„Dobre geny” wygrywają z dbałością o zdrowie. Współpracownicy Donalda Trumpa dwoją się i troją, żeby przekonać Amerykę i świat, że prezydent USA jest okazem zdrowia. Gdyby wierzyć tym zapewnieniom, polityk musi być niemal Benjaminem Buttonem – albo przynajmniej genetycznym fenomenem, którego starość praktycznie nie dotyczy. Tę narrację psuje jedynie… sam Trump, którego wygląd i zachowanie budzą ostatnio obawy nawet wśród zagorzałych zwolenników przywódcy. Kiedy gospodarzem Białego Domu był jeszcze Joe Biden, Trump nie miał dla niego litości. Publicznie wyśmiewał swojego następcę – a równocześnie późniejszego poprzednika – i wytykał mu wpadki. Biznesem nazywał demokratycznego rywala „śpiącym Joe”. Szydził też z używania przez Bidena automatycznego długopisu, czyli urządzenia do maszynowego podpisywania dokumentów, z którego notabene sam korzystał.Przekaz był w każdym razie prosty: Joe Biden jest za stary i zbyt mało świadomy tego, co się wokół niego dzieje, żeby być prezydentem. Trump pewnie nie przypuszczał, że niewiele później to jego zdrowie będzie tematem spekulacji, a on sam zostanie nazwany „śpiącym Donem”.„Śpiący Joe” kontra „śpiący Don”W kwietniu 2024 przyszły prezydent pojawił się w sądzie w Nowym Jorku w związku z zarzutami o nadużycia finansowe i łapówkę dla aktorki porno Stormy Daniels. Większą uwagę niż sam proces przykuło jednak zachowanie polityka. Reporterzy zauważyli, że Trump niemal zasypiał. Jak pisała Maggie Haberman z „The New York Times”, jego „głowa ciągle opada, a usta się rozluźniają”. Jej redakcyjna koleżanka Susanne Craig relacjonowała, że była świadkiem, jak głowa Trumpa „chwiała się” w sądzie. Dziennikarka przyznała, że widziała polityka z „głową pochyloną w dół”, zanim „w pewnej chwili podniósł ją z powrotem”. Wątek szybko trafił do mediów społecznościowych. „Nigdy nie słyszałem o oskarżonym, który zasypiałby na własnym procesie, nie mówiąc już o pierwszym dniu” – komentował w serwisie X Preet Bharara, były prokurator, który stracił pracę właśnie przez Trumpa. Oprócz kpin i przypominania kąśliwych uwag pod adresem Bidena pojawiły się też oczywiście pytania o to, w jakiej formie fizycznej właściwie jest republikanin. Biologia jest niestety nieubłagana, a wiadomo było, że w przypadku wyborczego zwycięstwa Trump zapisze się w historii jako najstarszy zaprzysiężony prezydent USA. Sprawa przysypiania w sądowych ławach dość szybko ucichła, tym bardziej że podczas późniejszych wieców wyborczych polityk był w bardzo dobrej formie, co niechętnie przyznawali nawet jego przeciwnicy. Wkrótce jednak pojawiły się nowe tematy do dyskusji. Biały Dom początkowo tłumaczył siniaki prezydenta częstym ściskaniem dłoni Już w 2024 roku Trump był widziany publicznie z siniakami na dłoniach. Jednak każdy, komu choć raz zdarzyło się uderzyć o róg stołu czy biurka, doskonale wie, że nietrudno nabawić się takiej kontuzji i nie jest to nic niezwykłego. Fioletowe plamy u przywódcy nie wzbudziły więc wielkiej sensacji. Nawet wtedy, gdy sytuacja się powtórzyła. Cóż, przypadki – i pech – chodzą po ludziach. CZYTAJ TEŻ: Amerykanie zdobyli kolejny tankowiec. Uciekał tygodniamiKiedy jednak – już jako prezydent USA – polityk pokazał