Wspomina Wiesław Banach. – Nie mogłem w to uwierzyć, kompletnie. Myślałem, że to bzdury, plotki. Natychmiast wykręciłem numer do niego i zastanawiałem się, co mu powiem, gdy odbierze, jaki temat mam z nim poruszyć, przecież nie powiem mu, że mam informację, że został zamordowany. W stu procentach byłem przekonany, że on ten telefon odbierze – wspomina Wiesław Banach, były dyrektor Muzeum Historycznego w Sanoku i przyjaciel Zdzisława Beksińskiego. W rozmowie z TVP.info mówi o drodze artystycznej Beksińskiego, jaki był i jak tworzył. Zdzisław Beksiński zmarł 21 lutego 2005 roku. Miał pan okazję nie tylko spotkać się, ale dobrze poznać Zdzisława Beksińskiego i przez wiele lat z nim współpracować. Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie? Jak je pan zapamiętał?To był grudzień 1972 roku. Byłem wówczas studentem pierwszego roku historii sztuki na KUL-u. Na przerwę świąteczną pojechałem do domu, do Kościana. Wybrałem się do Muzeum Narodowego w Poznaniu, gdzie była prezentowana wystawa sztuki współczesnej. Oprócz prac artystów z różnych ośrodków (Kraków, Warszawa, Poznań), wisiał obraz podpisany „Zdzisław Beksiński, Sanok”. Gdy wróciłem do Lublina, spytałem mojej dziewczyny, sanoczanki, czy zna takiego artystę? Ależ oczywiście – odpowiedziała – jak przyjedziesz do Sanoka, to go odwiedzimy. Tak też się stało i moje spotkanie z Beksińskim nastąpiło latem 1973 roku. Poszliśmy tam razem z moją dziewczyną i jej rodzicami. Rodzice, moi przyszli teściowie, byli artystami po krakowskiej ASP i Beksiński często rozmawiał z nimi o tym, co tworzy, ich kontakty stały się bardzo przyjacielskie. W moim przyszłym wtedy teściu Zdzisław Beksiński miał spore oparcie od strony technologicznej, przecież sam nie studiował malarstwa. Jego dom, wybudowany jeszcze przez dziadka, Mateusza Beksińskiego, był modrzewiowym dworkiem o licznych pokojach, pełnym zakamarków z bardzo ciekawą atmosferą, którą współtworzyły dzieła Zdzisława, który pod koniec lat 70. tworzył także rzeźby. Artysta przywitał nas w drzwiach i przez ciemny korytarz, w którym witały nas „głowy – czaszki”, tworząc już na wejściu specyficzną atmosferę, poprowadził nas do największego pokoju, który był poniekąd wszystkim – pracownią, salonem, nawet pokojem gościnnym, gdyby ktoś chciał tam przenocować.„Beksiński był człowiekiem pełnym uroku osobistego, dobrodusznym, dowcipnym i prowokującym”Jak zachowywał się wobec dwójki studentów Zdzisław Beksiński?Naszą dwójką, czyli parą studentów, zajął się wówczas szczególnie, trochę nas prowokując pytaniami, które pokazywały, że ma zupełnie odmienną opinię na temat sztuki aniżeli to, czego z pewnością uczą nas na studiach. Ta nasza rozmowa odbywała się wśród ścian wytapetowanych jego obrazami, co oczywiście przykuwało głównie moją uwagę. W Poznaniu na wystawie widziałem tylko jeden obraz, który zresztą bardzo mi się nie podobał, tutaj miałem przed sobą kilkanaście wżerających się w pamięć i pobudzających wyobraźnię.Czytaj też: Zmarł Robert Duvall, legenda kina i laureat OscaraArtysta okazał się osobą niezwykle inteligentną, mobilizującą do maksymalnego skupienia na tym, co mówi. Był człowiekiem pełnym uroku osobistego, dobrodusznym, dowcipnym i prowokującym.Wspomniał pan o tych prowokacjach, żartach. Dało się go za nie od razu polubić, czy wręcz przeciwnie, na początku nimi irytował?Od razu dało się go polubić, ale też my jako młodzi, po pierwszym roku studenci, czuliśmy respekt przed jego wiedzą, przed jego osobowością. Absolutnie nie byłbym w stanie wtedy czegokolwiek mądrego powiedzieć Beksińskiemu o jego malarstwie. To była jednak niesłychanie mocna i ciekawa osobowość, z jednej strony taka ciepła i otwarta, z drugiej strony jednak niejako wymuszająca respekt.