Pomysł był dobry, ale... Miał wywrócić scenę polityczną. Skończyć z duopolem, dać ludziom realną alternatywę, porwać tłumy. I… udało się. Szymon Hołownia odniósł spory sukces. Kłopot w tym, że tylko na chwilę. Szymon Hołownia wchodził do polityki jako człowiek, który ma plan i czas. Plan – zbudować „trzecią” Polskę, nieprzypisaną do dwóch plemion. Czas – jeden horyzont pokoleniowy, zaszyty w nazwie. Kiedy w czerwcu 2020 roku zajął trzecie miejsce w wyborach prezydenckich, a do urn poszło dla niego blisko 2,7 mln wyborców (prawie 14 proc.), wyglądało, że zmiana układu jest możliwa. Zwłaszcza że – na fali entuzjazmu – niedługo później ogłosił, że „nie skończył roboty” i zapowiedział budowę ruchu społeczno-politycznego. Nazwał go wdzięcznie: Polska 2050.Taka sytuacja w polskiej polityce kończy się zwykle jednym z trzech scenariuszy: szybkim wchłonięciem przez większych graczy, wyparowaniem entuzjazmu w lokalnych strukturach albo zamianą ruchu w partię, która zaczyna żyć własnym życiem – staje się klubem parlamentarnym ze wszystkimi dobrymi i złymi stronami tego przedsięwzięcia. Polska 2050 poszła tą, nomen omen, trzecią drogą, zanim „Trzecia Droga” stała się jej marką wyborczą.Po pierwsze: kapitałHołownia nie był pierwszy. W 1990 roku „znikąd” wyrósł Stan Tymiński i już on trafił do wyobraźni zmęczonych reformami Balcerowicza wyborców. Już wtedy, kilka chwil po upadku PRL, Polacy szukali jakiejś alternatywy dla elit. Potem był jeszcze (w mniejszym stopniu) Andrzej Olechowski, spory wstrząs wywołał na scenie politycznej Paweł Kukiz, ale dopiero Hołownia był tak blisko sukcesu. I tak blisko realnej władzy.Jego kapitałem była, jak w przypadku poprzedników, wiarygodność outsidera. Nie był politykiem, nie miał partyjnych długów, nie musiał udowadniać, że „nie jest jak oni” – no bo nie był. Wszyscy Polacy znali go z „Mam Talent” i promowania wiary w Boga. W 2020 roku potrafił zebrać wokół siebie energię ludzi zmęczonych wojną na górze, ale też sceptycznych wobec opozycji, której brakowało świeżego języka. Nazwa „Polska 2050” miała podwójną funkcję: obietnicę długiego projektu i sugestię, że polityka nie musi być sezonowym serialem o kolejnych awanturach, lecz planowaniem. Hołownia mówił wprost o horyzoncie jednego pokolenia – nie tylko kolejnej kadencji. Patrzył szerzej i choć wielu z ekstrawaganckiej nazwy się śmiało, budziła raczej pozytywne skojarzenia.To była narracja w stylu zachodnich kampanii: mniej plemiennej, bardziej modernizacyjnej. Polska 2050 od początku starała się opowiadać o państwie jak o systemie usług – zdrowiu, edukacji, energii, mieszkaniach – a nie jak o polu bitwy symbolicznej. W tym sensie Hołownia od początku grał na tym samym boisku, na którym europejskie centra wygrywają wybory: obietnicą pragmatyzmu. Zasadnicza różnica była taka, że w Polsce pragmatyzm też bywa emocją – emocją ulgi.Po drugie: wyzwaniePopularność w kampanii prezydenckiej jest jak najwyższy z górskich szczytów: zachwyca, ale z daleka nie widać, ile kosztuje zejście. Żeby nie zejść jak meteoryt, trzeba było zbudować strukturę. I tu Hołownia odebrał pierwszą cenną lekcję: w polskiej polityce liczy się nie tylko lider, lecz także to, czy ma wokół siebie ludzi zdolnych dostarczać polityczne „produkty” – projekty ustaw, stanowiska, sieci lokalne, listy wyborcze, dyscyplinę.W 2021 roku Polska 2050 zaczęła tworzyć parlamentarny przyczółek. Pojawiło się koło poselskie, z czasem koło parlamentarne – znak, że idą dalej. Że to wszystko na poważnie. Na jego czele stanęła Hanna Gill-Piątek.To był moment, w którym partia Hołowni zaczęła przypominać klasyczne ugrupowanie: budowane transferami, nie tylko wolontariatem. Wchodzili posłowie z różnych światów politycznych, co z jednej strony świadczyło o przyciąganiu „nowością”, z drugiej – rodziło ryzyko braku wspólnego rdzenia. Mirosław Suchoń przeszedł z Koalicji Obywatelskiej, Wojciech Maksymowicz – wcześniej związany z Porozumieniem – dołączył w maju 2021, co było głośne także dlatego, że pokazywało, iż Polska 2050 chce łowić nie tylko w basenie opozycji liberalnej.Transfery dawały liczby i nagłówki, ale w dłuższym terminie zadawały pytanie o tożsamość. Bo jeśli zbierasz polityków „znikąd i skądkolwiek”, to w końcu musisz odpowiedzieć, co ich łączy poza tym, że przyszli do ciebie (i dla ciebie).Czytaj też: Szefowa Polski 2050 przemówiła. „Nie zdali egzaminu z demokracji”Po trzecie: tożsamośćPolska 2050 chciała być centrum, ze wszystkimi nowoczesnymi