posiniaczoną dłoń podczas oficjalnego spotkania z Emmanuelem Macronem w lutym 2025 roku, wygląd jego rąk nie umknął uwadze mediów ani internautów. Tego nie dało się już wytłumaczyć ani przypadkiem, ani nawet sporym pechem. Przebarwienia okazały się niemal sprawą wagi państwowej, a Trumpa musiała tłumaczyć rzeczniczka Białego Domu. Znając polityka, można w ciemno obstawiać, że był zachwycony jej słowami. Karoline Leavitt stwierdziła bowiem, że siniaki to skutek… ściskania dłoni ludzi, z którymi wylewny i aktywny przywódca codziennie się wita. Rzeczniczka oświadczyła też, że Trump to „swój chłop”, który „ciągle pracuje”, a do tego „każdego dnia udowadnia swoje niezachwiane zaangażowanie”. Kilka tygodni później przywódca już samodzielnie zachwalał swoją formę. Polityk spędził niemal 5 godzin na corocznych badaniach w Walter Reed National Military Center. Jak relacjonował, „lekarze zbadali wszystko, co tylko można sobie wyobrazić”. Trump powiedział dziennikarzom, że „świetnie mu poszło” i jest w doskonałej formie. Przyznał tylko, że medycy udzielili mu kilku rad, jak żyć nieco zdrowiej, ale nie zdradził, o co dokładnie chodziło. Można się tylko domyślać, bo już kiedyś jego współpracownik i lekarz Ronny Jackson żartował, że polityk mógłby dożyć 200 lat, gdyby tylko lepiej się odżywiał. Nie jest wielką tajemnicą, że prezydent uwielbia niezdrowe jedzenie, mimo że kucharze w Białym Domu chętnie ugotowaliby dla niego każdą potrawę świata. Makijaż dobry na wszystko? Nie tym razem Badania na chwilę uspokoiły opinię publiczną, ale narracja o doskonałym zdrowiu głowy państwa zaczęła się chwiać, kiedy siniaki na dłoniach nie znikały, mimo nieco mniej napiętego kalendarza prezydenta. Co więcej, makijażyści w Białym Domu robili, co mogli, żeby przykryć fioletowe ślady podkładem. Nie do końca się to udawało, co tylko podgrzewało zainteresowanie, bo – jak wiadomo – jeśli ktoś mocno stara się coś ukryć, to znaczy, że tym bardziej warto się temu przyjrzeć. Sprawy nie ułatwiało to, że wkrótce świat obiegły kolejne niepokojące zdjęcia. Tym razem fotoreporterzy dostrzegli podczas jednego z oficjalnych spotkań nienaturalnie powiększone, opuchnięte łydki Donalda Trumpa, szczególnie w okolicach kostek. Widać było, że samo założenie butów musiało być dla polityka sporym wyzwaniem. O ile takie symptomy nie wywołałyby sensacji u przeciętnego obywatela, o tyle tu mieliśmy do czynienia z przywódcą światowego mocarstwa, który na dodatek publicznie przechwalał się swoją doskonałą formą. Biały Dom nie był w stanie dłużej milczeć, tym bardziej że wątpliwości przybywało. CZYTAJ TEŻ: Bondi, Lutnick oraz Cruz. Paszporty, które nigdy nie istniałyW końcu w lipcu 2025 roku Karoline Leavitt przedstawiła raport przygotowany przez doktora Seana Barbabellę, który dba o zdrowie Trumpa. Prezydencki lekarz, po przeprowadzonych badaniach, stwierdził, że polityk nie cierpi na żadne poważne schorzenia, a do takiej kategorii należałaby choćby zakrzepica żył głębokich, choroby tętnic, niewydolność serca czy choroby nerek. U prezydenta wykryto za to przewlekłą niewydolność żylną. Chociaż nazwa tej dolegliwości brzmi poważnie, jest to schorzenie, które często występuje u osób starszych. Może