Srebrni Biało-Czerwoni. Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek, sensacyjny polski duet, zdobyli srebro igrzysk olimpijskich w Predazzo. – Wiem, że zdobyłem medal, ale czy to do mnie dotarło, to jeszcze nie wiem” – mówił z rozbrajającą szczerością Wąsek chwilę po konkursie., w rozmowie z Michałem Chmielewskim z TVP Sport. To historia jak z podręcznika sportowych paradoksów. W sezonie, w którym do samego końca ważył się jego wyjazd na igrzyska, w którym częściej kończył zawody ze spuszczoną głową niż uśmiechem na ustach, Wąsek zdobywa sensacyjny medal. – Wiele razy w tym sezonie mi nie wyszło, byłem załamany, wracałem zdenerwowany do domu. Nie mogłem nawet myśleć o tym, że tu mogę walczyć o medale. Więcej wątpliwości było, czy tu w ogóle dostanę się do składu – przyznaje. A jednak sport znów napisał własny scenariusz.Kacper patrzył na to wszystko z bliska – widział Pawła jeszcze na Turnieju Czterech Skoczni, kiedy – jak mówią – był tam „tylko ciałem”. Dziś obaj świętują. – Na pewno super, że udało się we dwójkę ten medal wywalczyć. Bardzo się z tego cieszymy i po prostu super, że tak wszystko wyszło – podsumowował krótko, bez wielkich słów.A przecież łatwo nie było. Na górze skoczni czekali długie minuty, gdy rozpętała się śnieżyca. – To nie było tak, że ten śnieg tak leciutko zaczął sypać. Potem tak kombinowali z tymi belkami i tak totalnie już się rozsypało. Ciężko było to doprowadzić do końca – wspomina Wąsek.Armagedon pogodowy, niepewność do ostatniej chwili, sezon pełen wątpliwości. I finał z medalem na szyi. Sport potrafi być bezlitosny – ale czasem potrafi też oddać wszystko z nawiązką. Tak było dziś. Szczęśliwie dla Polski.