecki jest dziś zbyt słaby, by samodzielnie wykonać tak ryzykowny ruch. Do budowy nowej formacji potrzeba pieniędzy, struktur i odpowiedniego momentu politycznego.Dla Jarosława Kaczyńskiego taki scenariusz byłby koszmarem. Jeszcze większe rozbicie prawej strony oznaczałoby trwałą utratę hegemonii.***W czwartek odbyło się inauguracyjne posiedzenie Rady Pokoju – inicjatywy Donalda Trumpa, która od początku budzi spore kontrowersje. Ostatecznie Karol Nawrocki do Waszyngtonu nie poleciał, a prezydenta reprezentował Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej i – patrząc na przebieg wydarzeń – był to ruch co najmniej roztropny.Zabrakło większości europejskich przywódców. Sama inauguracja przybrała dość specyficzny przebieg. Część uczestników wyraźnie nie potrafiła utrzymać powagi, a spore zaskoczenie wywołała obecność Gianniego Infantino – prezydenta FIFA, który państwem nie zarządza, ale za to pozostaje w bardzo ciepłych relacjach z Donaldem Trumpem. Po tym, jak kandydatura Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla nie znalazła uznania, Infantino wręczył mu w grudniu… pokojową nagrodę FIFA.Konsternację wywołało również samo przemówienie Trumpa. Dziękując prezydentowi Paragwaju za obecność, pozwolił sobie na żart o tym, że jest to „młody, przystojny facet”, ale on – Trump – nie lubi młodych, przystojnych facetów, woli kobiety.Wracając jednak do Polski. Jeszcze tydzień temu wydawało się, że prezydent mocno skłania się ku formalnemu uczestnictwu w Radzie Pokoju. Wysłanie Marcina Przydacza w roli obserwatora wygląda jednak na powrót do strategii, w której Warszawa stara się wobec Donalda Trumpa zachowywać ostrożność: nie mówić twardego „nie”, ale też nie podpisywać się pod każdą inicjatywą.Czytaj też: Miało być ratowanie świata, wyszło show. Jednoosobowy spektakl Rady Pokoju***Tymczasem w poniedziałek Karol Nawrocki postanowił wybrnąć z afery, która wybuchła po jego wizycie na zimowych igrzyskach olimpijskich, na których fotografował się z polskimi sportowcami w koszulce z napisem „NowRocky” i czapce tej samej marki. Prezydent tłumaczył sprawę tak: „Akurat włożyłem tę koszulkę. Gdyby mój fotograf Mikołaj Bujak miał inną, to pewnie włożyłbym inną. Pożyczyłem od niego t-shirt i czapeczkę, bo miał akurat taką, a ja miałem stroje oficjalne”.Pozostaje więc odetchnąć z ulgą, że prezydencki fotograf nie spakował do walizki nic bardziej kontrowersyjnego.***Koniec tygodnia przyniósł nam dwa kolejne weta prezydenckie. Karol Nawrocki zawetował ustawę o zmianach w Krajowej Radzie Sądownictwa oraz ustawę „Aktywny Rolnik”.„Nie mogę podpisać ustawy, która pod hasłem przywracania praworządności w rzeczywistości wprowadza nowy etap chaosu i otwiera drogę do politycznego wpływu na sędziów” – argumentował swoje weto prezydent, odnosząc się do ustawy dot. KRS. Ta decyzja nie jest zaskoczeniem. Zmiany w wymiarze sprawiedliwości zapoczątkowane przez Adama Bodnara, a kontynuowane przez ministra Waldemara Żurka, od początku spotykają się ze stanowczą krytyką opozycji i samego prezydenta. Szkoda tylko, że w tej wojnie politycznej największymi ofiarami są obywatele i obywatelki. Ci, którzy zderzają się z wymiarem sprawiedliwości w sprawach zupełnie prozaicznych: spadek po rodzicach, alimenty, odszkodowanie, podział majątku. Efekt? Zaufanie do wymiaru sprawiedliwości jest dramatycznie niskie.***Czy będzie weto w sprawie ustawy o programie SAFE? Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się niemal pewne, że prezydent podpisze ustawę. W końcu kwestie obronnościowe i bezpieczeństwa powinny – i tego oczekują Polacy – znajdować się poza sporem politycznym. Tymczasem narracja PiS-u w ostatnich tygodniach oraz stanowisko prezydenta podczas Rady Bezpieczeństwa Narodowego mogą sugerować coś zupełnie innego. Wygląda na to, że Prawo i Sprawiedliwość mocno naciska, ale weto byłoby dla prezydenta niezwykle kłopotliwe.Program SAFE oferuje bowiem możliwość zaciągnięcia nisko oprocentowanej, odłożonej w czasie i rozłożonej na wiele lat pożyczki na zakup sprzętu wojskowego. Dla przypomnienia: kiedy ministrem obrony narodowej był Mariusz Błaszczak, sprzęt kupowano na kredyt w Korei. Ale wracając do SAFE – rząd przekonuje, że nawet w przypadku prezydenckiego weta program można uruchomić. Wyobraźmy sobie teraz scenariusz: Karol Nawrocki wetuje ustawę, a rząd i tak realizuje zakupy i ogłasza: „Oto nowy sprzęt wojskowy dla Polski. Proszę zobaczyć, to sprzęt, którego prezydent nie chciał w kraju”. Weto w takim wypadku staje się bardzo dramatyczne wizerunkowo. Już niebawem przekonamy się, czy prezydent ulegnie naciskom PiS-u, czy zdecyduje się pokazać, że jest niezależną głową państwa, dla której dobro i bezpieczeństwo Polski stoi ponad politycznymi rozgrywkami.Czytaj też: Dezinformacja wokół programu SAFE. „Nie chodzi tu o Niemca”