Analiza Marcina Ogdowskiego. Niemieckiej symulacji rosyjskiego ataku na wschodnią flankę NATO, o której w ostatnich dniach zrobiło się głośno w europejskich mediach, nie należy traktować jako prognozy nieuchronnej wojny. Nie zmienia to faktu, że wnioski z tej gry okazały się niezbyt pokrzepiające… Scenariusz nie zakładał marszu rosyjskich wojsk na Zachód ani otwartej konfrontacji z całym Sojuszem. Chodziło o ograniczone, punktowe uderzenie w jedno z państw bałtyckich – takie, które można przedstawić jako incydent lub lokalny kryzys. To właśnie zejście poniżej progu pełnoskalowej wojny czyniło przebieg gry szczególnie niepokojącym.Symulacja potwierdziła, że kluczową rolę odgrywałby czas, liczony w godzinach i dniach. Wystarczający, by stworzyć „fakt dokonany” bez konieczności trwałego zajmowania terytorium i zmusić sojuszników do debaty nad tym, czy doszło już do ataku zbrojnego, czy wciąż mamy do czynienia z kryzysem możliwym do rozwiązania politycznie.Najbardziej niepokojący wniosek nie dotyczył potencjału militarnego NATO, lecz mechanizmu decyzyjnego. Nawet przy formalnych gwarancjach bezpieczeństwa pierwszą reakcją Sojuszu mogłoby być wahanie – nie z braku woli obrony, lecz z obaw przed eskalacją i sporów o proporcjonalność odpowiedzi.To właśnie ta polityczna zwłoka okazała się największym sprzymierzeńcem strony atakującej. Ograniczona agresja nie doprowadziłaby do rozbicia NATO czy zdobycia jego terytorium, lecz mogłaby sparaliżować proces decyzyjny i podważyć wiarę w szybkie, jednoznaczne gwarancje bezpieczeństwa. A stąd już tylko krok do przyśpieszonej erozji Sojuszu.Czytaj też: Podstęp Rosjan. Zmuszają Ukraińców do bratobójczej walkiDlaczego Rosja mogłaby uznać taki ruch za opłacalny?Pytanie o to, czy Rosja chciałaby zaatakować państwo NATO, często prowadzi do fałszywych wniosków, bo automatycznie kojarzy się z wojną totalną i katastrofalnymi konsekwencjami. Tymczasem ograniczony atak nie podlega tej samej logice, co pełnoskalowy konflikt. Nie chodzi w nim o militarne zwycięstwo, lecz o kalkulację polityczną, w której potencjalne zyski przewyższają ryzyko eskalacji.Rosyjskie myślenie strategiczne opiera się na przekonaniu, że Zachód – mimo przewagi militarnej – jest ostrożny, proceduralny i podatny na polityczne wahania. W takim ujęciu możliwym celem nie jest pokonanie NATO, lecz podważenie jego wiarygodności. Da się to osiągnąć nie frontalnym uderzeniem, lecz działaniem, które zmusza sojuszników do długiego zastanawiania się, czy i jak reagować.Kluczowym warunkiem byłoby – patrząc z rosyjskiej perspektywy – wrażenie osłabienia spójności Zachodu. Nie musiałoby ono mieć realnych podstaw militarnych. Wystarczyłby obraz Sojuszu podzielonego, zajętego własnymi problemami i niechętnego podejmowaniu trudnych decyzji. Spory polityczne, napięcia transatlantyckie czy zmęczenie społeczeństw kryzysami mogłyby zostać w rosyjskiej kalkulacji uznane za sygnał, że reakcja NATO będzie spóźniona lub niejednoznaczna.Istotna jest także asymetria w postrzeganiu ryzyka. Dla Zachodu eskalacja oznacza groźbę wojny na dużą skalę, dla Rosji bywa narzędziem nacisku. W takiej logice wystarczyłoby założenie, że odpowiedź NATO będzie stopniowa, ostrożna i obudowana konsultacjami. Eskalacja nie byłaby więc aktem irracjonalnej agresji, lecz narzędziem kontrolowanej presji – obliczonym na grę na czas i sondowanie reakcji.Nie bez znaczenia pozostaje także czynnik psychologiczny. Rosyjska