Migranci z Polski tworzyli mafię w USA. Krwawa masakra gangsterów w dniu św. Walentego w 1929 roku miała swoje polskie akcenty. Celem zamachowców wysłanych przez Ala Capone miał być George „Bugs” Moran, boss irlandzkiego gangu, którego matka była religijną Polką. Zresztą gangsterzy z polskim rodowodem wspierali obu walczących bossów. Czwartek 14 lutego 1929 roku w Chicago był typowy dla tej pory roku: mroźny i z sypiącym od rana śniegiem. Nic nie zapowiadało, że te Walentynki przejdą do historii. Dochodziła godz. 10.30, gdy pod garaż SMC Cartage Company na 2122 North Clark Street (w dzielnicy Lincoln Park na North Side) podjechał czarny Cadillac i drugie auto. Lokal był siedzibą ekipy Georga „Bugsa” Morana, włodarza północnego Chicago i jednocześnie szefa osławionego gangu North Side. Śmiertelnego wroga innego miejscowego lorda zbrodni – Ala Capone nazywanego „Scarface” („Człowiek z blizną”). Kierowca i pasażer siedzący z przodu Cadillaca mieli na sobie mundury policyjne. Mężczyźni z tyłu pojazdu byli zaś ubrani w garnitury. Wysiedli i spokojnie weszli do lokalu. W garażu znajdowało się sześciu członków gangu „Bugsa”: James „Jimi” Clark” (urodzony w 1887 roku w Krajenku w Wielkopolsce jako Albert Kachellek), Adam Heyer (księgowy ekipy), Albert Weinshank, Reinhardt H. Schwimmer oraz cyngle grupy Frank Gusenberg i jego brat Peter. Siódmą osobą był mechanik John May, pracujący dorywczo w garażu. Widok mundurowych nie wzbudził w nich podejrzeń. Mogli podejrzewać, że wizyta stróżów prawa to efekt donosu konkurencji. Właśnie o tej porze miała do nich dotrzeć dostawa nielegalnej whiskey z Detroit. Czuli się jednak pewnie, bo trefny towar jeszcze do nich nie dotarł. Nie wiedzieli wówczas, że właśnie przechodzą do historii... „Policjanci” kazali całej siódemce rzucić broń i stanąć twarzą do ściany. Następnie chwycili za dwa pistolety maszynowe Thompson „Tommy Gun” oraz obrzyna (strzelbę z obciętą lufą) i zaczęli strzelać. Przeciągnęli seriami po ofiarach ze trzy razy. Jak stwierdził później koroner, każda z ofiar dostała po 12-14 kul. Mordercy celowali w głowę i korpus. Mieszkaniec okolicznej kamienicy twierdził później, że gdy umilkły strzały, z garażu wyszli mundurowi prowadzący jakichś cywilów z podniesionymi rękoma. To był jednak dalszy ciąg bandyckiej maskarady. Wszyscy napastnicy byli, bowiem kilerami wynajętymi przez Ala Capone. Czytaj także: Bezradna Temida. Sędzia dalej nie chce sądzić „Piotruli”, ale będzie musiał„Tylko Capone tak zabija” Po jakimś czasie ktoś zajrzał do garażu. Mimo że Chicago było przyzwyczajone do krwawych porachunków, to jednak ten atak wstrząsnął wszystkimi. Takiej masakry miasto bezprawia jeszcze nie widziało. Sześć osób zginęło na miejscu. Frank Gutenberg, który dostał 14 postrzałów żył jeszcze trzy godziny po krwawej jatce. Przesłuchiwany w szpitalu przez policjantów, próbujących wyciągnąć od niego kim byli napastnicy, miał powiedzieć: „Nie chcę mówić. Nikt do mnie nie strzelał”. I niedługo potem skonał. W sprawie masakry w dniu Świętego Walentego nikomu nie postawiono zarzutów, ale wszyscy wiedzieli, że to była robota ludzi Capone’a. On sam był w tym czasie na Florydzie, rzekomo kurując się po zapaleniu płuc. Masakra miała być zwieńczeniem trwającej od 1920 roku wojny o wpływy w Chicago. Al