Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. Dlaczego mężczyzna w pewnym momencie odwraca się i nie czuje odpowiedzialności za dziecko? – zapytała w podcaście „Powiem to pierwszy raz” aktorka, reżyserka, a także ambasadorka Fundacji Twarze Depresji, Maria Seweryn. – Jest założenie, że wszystko spada na matkę i tak powinno być. Nie dziwię się ilości depresji wśród kobiet, matek, przy takim braku wsparcia w systemie. Wielokrotnie zderzałam się z systemem. Nadal walczę o alimenty – w poruszającej rozmowie wyznała aktorka. Siedziałam w studio, naprzeciwko Marii Seweryn, to ja zadawałam jej pytania i to ja słuchałam odpowiedzi. Byłam uważna i obecna. Jednak dopiero kolejne odsłuchanie tej rozmowy, już na zimno, bez adrenaliny pozwalającej dziennikarzowi prowadzić rozmowy o dużym ładunku emocjonalnym, (która wytwarza swoistą zbroję) sprawiło, że kilka razy przeszedł mnie dreszcz. Odsłuchiwanie musiałam przerywać, bo tak bardzo empatyzuję z kobietami w podobnej sytuacji, że ciężar gatunkowy tej rozmowy był dla mnie trudny do dźwignięcia.Już piszę, w czym rzecz.Moja gościni, mówiąc o kobiecych rolach, także o roli matki, zwróciła uwagę na to, z jakimi problemami mierzą się szczególnie te z nas, które samodzielnie wychowują dzieci, są pozbawione wsparcia ze strony ojców tychże. – Nie jestem w stanie zrozumieć… Czyli że kobieta, ponieważ rodzi, to dziecko jest bardziej „jej”? – spytała Maria Seweryn, odnosząc się do gigantycznego społecznego problemu, jakim jest niealimentacja, czyli uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego. Jak dodała, sama wciąż walczy o alimenty, problem zna doskonale. – Wielokrotnie zderzałam się z systemem. Nadal walczę o alimenty – wyznała.– Samotne macierzyństwo, które nie ma wsparcia, jest tak bardzo czasami bezradne, tak smutne, że nie dziwię się, że pojawia się depresja, która jest „zaklepywana”, bo jest się samemu z dzieckiem i nie można sobie pozwolić na swoje uczucia, swoją słabość, bo jest ktoś ważniejszy ode mnie – mówiła dalej aktorka. I choć sama przyznała, że depresji jako takiej u niej nie zdiagnozowano, to wie, co to stany depresyjne. I ten wątek rozmowy z Marią Seweryn jest niezwykle ważny, mam nadzieję, że wysłuchacie jej państwo całej, jednak ja dzisiaj skupię się na alimentach (choć korelacja braku finansowego wsparcia z kondycją psychiczną osób zmuszonych do radzenia sobie z problemem wydaje się oczywista).Tak się składa, że właśnie kończę pisać książkę, w której pojawia się problem niealimentacji jako porozwodowej formy przemocy ekonomicznej. Tak proszę państwa, choć teoretycznie o tym, że „alimenty to nie prezenty” mówi się od jakiegoś czasu, to wciąż długi alimentacyjne (stan na czerwiec 2025 r.) wynoszą 16,4 mld zł, z czego – jak podaje Krajowy Rejestr Długów – „prawie 96 proc. zaległości wobec dzieci to niespłacone zobowiązania ojców”. Także nie jest to żadna nagonka na tatusiów, to są fakty.I teraz w historii wywołanej przez Marię Seweryn w podcaście, pojawia się wątek otoczenia takich tatusiów-alimenciarzy, bo przecież żaden z nich nie jest samotną wyspą. Okazuje się, że mimo kampanii społecznych i idących za nimi – przynajmniej mam taką nadzieję – zmian, wciąż zdarza się, że mężczyzna potrafi rzucić hasło, że „na byłe dzieci płacił nie będzie”. Wciąż rodziny alimenciarzy pomagają im w ukrywaniu majątku, wciąż pracodawcy zatrudniają „na czarno”, byle tylko uratować pana alimenciarza z opresji.Cholerna dumaPo drugiej stronie są też kobiety, które wciąż czasem „honorowo” odpuszczają walkę z dłużnikami alimentacyjnymi, bo jak na prawdziwe superheroski przystało, unoszą się dumą i udowadniają światu, że one same przecież zarobią na dom. A te, którym zdarzy się walkę o kasę dla ich dziecka wytoczyć, wciąż mierzą się z komentarzami, że na pewno te pieniądze wydają nie na dziecko, a na rzęsy i paznokcie. Lub na nowy biust z tureckiej kliniki. Oczywiście nie można też wnosić o zmianę wysokości alimentów, bo przecież – jasna sprawa – inflacja i rosnące koszty życia w jakiś magiczny sposób omijają samodzielne matki.I w końcu są też kobiety, o czym opowiedziała mi niedawno jedna z prawniczek, które przychodzą do kancelarii ze swoimi nowymi partnerami, i poklepują ich po ramionach, gdy ci mówią wprost, że alimentów na dzieci z poprzedniego związku płacić nie będą, a jeśli już, to maksymalnie 500 złotych. A potem, po latach, gdy tamten „nowy partner” staje się ich eks, dziwią się, że i ich dzieci nie mogą liczyć na kasę od tatusia.To nie są opowieści z krypty, to polska rzeczywistość w roku 2026. Dlatego to odważne wyznanie Marii Seweryn tak porusza. Bo jeśli my, kobiety, nie będziemy o problemie mówić głośno, jeśli tej cholernej dumy nie schowamy do kieszeni i nie uznamy, że w sięganiu po alimenty nie ma naprawdę nic zdrożnego (ani w piętnowaniu osób, które od płacenia się uchylają), alimentacyjny dług tylko będzie rósł. Tak szybko, jak szybko rosną dzieci pozbawione wsparcia ze strony swoich ojców.Czytaj też: Rożniatowska: Wróżka mnie nastraszyła. Powiedziała, że będę żyć 95 lat