„Beksiński nauczył się myśleć, mając w ręce ołówek, nie tylko o sztuce, ale także o życiu”Jak rozwijała się twórczość Zdzisława Beksińskiego? Jakie etapy przechodził jako artysta?Beksiński przechodził swoje różne fazy. Możemy to śledzić w Muzeum Historycznym w Sanoku, oglądając stałą ekspozycję. W spuściźnie zachowały się również jego najwcześniejsze „prace”.Gdy Beksiński był małym chłopcem, mama wsadzała mu wtedy do ręki ołówek i to małe dziecko wykonywało tym ołówkiem jakieś gesty na papierze. Mama to wycinała, wklejała do zeszytu, myśląc sobie, że Zdziś na pewno będzie jakimś wielkim artystą. Prawie każdy rodzic dokumentuje pierwsze rysunki dziecka, gdy zaczyna rysować i coś mu wychodzi. Można powiedzieć, że mama poniekąd wymusiła na nim te pierwsze „gesty artystyczne”. Tak, więc w muzeum mamy przegląd od „gryzmołków” po ostatnie dzieło sztuki, które ukończył 21 lutego 2005 r., na kilka godzin przed tragiczną śmiercią.„To była dla Beksińskiego pierwsza szkoła fotograficzna, a dla Muzeum Historycznego w Sanoku cenny materiał dokumentacyjny”Czy te „gryzmołki” – jak je pan nazywa – wymuszone przez mamę, sprawiły, że uruchomił się w nim ten artystyczny zmysł?Beksiński często wspominał, że on się nauczył myśleć, mając w ręce ołówek, nie tylko o sztuce, ale także o życiu. Chcąc wytłumaczyć komuś, jak trafić na konkretną ulicę, brał kartkę i rysował trasę. W ten sposób łatwo mu było natychmiast pokazać informację, bez wielkiego tłumaczenia. Chcąc komuś zobrazować, jaki element w jego starym radioodbiorniku się zepsuł, to po prosty rysował mu schemat i pokazywał, gdzie jest np. ta lampa, którą trzeba wymienić. Ołówek był jego żywiołem od dzieciństwa, ale też służył do takiej dziecięcej jeszcze kreacji artystycznej. Podobnie jak przeciętni chłopcy, rysował samoloty, żołnierzy walczących, strzelaniny. Warto przypomnieć, że Beksiński urodził się w 1929 roku, a 10 lat później wybuchła wojna.Jego wzorcem był Artur Grottger i jego rysunki. „Lithuania”, która jest takim cyklem fantastyczno-romantycznym, mogłaby się stać tutaj pewnym takim symbolem dla całej jego twórczości. Ten sposób wykonania, niesłychanie precyzyjny, światłocieniowy, z bogactwem tonów od głębokiej czerni, poprzez szarości, aż do jasnej, niezarysowanej kartki. Beksiński nieraz o tym mówił, że chciał się stać takim drugim Grottgerem. Inną osobą, na której się za młodu wzorował, był niejaki Teo Matejko – ilustrator w niemieckich w gazetach okupacyjnych, które jakoś docierały do rodziny Beksińskich. Patrząc na jego rysunki, Zdzisław również się uczył. Śmiał się z tego, że żaden Niemiec by dzisiaj nie potrafił powiedzieć, kto to był Teo Matejko, a Beksiński wiedział.W tym okresie ojciec kupił mu aparat fotograficzny i tak Beksiński zaczął robić pierwsze zdjęcia. W Sanoku, w przedwojennej fabryce tramwajów i wagonów, hitlerowcy utworzyli warsztaty naprawiające zepsuty czy uszkodzony sprzęt z frontu. Tego sprzętu wojennego tutaj w Sanoku było bardzo dużo. To wręcz niewiarygodne, że w czasie okupacji chłopaczek chodzi i strzela zdjęcie nowoczesnego sprzętu wojennego, żołnierze mu przy nim pozowali. To była dla Beksińskiego pierwsza szkoła fotograficzna, a dla Muzeum Historycznego w Sanoku cenny materiał dokumentacyjny. W Sanoku zalicza szkołę w tajnym nauczaniu, kończy się wojna, zdaje maturę i idzie na studia.O jakim kierunku studiów wtedy myśli?Chce być filmowcem. Powstaje wówczas szkoła filmowa