Capone, który zorganizował zamach, chciał jednak dorwać swojego najgroźniejszego konkurenta – Georga „Bugsa” Morana. Dostawa alkoholu, na który czekali ludzie „Bugsa” w garażu, była sprytną pułapką, obmyśloną przez Capona’a. Jednak Moran cudem uniknął śmierci. Miał stawić się w garażu ok. 10.30, ale zaspał. Idąc na North Clark Street wraz z dwoma kompanami (inna wersja głosi, że jechał samochodem) zauważył samochód parkujący pod siedzibą jego bandy i wysiadających z auta policjantów. Myśląc, że to obława postanowił się „zmyć”. Kiedy usłyszał strzały karabinów maszynowych zorientował się, że to nie akcja policyjna, ale robota konkurencji. – Tylko Al Capone tak zabija – miał powiedzieć, gdy dowiedział się o rozmiarze masakry. Spekulowano, że Capone celowo wybrał dzień Świętego Walentego, aby zabić konkurenta. W chicagowskim półświatku żartowano, że kule z „Tommy Gunów” miały być „walentynkami” wysłanymi przez Ala. Czytaj także: Rodzinny gang skazany na śmierć. „Natura przestępstw była wyjątkowo podła”Polacy i Irlandczycy kontra Włosi Niewiele osób wie, że człowiek, którego tak bardzo nienawidził osławiony Capone, miał polskie korzenie. George Clarence Moran urodził się w 1893 roku w Minnesocie. Jego ojciec był Irlandczykiem, a matka religijną Polką. Gdy skończył sześć lat, razem z rodzicami przenieśli się do Chicago. W tym czasie w mieście bardzo prężenie działały już gangi polskie, irlandzkie i włoskie. Pierwsze dwa połączyły siły w latach 1910-1920. Dorastający Moran, który zyskał przydomek „Bugs” (w slangu miał oznaczać raptusa), trzymał głównie z przedstawicielami pierwszych dwóch band. Trafił do dynamicznie rozwijającego się gangu Diona O’Baniona. Jednym z najbliższych przyjaciół Morana w tej bandzie był Earl „Little Hymie” Weiss. Urodzony 25 stycznia 1898 roku w Sieradzu jako Henryk Wojciechowski (jego rodzicie wyemigrowali do USA w 1901 roku) gangster szybko został jednym z najważniejszych liderów polsko-irlandzkiego gangu North Side. Wielu ekspertów twierdzi, że to „Hymie” zorganizował bimbrowniczy biznes dla O’Baniona po ogłoszeniu prohibicji. Weiss miał też wprowadzić do gangsterskiego slangu powiedzonko „zabrać kogoś na przejażdżkę”. Ta wycieczka oznaczała dla delikwenta wyrok śmierci. Pierwszą ofiarą „przejażdżki” miał być inny gangster polskiego pochodzenia – Stephen Wisniewski, który raczył ukraść ciężarówkę z alkoholem O’Baniona. Czytaj także: Akcja służb w Warszawie. Rozbito gang handlujący ludźmiPolowanie Gdy w listopadzie 1924 roku cyngle Capone’a dopadli O’Baniona w jego kwiaciarni, duet Moran-Weiss objął władzę w bandzie. „Hymie” wydał wojnę „Człowiekowi z blizną”. W ciągu dwóch najbliższych lat kilkakrotnie próbował dopaść Capone’a. Sam brał udział w kilku zamachach na wroga, jednak za każdym razem konkurent uchodził cało z zamachów. Ponoć Al mówił swoim zaufanym towarzyszom, że ze wszystkich wrogów, tak naprawdę to boi się tylko Weissa. Po pierwszym zamachu „Hymiego”, nie ruszał się nigdzie bez pancernej limuzyny i kilkunastu, uzbrojonych po zęby ochroniarzy. Capone postanowił pozbyć się źródła swojego strachu. Miarka przebrała się, gdy 20 września 1926 roku kawalkada samochodów z ludźmi Weissa przejechała przed Hawthorne Inn, siedzibą Ala w Cicero w stanie Illinois. Napastnicy oddali ponad 1000 strzałów. Jednak ich cel, wywinął się śmierci dzięki czujności ochroniarza, który słysząc strzały obalił bossa na ziemie. Trzy tygodnie później Weiss był już martwy. Gdy szedł do siedziby swojego gangu w kwiaciarni Schofielda, został ostrzelany przez snajperów ukrytych w domu naprzeciwko. „Hymie” dostał 10 kul. Jego miejsce zajął „Bugs” Moran. Po tym wydarzeniu na trzy lata zapanowało zwieszenie broni między walczącymi stronami. 