ono powodować obrzęki nóg, zwłaszcza w okolicy kostek, czego głowa państwa okazała się książkowym przykładem. Sposób przywódcy USA na zdrowe serce? Aspiryna, dużo aspirynyRzeczniczka Białego Domu zapewniła, że u jej szefa przewlekła niewydolność żylna ani nie wywołuje bólu, ani nie przeszkadza w wykonywaniu obowiązków. Oczywiście przy okazji wróciły pytania o posiniaczone ręce polityka, ale tu Leavitt powtórzyła teorię o częstych uściskach dłoni. Zdradziła też dodatkowy powód problemów. Okazało się, że prezydent – w ramach profilaktyki chorób serca – zażywa w sporych ilościach aspirynę. O tym, jakie to ilości, Trump sam opowiedział kilka miesięcy później. I wielu zaszokował. W wywiadzie dla „The Wall Street Journal” amerykański przywódca przyznał, że przyjmuje większą dzienną dawkę kwasu acetylosalicylowego, niż zalecają mu lekarze. W praktyce wygląda to tak, że medycy wiele razy prosili, aby nieco ją ograniczył, bo takie ilości leku nie są wskazane dla osób w jego wieku, ale polityk i tak ich nie posłuchał. Co więcej, Trump pochwalił się, że zażywanie aspiryny to jego rytuał, który stosuje już od około 25 lat – Mówią, że aspiryna jest dobra na rozrzedzenie krwi, a ja nie chcę gęstej krwi przepływającej przez moje serce. Chcę, żeby przepływała przez nie ładna, rzadka krew. Ma to sens? – tłumaczył dziennikarzom prezydent. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy polityk traktuje lekarskie zalecenia jako luźne sugestie, a nie poważne wskazówki. Medycy kazali na przykład Trumpowi nosić skarpety uciskowe, żeby ograniczyć puchnięcie nóg. Przywódca oświadczył, że szybko sobie to odpuścił, bo „nie spodobały mu się”. Zamiast tego sam znalazł lepszy sposób na rozwiązanie problemu: robi dziennie więcej kroków niż kiedyś i zapewnia, że efekty są świetne. Słabości Trumpa? Słońce, fast foody i luźne traktowanie rad lekarzyPrezydenci USA zwykle przechodzą coroczne, „kompleksowe” badania, które obejmują między innymi teksty laboratoryjne, konsultacje ze specjalistami, a także końcową ocenę gotowości do pełnienia funkcji głowy państwa. Nie jest to jakiś sztywno zapisany obowiązek z wyznaczoną datą, raczej zwyczaj, którego wszyscy przywódcy przestrzegają. Donald Trump przeszedł takie badania w kwietniu 2025 roku. Dzięki nim dowiedzieliśmy się, że polityk przyjmuje leki na kontrolę poziomu cholesterolu, oczywiście wspomnianą aspirynę i trochę przesadza z przebywaniem na słońcu, czego efekty widać na jego skórze pod mikroskopem. Ogólnie jednak – jak zapewnił Sean Barbabella – przywódcy USA można pozazdrościć „doskonałego zdrowia”. Tym bardziej zaskakujące okazały się więc kolejne badania, bo Trump wrócił do Walter Reed National Military Medical Center w październiku. Biały Dom tłumaczył, że to nic niezwykłego, ciąg dalszy rutynowej procedury. Sam polityk nawet nie potrafił do końca odpowiedzieć na pytania dziennikarzy, w jakim celu trafił na rezonans, zapewnił tylko, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. To samo mówili jego współpracownicy. Zresztą doradca Trumpa, Stephen Miller, podpowiadał reporterowi „New York Magazine”, żeby zatytułował swój tekst „Prezydent nadczłowiek”, bo przywódca USA ma jego zdaniem więcej energii