„Nie smakowało mu śniadanie, jeśli nie rozstrzelał kilku Polaków”. Mawiał, że nie smakuje mu śniadanie, jeśli nie rozstrzela wcześniej kilku Polaków. Mimo wielu świadków okrucieństwa „kat Pomorza i Kujaw” nie stanął przed sądem. W rozmowie z Deutsche Welle Filip Gańczak, autor książki „Polakożerca”, przybliża zbrodnie Ludolfa von Alvenslebena i kulisy jego powojennej bezkarności. Ludolf von Alvensleben był oficerem SS i jednym z organizatorów niemieckiego terroru na Pomorzu po wybuchu II wojny światowej. Jako dowódca paramilitarnej formacji Selbstschutz Westpreußen odpowiadał za masowe aresztowania i egzekucje polskiej inteligencji oraz przedstawicieli lokalnych elit w ramach akcji eksterminacyjnych w 1939 r. Po wojnie uniknął odpowiedzialności karnej, uciekł do Argentyny, nie ponosząc konsekwencji za swoje zbrodnie.Deutsche Welle: Co sprawiło, że Ludolf von Alvensleben tak fanatycznie nienawidził Polaków?Filip Gańczak: Też stawiałem sobie to pytanie i mogę tylko spekulować, ponieważ znane mi dokumenty nie dają na to dostatecznej odpowiedzi. Rzeczywiście zwróciło moją uwagę, że z Polską von Alvensleben miał pozornie niewiele wspólnego. Urodził się w Halle nad Soławą na terenie dzisiejszych wschodnich Niemiec, a więc nie na pograniczu polsko-niemieckim, nie na terenach spornych. Na pewno był to człowiek, który odrzucał traktat wersalski. To było traumatyczne przeżycie dla niego i wielu Niemców z jego pokolenia. Na różnych etapach swojej kariery w NSDAP podkreślał, jak hańbiący był dla Niemiec ten traktat, czyli także te zapisy, które wiązały się z utratą przez Niemcy Wielkopolski czy Pomorza Gdańskiego – również miejscowości takich jak Ostromecko, Głuchowo i Płutowo, gdzie miał krewnych.„Miał też sporo szczęścia”Oprócz zbrodni popełnionych na Polakach Ludolf von Alvensleben dopuścił się też licznych mordów na terenie dzisiejszej Ukrainy. Istnieją na to dowody, są zeznania świadków. Po wojnie zostały nawet wydane za nim listy gończe zarówno przez NRD, jak i RFN, prowadzono śledztwa. A mimo to jest to jeden z tych zbrodniarzy wojennych, którzy nigdy nie stanęli przed wymiarem sprawiedliwości. Jak to możliwe, skoro tak wiele instytucji go szukało? Po części Alvensleben sam o to zadbał. Miał też sporo szczęścia. Początkowo, gdy po obu stronach dopiero zarysowującej się żelaznej kurtyny była jeszcze duża determinacja do ścigania zbrodniarzy nazistowskich, został w 1946 r. zatrzymany w Hamburgu przez Brytyjczyków i umieszczony w obozie internowania Neuengamme. Zbiegł jednak stąd po niespełna miesiącu. Po części ściganie utrudniały przeszkody, które dzisiaj może być trudno zrozumieć: nie było komputerów, centralnych rejestrów mieszkańców. W kartotekach przestępców wojennych Alvensleben miał występować dwukrotnie, w tym raz wymieniany tylko z nazwiska, a w drugim przypadku – z błędnym imieniem Werner. Bywał mylony ze swoim krewnym – również Ludolfem. Zdarzało się też, że w dokumentach figurował jako Rudolf. To z pewnością ułatwiało mu ukrywanie się.Był to też czas przejściowy, gdy jeszcze nie istniały dwa państwa niemieckie i dość swobodnie można było podróżować między strefami okupacyjnymi Niemiec. Ludolf von Alvensleben podszył się pod żyjącego żołnierza Wehrmachtu, Theodora Kremharta, i jak wielu innych ukrywających się nazistów przedostał się do Tyrolu Południowego. Tam otrzymał dokument tożsamości na nowe nazwisko i z portu w Genui, w 1949 r., wypłynął statkiem do Buenos Aires. Podobną ścieżkę obrali Josef Mengele i Adolf Eichmann, czyli zbrodniarze jeszcze bardziej rozpoznawalni niż Alvensleben. W dodatku dość szybko, bo w 1952 r., otrzymał obywatelstwo argentyńskie, co dodatkowo utrudniło ściganie.„Łatwiej było osądzić mordercę jednej osoby”Czy brak doprowadzenia „kata Pomorza i Kujaw” przed sąd był efektem bardziej chaosu powojennego, czy też pomocy, jaką naziści poprzez różne kanały niejednokrotnie otrzymywali?Chaosu na pewno tak, ale też sieci powiązań, które pomagały takim nazistom jak on bezpiecznie opuścić najpierw Niemcy, a potem Europę. Później, w latach 60., w Republice Federalnej Niemiec duże znaczenie miały zaniedbania, ciągłość personalna w sądownictwie, prokuraturze. Wciąż urzędowała duża liczba prawników, którzy byli dawnymi członkami NSDAP albo nawet SS. Fritz Bauer, prokurator generalny Hesji, który był pozytywnym wyjątkiem, mawiał, że gdy opuszcza swój gabinet, znajduje się na terytorium wroga. Pokazuje to obrazowo, że czuł się otoczony ludźmi, którzy niekoniecznie chcieli doprowadzić na ławę oskarżonych kogoś takiego jak Alvensleben. Czytając np. akta prokuratury w Monachium, można odnieść wrażenie, że niektórzy prokuratorzy grali bardziej rolę obrońcy Alvenslebena niż ludzi, których zadaniem jest doprowadzić go przed oblicze sądu. Jedną z najbardziej szokujących informacji zawartych w książce „Polakożerca” jest to, że w latach 60. prokuratorzy w RFN nie mogli posługiwać się pojęciami „zbrodnia wojenna” ani „zbrodnia przeciwko ludzkości”. Jak to było możliwe?Niemieckie sądy kierowały się wówczas prawem karnym sięgającym XIX wieku i początku Cesarstwa Niemieckiego. Był to kodeks karny, który był pomyślany jako narzędzie do sądzenia typowych zbrodni, np. gdy zazdrosny mąż zabił żonę. Nie był natomiast zupełnie przystosowany do sądzenia masowych zbrodni, do jakich doszło w czasie drugiej wojny światowej. Paradoksalnie nieraz łatwiej było osądzić mordercę jednej osoby, jeśli było wiadomo, kto dokładnie jest ofiarą i z jakich pobudek doszło do morderstwa, niż osądzić kogoś, kto zza biurka decydował o życiu i śmierci tysięcy ludzi. Prokuratorzy musieli udowodnić nie tylko, że ktoś zabijał, ale np. że uczynił to z niskich pobudek.Czytaj też: Ujawniono dowody, że Hitler przeżył wojnę? To dezinformacja