Relacja korespondentki TVP. Filmowa koprodukcja „Dust” została dobrze przyjęta podczas tegorocznego Berlinale, gdzie ma swoją premierę w głównym konkursie. O jedynym obrazie z polskim udziałem w tej najważniejszej festiwalowej sekcji, a także o innych produkcjach związanych z Polską opowiada korespondentka TVP w Niemczech Magdalena Gwóźdź-Pallokat. Złote i Srebrne Niedźwiedzie zostaną przyznane w sobotę, 21 lutego. O nagrody walczy m.in. „Dust”, a także polski krótkometrażowy film „Kontrewers”. W sekcji dokumentalnej pokazana została natomiast kolejna koprodukcja z udziałem Polski – „Traces”.Jak przypomina Magdalena Gwóźdź-Pallokat, „Dust” to międzynarodowa koprodukcja z udziałem Polski, Belgii, Grecji i Wielkiej Brytanii. – Film przenosi nas do lat 90., gdzie jesteśmy świadkami finansowych machinacji bohaterów. Część zdjęć zrealizowano w Polsce – podkreśla.Szczególne wrażenie na korespondentce zrobił dokument „Traces”, polsko-ukraińska koprodukcja prezentowana w innej sekcji festiwalu. Film opowiada o ukraińskich kobietach, które doświadczyły przemocy seksualnej i tortur ze strony rosyjskich wojsk, a mimo traumatycznych przeżyć zdecydowały się przerwać milczenie i opowiedzieć swoją historię. Jak podkreślają bohaterki, chcą, by „ich głosy przemówiły także w imieniu tych, którzy już nigdy nie będą mogli zabrać głosu”.– To musi być ostrzeżenie dla całego świata. Akceptacja dla bestialstwa i bandytyzmu będzie prowadzić do eskalacji przemocy w przyszłości. Dlatego trzeba o tym mówić i nagłaśniać takie historie – powiedział w rozmowie z Magdaleną Gwóźdź-Pallokat rzecznik Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Daniel Witowski. Jak zaznaczył, PISF wspiera projekty, które dokumentują tragedie, których świadkami jesteśmy od kilku lat.„Nie realizujemy celów polityków”Na tegorocznym Berlinale pokazywany jest także film „Kontrewers” Zuzy Banasińskiej. Festiwal przypomina również dorobek Krzysztofa Kieślowskiego – w programie znalazła się retrospektywa z okazji 30. rocznicy jego śmierci, w tym „Podwójne życie Weroniki”.Zdaniem korespondentki, sam festiwal przechodzi jednak wyraźne zmiany. – Berlinale przez lata przyciągało największe gwiazdy światowego kina. Dziś, choć powstają nowe filmy twórców takich jak Steven Spielberg, Pedro Almodóvar czy Werner Herzog, nie ma ich w Berlinie. W praktyce festiwal został wyprzedzony przez Cannes czy Wenecję – ocenia.Zmienia się również podejście do kwestii politycznych. Przewodniczący jury, Wim Wenders, podkreślił, że kino powinno zachować dystans wobec bieżącej polityki. – Jeśli tworzymy filmy zaangażowane, sami wkraczamy na tę arenę. Naszą rolą jest być przeciwwagą dla polityki i służyć ludziom, a nie realizować cele polityków – powiedział.Była to odpowiedź Wima Wendersa na pytanie dziennikarza, który zarzucił organizatorom festiwalu, że solidaryzują się z Ukrainą i Iranem, ale nie z Palestyńczykami.Słowa Wendersa poparła członkini jury, polska producentka Ewa Puszczyńska. – Filmy opowiadają o empatii, o próbie zrozumienia i o podejmowaniu własnych decyzji. Uważam, że stawianie nam takich pytań jest nieco niesprawiedliwe. Kiedyś wierzyliśmy, że zmienimy świat, ale dziś po prostu staramy się rozmawiać z każdym widzem z osobna – zaznaczyła.Najdroższe wydarzenie kulturalne w NiemczechJak podkreśla Magdalena Gwóźdź-Pallokat, Berlinale pozostaje najdroższym wydarzeniem kulturalnym w Niemczech, z budżetem przekraczającym 30 milionów euro i ogromnym zainteresowaniem publiczności. Tysiące widzów codziennie uczestniczą w pokazach filmowych.Honorowy Złoty Niedźwiedź został już przyznany – otrzymała go laureatka Oscara Michelle Yeoh za rolę w filmie „Wszystko wszędzie naraz”. Na ostateczne rozstrzygnięcia w konkursie głównym, w tym na odpowiedź, czy statuetka trafi do filmu z polskim udziałem, trzeba poczekać do 21 lutego.Czytaj też: Nagroda im. Kutza dla Smarzowskiego. „Najważniejszym lustrem jest czas”