i pracuje ciężej niż zwykły śmiertelnik. I tak, artykuł ukazał się właśnie pod takim tytułem, tyle że w cudzysłowie. CZYTAJ TEŻ: Modelka gwiazdą igrzysk. Jest jedną z najbogatszych sportsmenek na świecieMożna nie lubić polityki obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, ale trzeba przyznać, że wielu mogłoby pozazdrościć mu formy fizycznej. Jak na 79-latka, który od dekad kocha jedzenie z restauracji typu fast food, a w zdrowy styl życia wierzy mniej więcej tak jak w globalne ocieplenie, Donald Trump „trzyma się” naprawdę dobrze. Być może to zasługa tego, że – jak wspominał Jon Gruters, republikanin, który pomagał politykowi podczas jego ostatniej kampanii – do wielkiej porcji frytek i dwóch-trzech hamburgerów albo ogromnej pizzy przywódca zawsze wybiera jednak „dietetyczną” colę? A już poważnie: wiadomo, że prezydent nie lubi ćwiczeń, bo te „nudzą go”, a jego największy wysiłek fizyczny to partyjka golfa. – Geny są bardzo ważne. A ja mam bardzo dobre geny – chwali się Trump. Tyle tylko, że właśnie geny mogą okazać się jego największym problemem. Podczas gdy uwagę obserwatorów skupiają siniaki i opuchnięte kostki prezydenta, jego rodzinna historia kryje coś znacznie poważniejszego. „Nie przyzna się do tego”. Trump przez lata bał się, że podzieli los ojcaSmykałkę do biznesu Donald odziedziczył po ojcu. Fred zajmował się głównie budową oraz sprzedażą nieruchomości. Jako dziecko niemieckich imigrantów z pewnością miał sobie i innym sporo do udowodnienia, jednak trzeba uczciwie przyznać, że odniósł bardzo duży sukces w branży, a z tego sukcesu korzystały później jego dzieci. Fred zapisał potomkom w testamencie większość swoich budynków, oni lata później sprzedali je kilkanaście razy drożej. Nie da się ukryć, że dla takiego człowieka tym bardziej bolesna musiała być choroba, która go dotknęła, przynajmniej wtedy, kiedy jeszcze zdawał sobie sprawę, co się dzieje. Kiedy 85-latek zapomina pojedynczych słów czy dat, raczej nikogo to nie dziwi. Fred jednak z czasem zapominał coraz więcej, a na początku lat 90. usłyszał diagnozę: „łagodna starcza demencja”. Lekarz Trumpa seniora nie ukrywał, że choroba rozwijała się już od kilku lat, jednak po diagnozie zaczęła dramatycznie postępować. CZYTAJ TEŻ: „To nie pasuje do trzęsień ziemi”. USA nie wierzą w zapewnienia ChinKilka miesięcy później biznesmen nie pamiętał już swojej daty urodzenia. Mary L. Trump, bratanica obecnego prezydenta, opowiadała w wywiadach, że jej dziadek nie rozpoznawał nawet własnego syna. Podczas ślubu Donalda w 1993 roku rodzina musiała przypominać seniorowi, gdzie jest i dlaczego się tam znalazł. Kiedy pewnego razu jednak przypomniał sobie przyszłego prezydenta, pokazywał mu zdjęcia auta, które zamierza kupić, bo myślał, że potrzebuje pozwolenia potomka. Bliscy wspominali też, jak podczas spaceru po Nowym Jorku Fred pytał, ile mieszkań jest w Empire State Building. Wtedy już nikt nie miał wątpliwości, że jest źle. Rodzina nie chciała jednak, żeby aktywny przecież swego czasu człowiek załamał się psychicznie, siedząc przed telewizorem. Krewni urządzili więc seniorowi „udawane” biuro w domu, z niepodłączonym telefonem i stosem papierów, żeby Fred myślał, że nadal