tego słowa „konotacjami”. Centrum modernizacji, centrum zmian, centrum rozwoju.W krajach Zachodu centrum zwykle rządzi, bo jest naturalnym kompromisem społeczeństwa. W Polsce centrum ma trudniej, bo konflikt jest towarem, a media i partie zbudowały na nim całe ekosystemy. Dlatego projekt Hołowni był od początku grą na dwóch poziomach: musiał odróżnić się od Platformy, żeby nie zostać uznanym za jej przystawkę, i jednocześnie odróżnić się od „anty-PiS” jako jedynej treści opozycji. A przy tym nie mógł być tak „trzeci”, żeby stać się niewidzialnym. Trudne zadanie.Musiały powstawać napięcia. W 2023 roku Gill-Piątek odeszła z Polski 2050, wskazując m.in. na spór o strategię opozycji i brak jednej listy. To była pierwsza głośna rysa w narracji „jednej drużyny rozsądku”.Takie odejścia są dla młodych partii zawsze testem: czy są ruchem wokół lidera, czy jednak instytucją, która potrafi przeżyć utratę jednej z twarzy.Po czwarte: Trzecia DrogaWiosną 2023 Polska 2050 podjęła decyzję, która podzieliła społeczeństwo. Połączenie z PSL, utworzenie Trzeciej Drogi, miało jednak sens: PSL dawał strukturę, lokalne zakorzenienie i know-how kampanii. Polska 2050 dawała świeżość i miejskie ambicje. Dla Hołowni był to sposób, by nie przegrać z „dwoma blokami” – i nie zostać zmiażdżonym przez polaryzację. Dla PSL – sposób, by nie zostać „starym, samotnym” graczem w czasie, gdy opozycja konsolidowała się przeciw obozowi rządzącemu.Ale sojusze tego typu bywają jak połączenie dwóch firm o innych kulturach organizacyjnych. Gdy jedni myśleli o wizerunku i programie, drudzy o gminach i listach. Jedni lubili nową politykę, drudzy mieli pamięć instytucjonalną. Na krótką metę działało – na dłuższą wymagałoby żelaznej umowy i stałego zarządzania konfliktem.Czytaj też: Wiceminister odchodzi z Polski 2050. „Pozostanę niezrzeszony”W 2025 roku zaczęły wypływać opisy tarć między partnerami i narastającego poczucia, że projekt się wyczerpuje. Pojawiły się relacje o „aksamitnym rozwodzie”, pretensjach struktur, oskarżeniach o niedotrzymywanie ustaleń i o to, kto kogo „rugował” przy listach.Stosując rodzinne analogie: jeśli Trzecia Droga była „małżeństwem dla dobra dziecka”, to dzieckiem były mandaty. Kiedy dziecko dorosło, zaczęły się rozmowy o separacji.Po piąte: władzaWejście do realnej władzy – czy to w rządzie, czy w Sejmie – zawsze zmienia partię. Kończy się etap „jesteśmy inni”, zaczyna etap „pokażcie, że potraficie”. A to zabójczy moment dla ugrupowań zbudowanych na świeżości. Bo świeżość jest emocją, a rządzenie jest procesem.Trzecia Droga, w pewnym sensie, zrealizowała swoją misję. Weszli do sejmu z dobrym wynikiem, Hołownia został marszałkiem sejmu i rozpoczął cichą (choć nie zawsze) kampanię, która miała skończyć się jego prezydenturą. Był blisko w 2020 roku, co mogło pójść nie tak tym razem?Początki były świetne. Ludzie gromadzili się w salach kinowych (!), by oglądać retoryczne popisy Hołowni, który prowadził obrady niczym programy rozrywkowe. Później przyszło jednak zmęczenie i znużenie: głównie tym, że rząd nie realizował wszystkich obietnic. Że niby grali do jednej bramki, ale jednak coraz częściej się kłócili.W tym okresie Polska 2050 zaczęła doświadczać typowych problemów młodych projektów: napięć w kadrze, konfliktów o styl zarządzania, sporów o hierarchię i dyscyplinę. Hołownia nie panował nad tym wszystkim, bo... skupiał się na wyborach. Na własnej karierze.Pomimo fatalnych wyników sondażowych, lider Polski 2050 naprawdę wierzył, że wejdzie do drugiej tury. Że pokona Karola Nawrockiego, a potem stanie do walki „łeb w łeb” z Rafałem Trzaskowskim.Marzenie się nie spełniło, kampania okazała się fiaskiem, wynik wyborczy – wielkim rozczarowaniem. To był początek końca.Końca, który dzieje się na naszych oczach. Partia stała się pośmiewiskiem. Karykaturą samej siebie. I – nade wszystko – ostrzeżeniem dla kolejnych, którzy „na entuzjazmie” spróbują zbudować coś wielkiego, nie mając odpowiedniego zaplecza i struktur.Dziś Polski 2050 (takiej, jaką znaliśmy przez ostatnie lata) już właściwie nie ma. Wraz z odejściem kilkunastu polityków, partię jako taką trzyma już tylko fakt, że jest w koalicji rządzącej i ma zagwarantowane umową ministerialne stołki. Hołownia, jeśli nie postanowi odejść z polityki, będzie dla wielu atrakcyjnym kąskiem, ciekawym pomysłem choćby i na „jedynkę” na jakiejkolwiek liście. Jak poradzą sobie pozostali?Czytaj też: Hołownia: Czuję się oszukany przez Hennig-Kloskę