strategia opiera się na przekonaniu, że Zachód reaguje dopiero wtedy, gdy zostaje do tego zmuszony. Każda opóźniona lub niejednoznaczna reakcja wzmacnia to przeświadczenie i zachęca do kolejnych testów.Na tę kalkulację nakłada się kontekst wojny przeciwko Ukrainie. Długotrwały konflikt zużywa rosyjskie zasoby i zwiększa pokusę zmiany reguł gry. Nawet ograniczone uderzenie w państwo NATO mogłoby przenieść punkt ciężkości konfrontacji, zmusić Zachód do myślenia o własnym bezpieczeństwie i otworzyć pole do rozmów na warunkach korzystniejszych dla Moskwy – nie poprzez zwycięstwo militarne, lecz przez presję polityczną.Czytaj też: Ukraiński front to śmiertelne połączenie starej i nowej wojnyJak mógłby wyglądać ograniczony atak?Ograniczony atak wymierzony w jedno z państw bałtyckich nie zaczynałby się od wystrzału. Na długo przed pojawieniem się wojska narastałaby presja informacyjna. Kanały powiązane z rosyjską propagandą rozpowszechniałyby przekaz o rzekomych prowokacjach, zagrożeniu bezpieczeństwa regionu czy konieczności „ochrony” określonych grup. Równolegle pojawiałby się chaos informacyjny – sprzeczne doniesienia, półprawdy i dezinformacje, których celem byłoby wytworzenie niepewności.W tym samym czasie w państwie będącym celem pojawiałyby się problemy pozornie niezwiązane z bezpieczeństwem: awarie łączności, zakłócenia transportu czy przerwy w dostawach energii. Każde z tych zdarzeń można byłoby tłumaczyć przypadkiem lub błędem technicznym. Dla władz byłby to moment szczególnie trudny. Społeczeństwo oczekiwałoby wyjaśnień, ale brakowałoby jednoznacznych dowodów agresji. Zbyt ostra reakcja groziłaby oskarżeniami o eskalację, zbyt ostrożna – wrażeniem słabości. W tej przestrzeni niejednoznaczności ograniczony atak nabierałby tempa.Dopiero na tym tle pojawiałyby się działania fizyczne: punktowe uderzenia w infrastrukturę lub logistykę, prowadzone przez siły specjalne, sabotażystów lub „niezidentyfikowane grupy”. Każdy incydent z osobna byłby ograniczony, ale razem zaczynałyby paraliżować normalne funkcjonowanie państwa.Kluczowe byłoby tempo. Ograniczony atak zmuszałby decydentów NATO do reagowania w warunkach niepełnej informacji. Ruszałyby procedury sojusznicze i konsultacje, lecz nie byłyby one projektowane pod sytuację, w której granica między pokojem a wojną zostałaby celowo rozmyta.W tym momencie agresor próbowałby stworzyć „fakt dokonany” – niekoniecznie poprzez trwałe zajęcie terytorium, a przez czasową kontrolę nad wybranym obszarem lub punktem. Równolegle narastałaby presja dyplomatyczna: apele o „deeskalację” i „dialog”, w których każda zdecydowana reakcja Zachodu przedstawiana byłaby jako eskalacja.Najtrudniejsze pytania pojawiałyby się właśnie wtedy: czy byłby to już atak zbrojny, czy wciąż seria incydentów? Ograniczony atak zostałby zaprojektowany tak, by nie dawał jednoznacznych odpowiedzi, a każda godzina wahania działałaby na korzyść agresora. Gdy sytuacja zostałaby wreszcie nazwana wojną, podstawowy cel mógłby być już osiągnięty.Co to oznaczałoby dla Polski?W scenariuszu ograniczonego ataku Rosji na wschodnią flankę NATO, Polska niemal na pewno nie byłaby celem pierwszego uderzenia. Z punktu widzenia logiki konfliktu byłaby jednak kluczowym zapleczem operacyjnym, od którego zależałaby realna zdolność Sojuszu do obrony państw bałtyckich. To właśnie ta rola – logistyczna, transportowa i koordynacyjna – czyniłaby Polskę jednym z głównych