w Łodzi. Marzy, by tam pójść, ale ojciec mówi mu: „Nie chłopcze, nie pójdziesz. Ty masz w przyszłości utrzymać rodzinę. Ty sobie wybij z głowy, bo jeślibyś nawet skończył te studia z wyróżnieniem, to i tak nie będziesz miał jakiejkolwiek pracy. Pójdziesz na architekturę. Polska jest zniszczona, będziesz miał mnóstwo roboty jako architekt”. Beksiński nieco się buntował, ale posłuchał ojca, choć równocześnie jedzie do Krakowa, tam zdaje na piątkę egzamin na Akademię Sztuk Pięknych.Ojciec jednak stawia na swoim i mówi, że najpierw skończy studia architektoniczne, a potem, jeśli będzie chciał jeszcze coś innego studiować, to mu to sfinansuje. W ten sposób Beksiński trafił na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej, ale równocześnie cały czas rysował.Nadal jest wierny fotografii?Owszem, kupuje sobie lepszej klasy aparat, robi zdjęcia. Poznaje swoją przyszłą żonę Zofię i robi piękne, takie impresjonistyczne, delikatne fotografie. Myśli również, w jaki sposób użyć aparatu fotograficznego jako narzędzia sztuki. W międzyczasie kończy architekturę, ale jej nie kocha. Dostaje nakaz pracy i trafia na budowę w Rzeszowie. Strasznie to go męczy i stara się pracować jak najgorzej, by – jak wspominał – chcieli się go pozbyć. W końcu osiąga swój cel i zostaje zwolniony. Po znajomości udaje mu się dostać pracę w fabryce autobusów Autosan w Sanoku, czyli w fabryce, którą w XIX wieku organizował jego pradziadek Mateusz Beksiński wraz z kuzynem Walentym Lipińskim. Zdzisław wraca do Sanoka, zamieszkuje z żoną w rodzinnym domu i zaczyna się zastanawiać, co ma robić w małym, biednym, szarym miasteczku.Niech zgadnę, zaczyna fotografować?Bingo (śmiech). Fotografuje właściwie wszystko. W pełni eksperymentuje. Tworzy od zdjęć pseudoreportażowych po abstrakcje, tworzy fotomontaże, wycinając nożyczkami fragmenty jednego zdjęcia i przyklejając do drugiego, fotografując to ponownie itd. Tak wówczas powstawały fotomontaże. Beksiński podchodzi jednak do fotografii w sposób bardzo kreatywny. Nie interesowała go otaczająca rzeczywistość, ale to, co „w sposób niewymuszony” przychodziło mu do głowy. Z rzeczywistości brał tylko elementy, które pozwalały mu zrealizować swoje pomysły. Przypomnijmy, że to była połowa lat 50., gdzie jeszcze obowiązywał socrealizm, a on tu w Sanoku stworzył fenomenalne fotografie, wyprzedzające awangardowe kierunki sztuki na Zachodzie. Jedna z jego najpiękniejszych prac z tamtego okresu pokazuje twarz staruszki, tak nieprawdopodobnie pomarszczoną, że aż niemożliwe wydaje się osiągnięcie takiego efektu z fotografii, a nie grafiki. W tym, co robi, nie brakuje wątków przemijania, śmierci. Jedna z najczęściej nagradzanych jego prac to fragment sanockiego placu, ze staruszką w chuście, pochyloną do przodu i obciętą prawym marginesem, która wyraźnie schodzi z kadru. To, co się za nią dzieje, to są dwie strefy – wypalone zupełnie światłem niebo i ciemny bruk, po którym ona idzie. To niemalże mistyczna fotografia. To była jego odpowiedź na pytanie, co może robić fotograf w małym miasteczku. Jego główną modelką stała się żona. Tworzy zdjęcia, które wówczas stały się pewnego rodzaju skandalem, takie jak „Gorset sadysty” ukazujący akt kobiety obwiązanej „jak baleron” sznurkiem. Inna praca to „portret” dziewczyny, gdzie twarz jest zupełnie czarna, wydarta ze zdjęcia.Czytaj też: Damięcka: Napędza mnie poczucie niesprawiedliwościW pewnym momencie dochodzi do wniosku, że musi się mocno natrudzić, by ustawiać i fotografować wszystko tak, jak chce, ile czasu musi na to zmarnować, a przecież może wziąć do ręki ołówek i narysować, co podpowiada mu podświadomość.I szybciej to narysować, i namalować.Tak, oczywiście. Ostatnia faza jego twórczości fotograficznej to reprodukcje różnych zdjęć, słów ze słownika, które zestawia z innymi fotografiami. Warto zwrócić uwagę, że dzieje się to wszystko, zanim zrodzi się konceptualizm i inne tendencje w sztuce. W 1959 r. definitywnie kończy z fotografią artystyczną.