Zapłata za protest. Nagranie z zawodów short tracku, na których trenerka reprezentacji Korei Południowej biegnie w stronę sędziów z banknotem w dłoni, szybko stało się viralem w internecie. Dla wielu kibiców scena wyglądała jak skandal, choć w rzeczywistości mieściła się w granicach obowiązujących przepisów. Chodziło bowiem o formalny protest po zdarzeniu na torze, a nie próbę wywierania niedozwolonego wpływu. W biegu rywalizowały cztery zespoły, z których dwa miały awansować do finału. Prowadzili Kanadyjczycy, za nimi jechali Amerykanie, a dalej Koreańczycy i Belgowie. Gdy Amerykanka Corinne Stoddard upadła, jadąca za nią Gilli Kim nie zdołała jej ominąć i również przewróciła się, uderzając w bandę.Upadek ten ostatecznie pozbawił koreańską drużynę szans na miejsce w czołowej dwójce.Pieniądze w błotoPrzepisy short tracku dopuszczają awans zawodnika lub drużyny, która straciła szansę na wynik nie z własnej winy, ale tylko wtedy, gdy w chwili zdarzenia znajdowała się na pozycji premiowanej awansem. W tym przypadku Koreańczycy jechali dopiero na trzeciej lokacie, dlatego sędziowie uznali rezultaty na mecie, dając awans Kanadyjczykom i Belgom.Mimo to koreański sztab zdecydował się na złożenie protestu, co wiązało się z obowiązkową opłatą w wysokości 100 dolarów. Banknot widoczny na nagraniach był więc elementem procedury, a nie kontrowersyjnym gestem, choć sam protest nie zmienił ostatecznego składu finału. Czytaj też: Tomasiak powalczy o kolejny medal. Konkurs drużyn mieszanych na żywo w TVP