19 stycznia 1929 roku James „Jimi” Clark, Pete oraz Pete i Frank Gusenbergowie wpadli do domu Patsy’ego Lolordo powiązanego z Alem Capone. Zamordowali gospodarza i jego zonę, kończąc kruchy rozejm. Wojna gangów w Chicago rozgorzała na nowo. Moran przegrał batalię o prymat nad miastem. Umarł na raka w 1957 roku w szpitalu więzienia w Leavenworth. Czytaj także: Bandyckie saksy w Berlinie. Gangi importują „młodych najemników” Guzik Capone’a Polskie korzenie mieli nie tylko gangsterzy walczący po stronie irlandzkich gangów. Mózgiem operacji Ala Capone i zarazem jego bliskim przyjacielem był, Jake „Greasy Thumb” Guzik. Urodzony w Krakowie w 1886 r. wyjechał do USA, gdy miał trzy lata. W Chicago zaczynał od kontroli nad domami publicznymi. Później sprzymierzył się z włoskimi gangami miasta i samym Alem Capone. W 1920 roku uprzedził bossa o planowanym na niego zamachu. W gangu „Człowieka z blizną” pokazał swoje talenty organizatorskie. Został nawet skarbnikiem, a w półświatku nazywano go „czarodziejem mafijnych finansów”. Stąd jego przydomek, który tłumaczy się jako „Tłusty kciuk”. Unikał jednak przemocy i ponoć nigdy nie nosił broni. Mógł jednak w każdej chwili liczyć na opiekę swojego przyjaciela. To Guzik odpowiadał za opłacanie całej armii chicagowskich policjantów i urzędników, przekazując łapówki najważniejszym osobom. Guzik zmarł na atak serca 21 lutego 1956 roku. Wedle jednej z wersji stało się w czasie, gdy odwiedził jeden z posterunków, aby przekazać łapówki. Według innych źródeł stało się tak w restauracji, a jeszcze innej – w domu. Al Capone sczezł 25 stycznia 1947 roku na zapalnie płuc, ale kilka dni wcześniej doznał udaru. W 1939 roku wyszedł z więzienia, do którego trafił w 1932 skazany na 11 lat za … niepłacenie podatków. Nie wiadomo czy członkowie takich gangów jak „Pruszków” czy „Wołomin” wiedzieli o wkładzie swoich rodaków w rozwój mafii w USA. Pewne jednak jest, że gdy w latach 90. rodziła się polska mafia, wykorzystywała wszystkie „patenty” wypracowane w czasach prohibicji. Przede wszystkimi gangsterzy znad Wisły zarabiali pierwsze duże pieniądze na transportach przemycanego spirytusu. Od razu też zaczęły się napady na ciężarówki z trefnym towarem. Chicagowskie powiedzonko „zabrać kogoś na przejażdżkę” sparafrazowano w Polsce na „zawijkę” lub „wycieczkę do lasu”. No i wreszcie wzorem Chicago, gangsterzy urządzili w Polsce swoją „masakrę w dniu Świętego Walentego”. W warszawskiej restauracji Gama zginęło dwóch bossów „Wołomina” i trzech towarzyszących im gangsterów. Tyle tylko, że miało to miejsce 31 marca (1999 roku), a to dzień Świętego Beniamina, nie obchodzony zbyt powszechnie. Przygotowując ten tekst korzystałem z materiałów ze stron www.fbi.gov., www.myalcaponemuseum.com, Legendsofamerica.com Czytaj także: Prezydent wyściskał kryminalistę. Skazali go za pobicia i kierowanie gangiem