„Ta sztuka zaczyna fascynować widzów, jest czymś nowym; wizyjna, ekspresyjna, dotykająca bolesnych problemów – śmierci, przemijania”Po tej fotografii przychodzi czas malowania obrazów?Przychodzi czas, ale nie malowania w tradycyjny sposób. Zwraca się ku sztuce abstrakcyjnej. Jednocześnie zaczyna robić rzeźbę, tworzy reliefy i rzeźby. Jako abstrakcjonista zostaje zauważony i doceniony, otrzymuje nawet, dostaje możliwość wyjazdu na stypendium do Nowego Jorku. W początku lat 60 stypendium w USA to jakby się Pana Boga złapało za nogi. Nie pojechał, został w Sanoku. Zresztą był to już taki okres, w którym zaczynała się krystalizować jego nowa wizja, która będzie nazwana malarstwem fantastycznym, pejzażem fantastycznym.A więc ta, z której był najbardziej znany?Ta, która przyniosła mu niezwykłą popularność, trwającą właściwie do dzisiaj. Popularność u widzów, ale też największą niechęć krytyków uważających, że to, co robi, nawiązuje do sztuki symbolicznej, XIX-wiecznej, że jest niezwykle słabe malarsko i kiczowate w treści. Beksiński oczywiście broni się przed takimi zarzutami. Uważa, że to, co robi, ma zupełnie inny podtekst, że nie ma w tym żadnego symbolizmu, żadnej treści, że są to wizje, które rodzą się w nim całkowicie spontanicznie. Jest natomiast zupełnie niedostrzegalna przez krytyków ironia, groteska, persyflaż, a także gra z widzem nieprzyzwyczajonym do odbierania dzieła sztuki bez poszukiwania treści. Nie ma tu żadnych symboli, jest to, co w sposób spontaniczny przychodzi mu do głowy w ciągu sekundy. Nie nadaje obrazom tytułów. Ta sztuka zaczyna fascynować widzów, jest czymś nowym; wizyjna, ekspresyjna, dotykająca bolesnych problemów – śmierci, przemijania. W 1977 r. Beksiński wraz z żoną i synem przenoszą się do Warszawy. Artysta sprzedaje dużo i za coraz wyższą cenę. Jego dom rodzinny w Sanoku mają wyburzyć, a Warszawa ułatwi mu życie codzienne w obliczu narastającego kryzysu ekonomicznego.„Absurdalnym było, że znał mordercę, ufał mu, że został pozbawiony życia u siebie w mieszkaniu. Nie mogłem uwierzyć w tę nonsensowną śmierć”Jak się zmienia? Jak wyglądają prace Beksińskiego w latach 80.?Z wolna odchodzi od fantastycznych pejzaży. Skupia się na postaci ludzkiej, na torsach, głowach, pracując nad doskonaleniem warsztatu, poszukiwaniem własnej formy, oczywiście nadal dramatycznej. Jego figury i głowy podlegają różnym deformacjom. Dzięki zawężeniu motywów ma większe możliwości improwizacji, która staje się jakby punktem wyjścia do malowania. Ta sztuka będzie teraz koncentrować się właściwie na takiej ekspresji nie poprzez drastyczne tematy, raczej poprzez pełną napięcia formę. Ostatni obraz zostanie ukończony w dniu jego śmierci, 21 lutego 2005 r. Ten obraz po jego śmierci znaleźliśmy w pracowni, w tym miejscu, w którym został przez artystę pozostawiony. Jest to obraz prawie abstrakcyjny. Materia, która trochę przypomina blachę, podziurawioną, pordzewiałą po brzegach, strzępy i fałdy, które układają się w formę krzyża. Obraz ten na pewno nie był jakimś zakończeniem, bo jego możliwości twórcze i jego chęć życia były takie, że ta sztuka byłaby kontynuowana, ale stał się w ten sposób jakimś tajemniczym