normalnie pracuje. Choroba ojca wstrząsnęła wtedy pewnym siebie politykiem. W wywiadzie dla magazynu „Playboy” pod koniec lat 90. Donald Trump przyznał, że obserwowanie ojca, który ma „mętlik w głowie” z powodu choroby Alzheimera, skłania go do myślenia, jak bardzo bezsensowne jest życie. Jeden z byłych współpracowników prezydenta z Trump Organization, który przyglądał się relacjom Donalda z chorym ojcem, powiedział po latach „The Washington Post”, że polityk boi się choroby. – Nie przyzna się do tego ani nie będzie chciał o tym rozmawiać, ale to gdzieś w nim siedzi. Codziennie atakuje Bidena pod kątem tego, czy jest psychicznie zdolny do wykonywania obowiązków – przyznał rozmówca gazety. To tylko wiek czy już poważne problemy? Trump rzeczywiście nie miał litości dla swojego przeciwnika. Sam z kolei chwalił się doskonałymi wynikami testów poznawczych, choć Biały Dom nie chciał ich upublicznić. Prezydent z kolei po latach unika rozmów o schorzeniu ojca. Nie tylko dlatego, że doprowadziło ono do rodzinnej awantury i procesów o majątek. Chociaż naukowcy nie znają jeszcze dokładnej przyczyny choroby Alzheimera, to badania wykazały, że czynnik genetyczny ma tu duże znaczenie. Nawet 65 procent pacjentów, którzy zapadli na tę chorobę, miało mocno związany z nią gen. I właśnie tego ma się obawiać polityk.Oczywiście żaden lekarz nie podejmie się poważnego diagnozowania pacjenta tylko na podstawie jego publicznych wystąpień, które są przecież jedynie wycinkami zachowań. Nie da się jednak ukryć, że niektóre sytuacje z udziałem Trumpa z ostatnich miesięcy wywołały spore poruszenie, nawet wśród osób, które z medycyną nie mają nic wspólnego. W połączeniu z rodzinną historią zdrowotną polityka, nic dziwnego, że budzą zainteresowanie. CZYTAJ TEŻ: Donald Trump w Krakowie? Ambasador USA z fejkowym nagraniemW sierpniu 2025 roku, podczas podpisywania dokumentów w sprawie organizacji igrzysk olimpijskich w Los Angeles, przywódca dziękował swoim współpracownikom. Wśród nich była Kristi Noem, sekretarz bezpieczeństwa krajowego, tyle tylko, że Donald Trump podziękował Cristie Kerr, znanej golfistce. Prezydent zdał sobie sprawę z pomyłki i rzucił: – Cristie Kerr, wiecie, kim ona jest? To moja przyjaciółka, świetna zawodniczka. Kristie Noem, ona gra w golfa lepiej niż ty, ale to jedyna rzecz. Ty jesteś lepsza w wielu innych kwestiach i chciałem podziękować ci za to, że tu jesteś, że wykonujesz niesamowitą pracę. Uczestnicy spotkania skwitowali pomyłkę śmiechem, tym bardziej że nie po raz pierwszy obserwowali podobną sytuację. Kilkanaście dni później, znów na oczach świata, Trump zadziwił gości Białego Domu, kiedy szukał wzrokiem dobrze sobie znanego polityka. Osoby, która siedziała przy stole… naprzeciwko niego. Podczas spotkania z europejskimi liderami amerykański przywódca nie mógł zlokalizować prezydenta Finlandii. Nic nie dała nawet tabliczka z napisem „Alexander Stubb” przed zaproszonym na rozmowy gościem. Pomogła dopiero włoska premier Georgia Meloni i sam „poszukiwany”, który uprzejmie rzucił: – Tu jestem. Trump szybko skomentował, że Fin „wygląda lepiej niż kiedykolwiek”, wszyscy się uśmiechnęli i na tym sprawa się skończyła. Bratanica nie ma