Historia Klaudii Adamek. Jeszcze pięć lat temu biegała na igrzyskach w Tokio. Teraz też pobiegnie, ale… napędzając bobslej, do którego wskoczy wraz z Lindą Weiszewski. Klaudia Adamek to pierwsza Polka, która wystartuje zarówno na letnich, jak i zimowych igrzyskach olimpijskich. Eddie Eagan w 1920 roku zdobył złoty medal olimpijski w boksie, a dwanaście lat później triumfował również… w bobslejach. Amerykanin pozostaje jedynym, który stanął na najwyższym stopniu podium zarówno na letnich, jak i zimowych igrzyskach.Im później, im bardziej profesjonalizował się sport, tym o podobne przypadki było trudniej. Tym większe wrażenie robią sukcesy odnoszone przez Christę Rothenburger-Luding w latach 1984-1988, która najpierw zdobyła złoto w łyżwiarstwie szybkim, a parę miesięcy później srebro w kolarstwie torowym.Była jeszcze Lauryn Williams, która jest dobrym punktem odniesienia dla naszej Klaudii Adamek. W Atenach (2004), Pekinie (2008) i Londynie (2012) była członkinią amerykańskiej sztafety sprinterek. Gdy z powodu kontuzji musiała pożegnać się z lekkoatletyką, jeden z trenerów wpadł na pomysł, by swoją szybkość wykorzystała gdzie indziej. I tak trafiła do bobslejów. Pierwsza w historiiAdamek idzie podobną drogą. W Tokio biegała ramię w ramię z Ewą Swobodą w sztafecie 4x100 metrów. Potem wpadła jednak w dołek: wyniki się nie poprawiały, spadała forma, a do tego pojawiły się problemy z… wagą. – Zamiast myśleć o startach, moim głównym problemem było bieganie po lekarzach i sprawdzanie, dlaczego nie chudnę. Do tego dochodziły problemy hormonalne i nieustanne branie leków, żeby jakoś zbić wagę. Dotarłam do momentu, kiedy byłam zwyczajnie w świecie wykończona. A kiedy organizm się blokuje, głowa także przestaje funkcjonować. Pod koniec po prostu nie chciałam już chodzić na treningi. I właśnie wtedy odebrałam telefon od trenera z propozycją przejścia do bobslejów. Postanowiłam zaryzykować. To pozwoliło mi odrodzić się na nowo. Już po kilku treningach poczułam, że jestem znowu doceniana, nikt nie szuka we mnie minusów – mówiła w rozmowie z GQ Poland. Bobsleje okazały się sportem wymagającym zupełnie innego rodzaju odporności. O ile sprint jest walką z czasem na kilkudziesięciu metrach, o tyle bobslej łączy w sobie maksymalny wysiłek fizyczny z techniczną precyzją i gotowością na ryzyko. Rola rozpychającej – którą objęła Adamek – polega na wygenerowaniu jak największej prędkości startowej w pierwszych sekundach przejazdu, zanim zawodniczka wskoczy do pędzącej maszyny. To zadanie stworzone dla sprinterek, ale wymagające adaptacji do zupełnie innego środowiska.Jej partnerką w dwuosobowym bobsleju została Linda Weiszewski – pilotka odpowiedzialna za prowadzenie bobsleja na torze. Nowy duet musiał budować zaufanie, zgrywać się technicznie i psychicznie, ucząc się sportu, w którym najmniejszy błąd kończy się w bandzie. Nierzadko: poważną kontuzją. Bobsleje to w końcu najbardziej niebezpieczny z zimowych sportów, porównywany do… F1. Bo w dwójce bobslejowej kobiet prędkości są znacznie wyższe, niż sugerowałby rozmiar toru czy długość przejazdu. Na nowoczesnych obiektach olimpijskich i pucharowych bobslej rozpędza się do 110–125 km/h, a średnia prędkość całego zjazdu – trwającego zwykle niewiele ponad minutę – oscyluje wokół 80–90 km/h. Kluczowe są pierwsze sekundy po starcie: to wtedy rozpychające nadają maszynie energię, która „niesie się” aż do mety. Kilka setnych sekundy zyskanych na pierwszych metrach może później zdecydować o lepszych miejscach.Ta prędkość ma swoją cenę. W ostrych zakrętach zawodniczki doświadczają przeciążeń rzędu 4–5 G, porównywalnych z tymi, jakie działają właśnie na kierowców Formuły 1. Różnica polega na tym, że w bobsleju nie ma hamulców ani korekty toru jazdy – jest tylko lodowa rynna, ściany oddalone o centymetry i pełne zaufanie do pilotki. To właśnie ta mieszanka prędkości, fizyki i braku kontroli sprawia, że zjazd w dwójce bobslejowej jest jednym z najbardziej ekstremalnych doświadczeń w sporcie olimpijskim.Bez strachuAle Adamek się nie boi. Nie zniechęciły ją też trudne początki w Pucharze Świata i mozolne łapanie punktów, by załapać się na bilet do Włoch. – To była wyższa matematyka – śmiała się w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. – Trzeba było dokładnie liczyć każdy start.Ostatecznie szczęście uśmiechnęło się niedawno, w styczniu. Trzecie miejsce w zawodach Pucharu Europy w Innsbrucku dało polskiej osadzie wystarczającą liczbę punktów, by zapewnić sobie kwalifikację na igrzyska. – Świętować właściwie nie było kiedy mówiła po zawodach. – Następnego dnia miałyśmy kolejny start. Radość była ogromna, ale chyba największe było niedowierzanie.Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, Klaudia Adamek będzie pierwszą w historii reprezentantką Polski, która wystartuje na igrzyskach zarówno letnich, jak i zimowych. Sama nie chce o tym myśleć w szczególnie wzniosłych kategoriach. – To wydarzenie historyczne, ale ja traktuję je raczej jako ciekawy dopisek do CV – podkreślała w „Przeglądzie Sportowym”.Początek zmagań z udziałem Polek 20 lutego (piątek) o godz. 18:00. Transmisje w Telewizji Polskiej.