pożegnaniem z nami. Jak zapamiętał pan ten dzień, kiedy dowiedział się o tym, że Zdzisław Beksiński został zamordowany?W latach 90. zostałem dyrektorem muzeum w Sanoku. Te nasze kontakty z Beksińskim stawały się dosyć często. Coraz bardziej dojrzewał do tego, zawłaszcza po śmierci żony i tragicznej śmierci syna, że coś trzeba postanowić ze swoją spuścizną. Zadzwonił do mnie, żebym jak najszybciej do niego przyjechał. To była bardzo bolesna dla mnie rozmowa. Powiedział: „Wie pan, że ja w każdej chwili”, jak on to mówił, „mogę się przekręcić i dlatego chciałbym przygotować testament i wszystko panu przekazać”. Zamurowało mnie. Zasugerowałem, by zapisał swoje prace nie na mnie, ale na Muzeum Historyczne w Sanoku. Przekonałem go, że obrazy nie będą zalegały w piwnicy, że dla Sanoka będzie zawsze najważniejszą osobą i żaden dyrektor, który przyjdzie po mnie, nie pozwoli na to, by zalegały w magazynach. Ta rozmowa trwała bardzo długo, ale się udało.Beksiński, jak wspomniałem, był pełen życia, te kontakty nasze były częste, zarówno telefoniczne, jak też moje wizyty w Warszawie. Gdy 21 lutego przyszedłem do pracy, zadzwonił do mnie burmistrz z nieoficjalną informacją, że Beksiński został zamordowany. Nie mogłem w to uwierzyć, kompletnie. Myślałem, że to bzdury, plotki. Natychmiast wykręciłem numer do niego i zastanawiałem się, co mu powiem, gdy odbierze, jaki temat mam z nim poruszyć, przecież nie powiem mu, że mam informację, że został zamordowany. W stu procentach byłem przekonany, że on ten telefon odbierze. Słuchawkę podniósł jego szwagier i wtedy stało się jasne, że to wszystko prawda. Zamknąłem się w gabinecie i przez dwie godziny nie mogłem z siebie słowa wydobyć. To był szok. Rzecz, której nie da się zrozumieć. Potem wyszło na jaw, kto i dlaczego to zrobił. Absurdalnym było, że znał mordercę, ufał mu, że został pozbawiony życia u siebie w mieszkaniu. Nie mogłem uwierzyć w tę nonsensowną śmierć.„W obrazach olejnych stosował bardzo cienki pędzelek. Jest to niesamowita plątanina kresek, form nakładających się, przenikających, z których odczytujemy jakieś postaci, jakąś akcję, jakieś zwierzę”Zastanawia się pan czasem nad tym, co by było, gdyby Beksiński nadal żył? W którą stronę poszłaby jego twórczość?Nie powiedzieliśmy o tym, że w momencie, kiedy opanował komputer, najpierw jako maszynę do pisania, a potem – dzięki opanowaniu programów graficznych – zaczął tworzyć coś, co nazywał fotomontażami komputerowymi. Wrócił jakby do okresu fantastycznego, ale przy pomocy fotografii. Albo robił sam zdjęcia, albo wyszukiwał je w internecie, przetwarzał, konstruując zupełnie nowe kompozycje. Wkładał w to niesamowicie mnóstwo pracy. Nie znał języka angielskiego, a musiał się nauczyć m.in. komend w tym języku. Radził sobie z tym świetnie. Nie byłem tym elementem jego twórczości zachwycony i wcale tego nie kryłem. Nie mówię, że mi się to w ogóle nie podobało, ale uważam, że na obrazie dzieje się nieporównywalnie więcej. Tam był zapis jego ręki, jego umiejętności, nie tylko myśli, koncepcji.Powoli zaczął się tym nudzić, przechodząc do następnej fazy. Wykonywał rysunki ręcznie, skanował i potem przetwarzał je komputerowo. To dawało oczywiście nieporównywalnie lepsze, artystycznie ciekawsze plastycznie rozwiązania. Tę twórczość kontynuował równolegle z malarstwem aż do śmierci. Szukał własnej, ekspresywnej formy postaci, które zawsze sugerują jakiś dramat, często samotność, lęk przed nicością. To było jakby istotą tej jego twórczości komputerowej, ale też i malarskiej. Zapytała pani, czy doszłoby do jakiejś