obiektów presji, nawet bez bezpośredniego naruszenia jej granic.Pierwsze skutki kryzysu byłyby odczuwalne niemal natychmiast w obszarach krytycznych dla przerzutu wojsk i sprzętu. Szczególną wrażliwość wykazywałyby węzły kolejowe i drogowe, infrastruktura portowa i lotniskowa, systemy łączności oraz energetyka. Każde zakłócenie – nawet krótkotrwałe – nabierałoby znaczenia strategicznego, ponieważ przez terytorium Polski przebiegałby główny korytarz wsparcia dla wschodniej flanki NATO.W logice ograniczonego ataku nie byłoby konieczne trwałe unieruchomienie tej infrastruktury. Wystarczyłoby czasowe obniżenie zdolności państwa do pełnienia roli gospodarza dla wojsk sojuszniczych. Opóźnienia w przerzucie sił, zakłócenia w systemach dowodzenia i koordynacji czy niejasności kompetencyjne między instytucjami przekładałyby się na realne spowolnienie reakcji Sojuszu. W tym sensie Polska stawałaby się celem pośrednim – nie po to, by ją zająć, lecz by ograniczyć jej funkcję w kluczowej fazie kryzysu.Równolegle prowadzona byłaby presja społeczna i informacyjna. Kampanie dezinformacyjne koncentrowałyby się na podważaniu sensu zaangażowania Polski, kosztów solidarności sojuszniczej i ryzyka eskalacji. Uzupełniałyby je działania demonstracyjne i prowokacyjne, formalnie mieszczące się poniżej progu agresji: incydenty graniczne lub pokazowe ruchy wojsk po drugiej stronie granicy, będące spójną próbą wymuszenia ostrożności i spowolnienia decyzji.Jak zniechęcić Rosję do ograniczonego ataku?Ograniczony atak przestaje być atrakcyjny tam, gdzie przeciwnik reaguje szybko, spójnie i bez wahań. Wspomniana na wstępie symulacja nie obnażyła słabości militarnej NATO, lecz jego podatność na zwłokę decyzyjną. Kluczowe nie są więc demonstracje siły ani gotowość do eskalacji za wszelką cenę, lecz odebranie agresorowi tego, co w takim scenariuszu najcenniejsze: czasu, niejednoznaczności i politycznego chaosu.Dla NATO oznacza to konieczność odejścia od schematycznego myślenia o odstraszaniu. Same deklaracje solidarności nie wystarczą, jeśli proces decyzyjny pozostanie długi i podatny na paraliż. Ograniczony atak – co jasno pokazała niemiecka gra wojenna – testuje nie liczbę dywizji, lecz zdolność do szybkiego uznania, że doszło do sytuacji nieakceptowalnej i wymagającej wspólnej reakcji.Z perspektywy Polski wnioski są jeszcze bardziej konkretne. Jako państwo frontowe i logistyczne zaplecze wschodniej flanki nie może ona traktować takiego scenariusza jako ćwiczenia teoretycznego. Odporność państwa musi być rozumiana szerzej niż gotowość wojska – jako sprawność instytucji, jasność procedur, zdolność komunikacji z obywatelami i ochrona infrastruktury krytycznej.Ograniczony atak żywi się wątpliwościami i decyzyjną zwłoką. Tam, gdzie państwo potrafi jasno tłumaczyć sytuację i szybko podejmować decyzje, pole manewru agresora gwałtownie się zawęża. Najgorszym sygnałem jest niepewność co do tego, kto i kiedy bierze odpowiedzialność.Ostateczny wniosek jest zatem prosty. Zarówno w Polsce, jak i w całym NATO, kluczowe jest zbudowanie systemu zdolnego reagować na niejednoznaczność. Taki system nie eliminuje ryzyka konfliktu, ale sprawia, że jego rozpoczęcie przestaje być opłacalne. A w świecie, w którym wojny coraz częściej zaczynają się od małych kroków, to właśnie brak opłacalności pozostaje najskuteczniejszym mechanizmem odstraszania.Czytaj też: Przesmyk suwalski pod ochroną NATO. Rutte ostrzega Rosję