wątpliwości. „Ten sam wzrok przerażonego jelenia”Nie skończyły się za to wpadki, bo na przykład na początku lutego przywódca USA nie wymienił podczas oficjalnego spotkania nazwiska swojego odpowiednika z Demokratycznej Republiki Konga. Zamiast tego stwierdził, że Felix Tshisekedi jest „bardzo, bardzo odważnym i wspaniałym człowiekiem”. Niewykluczone, iż Amerykanin postanowił nie ryzykować po tym, jak pod koniec ubiegłego roku już raz źle wymówił nazwisko afrykańskiego polityka. Zresztą zdarzyło mu się też pomylić nazwę kraju i zamienić Kongo z „Kondo”, a wszystko to skrzętnie wykorzystali komicy. Daleka od żartów jest wspomniana już Mary L. Trump, która – nazwijmy to dyplomatycznie – nie jest największą fanką swojego wujka. Kobieta, która zastrzega, że nie jest neurologiem, natomiast warto wspomnieć, że skończyła psychologię, powiedziała w podcaście The Daily Beast, iż „czasem patrzy na wujka i widzi swojego dziadka”, czyli Freda. – Dostrzegam to samo zagubienie. Widzę, że nie zawsze ma świadomość czasu i miejsca. Jego pamięć krótkotrwała zdaje się pogarszać – dodała. W rozmowie z „The New York Magazine” bratanica prezydenta USA zasugerowała, że polityk może cierpieć na chorobę Alzheimera, ponieważ dostrzega ona u krewnego ten sam wzrok „przerażonego jelenia”, który widziała u jego ojca. W wywiadzie dla tego samego magazynu Donald Trump wypierał się choroby, chociaż… zapomniał jej nazwy. – W pewnym wieku, gdzieś w okolicach 86-87 lat, zaczął mieć objawy, jak to się nazywa? – rzucił podczas opowieści o swoim ojcu i zaczął szukać wzrokiem pomocy u rzeczniczki Białego Domu. – Alzheimera – podpowiedziała Karoline Leavitt. – Choroby Alzheimera. Cóż, ja tego nie mam – zapewnił polityk.Współpracownicy prezydenta zresztą cały czas przekonują, że z jego zdrowiem wszystko jest w jak najlepszym porządku. Leavitt stwierdziła, iż jej szef „pracuje ciężej niż kiedykolwiek w życiu”, a sekretarz sztabu Białego Domu Will Scharf opowiadał dziennikarzom, że kiedy wydaje się, iż polityk śpi, on po prostu przybiera taką pozę, a w rzeczywistości myśli, analizuje dane. Tutaj sam Trump nieco popsuł narrację, kiedy po jednym z takich „sennych” spotkań przyznał się, że faktycznie zamknął oczy, bo rozmowa była „piekielnie nudna”, ale „słyszał każde słowo i nie mógł się doczekać, kiedy to wszystko się skończy”. Ojcowie założyciele USA nie nałożyli żadnych limitów wiekowych na kandydatów na najwyższy urząd w państwie, więc teoretycznie prezydentem może zostać nawet stulatek. 14 czerwca Donald Trump skończy 80 lat, jednak wcale nie jest najbardziej wiekowym przywódcą na świecie. Prezydent Kamerunu Paul Biya ma 93 lata, król Arabii Saudyjskiej Salman ibn Abd al-Aziz Al Su’ud jest 90-latkiem, a prezydenci Togo i Malawi mają odpowiednio 86 i 85 lat. Dlaczego więc to zdrowie amerykańskiego polityka budzi tyle emocji? Cóż, z całym szacunkiem dla Kamerunu i Malawi, mimo wszystko nie należą one do najpotężniejszych państw świata, a do tego to nie ich prezydenci mają kody do walizki atomowej. Donald Trump może więc mieć pewność, że jego forma jeszcze wiele razy będzie tematem publicznej debaty. CZYTAJ TEŻ: Polskie uczelnie a sprawa Epsteina. Nie ma dowodów na handel ludźmi