radykalnej zmiany? Coraz bliższe było mu posługiwanie się formą, która stawała się coraz bardziej abstrakcyjna, mniej czytelna. Dla niego swoboda improwizacji, to, że nic nie musi, że może swoją wizję dowolnie zmieniać, przekształcać pod wpływem nagłego impulsu, było najważniejsze. Sądzę, że nie rozstawałby się z wariacjami na temat figury ludzkiej, zwierzęcej, czy też głowy. Myślę, że na pewno nie poszedłby do skrajnej abstrakcji takiej, gdzie już niczego nie rozpoznajemy, ale swoboda kreacji byłaby zawsze najważniejsza. Czy kontynuowałby to z jeszcze większym napięciem wewnętrznym? Czy siły twórcze by już trochę słabły? Czy zaczynałoby powtarzać siebie samego? Nie wiem. Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.Który z obrazów Beksińskiego albo okres w jego twórczości jest pana ulubionym? Robi na panu do dziś ogromne wrażenie?Uff… Każdy okres ma swoje wzloty i upadki. Obrazy Beksińskiego nie mają tytułów, operują kodami, więc trudno wskazać konkretne dzieła, posługując się umownymi, niezrozumiałymi dla nikogo symbolami. Powiem może inaczej. Dla mnie chyba najwspanialszy okres to jest druga połowa lat 90. W dużej mierze są to obrazy malowane cienką kreską, którą zawsze najbardziej kochał. W obrazach olejnych stosował bardzo cienki pędzelek. Jest to niesamowita plątanina kresek, form nakładających się, przenikających, z których odczytujemy jakieś postaci, jakąś akcję, jakieś zwierzę. To wszystko osiąga taką subtelność walorową, odcieniową i kolorystyczną, a zarazem takie natężenie, że bardzo wyraźny jest ból i dramatyzm tych obrazów. To, co było przez całą jego twórczość obecne. Powiedziałbym więc, że takie najpiękniejsze obrazy to właśnie te z późnych lat 90. Ostatni jego obraz mógłby również być uważany za jeden z najpiękniejszych.„Powtarzał zawsze, że 'maluję wyłącznie dla siebie', a to, że inni nawet chcą to kupować, to budziło jego ciągłe zdumienie”Od czego pana zdaniem warto zacząć, by poznać sztukę Beksińskiego? Po prostu pojechać do muzeum w Sanoku i zobaczyć?Warto pamiętać, że Beksiński w różnych okresach swojego życia dla sanockiego muzeum wybierał i zostawiał te najlepsze prace. Często był taki telefon: „Panie Wiesławie, mógłby Pan przyjechać? Może najlepiej jutro albo pojutrze. Samochodem, bo ja mam tu odłożone obrazy. No, nie daj Boże, ktoś się zjawi, a wie pan, że ja jestem mało asertywny, a chciałbym, żeby one były w Sanoku”. Jechałem i odbierałem to, co chciał nam przekazać i dlatego można powiedzieć, że te najlepsze realizacje, nie wszystkie rzecz jasna, ale większość, trafiły do Sanoka, do muzeum. A więc tu, w Sanoku, gdzie jest cały przegląd przez jego sztukę, warto poddać się urokowi, grozie, pięknu.Dlaczego pana zdaniem warto się zapoznać ze sztuką Zdzisława Beksińskiego? Pochylić się nad nią?Myślę, że jest to sztuka absolutnie samodzielna, odrębna, że nie jest to artysta, którego wykreował jakiś nurt artystyczny. Był to człowiek, który szukał własnej drogi i udało mu się ją znaleźć. Ta sztuka na pewno nie jest przyjemna, nie jest pogodna, nie jest wesoła, jest bardzo dramatyczna, czasami aż do bólu. Czasami nas denerwuje, a czasami nawet, zwłaszcza w tych wczesnych okresach, śmieszy. To, co tworzył Beksiński, jest rzeczywiście jego własne. Nigdy nie podpatrywał, nie podkradał cudzych pomysłów. On nie szedł na żadne kompromisy. Nie robił czegoś, co miałoby komuś innemu się podobać. Powtarzał zawsze, że „maluje wyłącznie dla siebie”, a to, że inni nawet chcą to kupować, to budziło jego ciągłe zdumienie.Czytaj też: Aktor Shia LaBeouf zatrzymany po bójce podczas Mardi Gras