Marzenia o igrzyskach zabrała nam II wojna światowa. Starania o organizację igrzysk olimpijskich w Polsce nabierają tempa. W sobotę doszło do spotkania prezydenta Karola Nawrockiego z szefową MKOl Kirsty Coventry. Wielkie imprezy na terenie Polski można policzyć na palcach jednej ręki. Przypominamy najbardziej zapomnianą z nich – mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, które w 1939 roku odbyły się w Zakopanem. 30 tysięcy kibiców pod Krokwią, problemy ze znalezieniem noclegu, tłumy w restauracjach i jeszcze gigantyczny korek na trasie, której wtedy nikt jeszcze nie nazywał zakopianką. To nie opis jednego z zakopiańskich weekendów ze skokami narciarskimi. Podobne historie działy się już przed drugą wojną światową. W lutym 1939 roku w Zakopanem odbyły się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym, nazywane wówczas Mistrzostwami Świata FIS.Mistrzostwa świata w ZakopanemTuż po odzyskaniu niepodległości Zakopane w zyskało statut zimowej stolicy Polski. Potwierdziło to przyznanie praw do organizacji mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w 1929 roku. Impreza przeszła bez większego echa. Cała Polska zwariowała na punkcie białego szaleństwa dekadę później. Prawdziwy przeskok cywilizacyjny czekał jednak stolicę polskich Tatr dekadę później. W 1938 roku Międzynarodowa Federacja Narciarska FIS zdecydowała, że najlepsi sportowcy w dyscyplinach biegowych, zjazdowych i skokach ponownie zawitają pod Giewont w lutym 1939 roku. Dla Zakopanego miał to być generalny test przed staraniem się o organizację zimowych igrzysk olimpijskich. W ciągu zaledwie kilku miesięcy udało się przeprowadzić dwie inwestycje, które służą mieszkańcom i turystom do dziś. Niezwykle efektownie jak na tamte czasy prezentował się hotel górski Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarzy. Duże inwestycje i ogromne tempo Wybudowano „wielki gmach o pięciu kondygnacjach. Celem było stworzenie samodzielnego ośrodka życia sportowego i towarzyskiego połączonego z Kuźnicami linią autobusową (...). Kalatówki posiadają nie tylko doskonałe tereny ćwiczebne dla narciarzy, lecz również i stok slalomowy (w Suchym Żlebie), jeden z najlepszych w Europie, na którym w tym sezonie będą rozegrane Mistrzostwa Świata” – czytamy w biuletynie Tatrzańskiego Towarzystwa Narciarstwo. Hotel służy turystom to dziś jako schronisko PTTK.Jeszcze większe wrażenie zrobiło tempo prac na Gubałówce. Blisko półtorakilometrową trasę kolejki linowo-terenowej ukończono w ekspresowym tempie. Od wbicia pierwszej łopaty do oddania inwestycji do użytku minęło zaledwie 168 dni. Kolejną modernizację przeszła Krokiew, której punkt krytyczny wynosił już 80 metrów. Rozbudowano także trybuny. Wcześniej mogły one pomieścić około dwóch tysięcy kibiców. Do dyspozycji była już kolejka linowa na Kasprowy Wierch, zbudowana w zaledwie 227 dni za astronomiczną kwotę 3,5 mln złotych. To właśnie tam odbywały się konkurencje w narciarstwie alpejskim. Tłumy w restauracjach, korki na drogachStolica polskich Tatr nigdy wcześniej nie przeżyła takiego oblężenia gości. Znalezienie wolnego miejsca w restauracji graniczyło z cudem. „Przy każdym stoliku stała kolejka kandydatów i czekała, aż przełkniesz obiad. Nade mną stała jakaś pani i denerwowała. – Dlaczego pan kraje takie małe kawałki, kiedy pan skończy jeść ten kotlet” – dzielił się swoimi historiami dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”. Mistrzostwa były też doskonałą okazją dla reklamodawców. Najoryginalniejszą kampanię przygotował producent papierosów Fis, który wykorzystując zbieżność nazw z zakopiańską imprezą, krzyczał z reklam umieszczonych w prasie: „Sportowcy, palcie papierosy Fis!” W Tatry przyjechały prawdziwe tłumy, a doskonale widać to było po zakończeniu konkursów skoków, gdy wszyscy zaczęli kierować się w stronę Krakowa.Z Zakopanego odprawiono rekordową liczbę 52 składów pociągów, ale wiele osób postawiło też na samochody i autobusy. Zator ciągnął się od Chochołowa do Chabówki. Jeśli wierzyć ówczesnym relacjom prasowym, w korku utknęło tysiąc aut. Powrotów nie ułatwiała też pogoda. Tak sytuację na drogach opisywał „Ilustrowany Kurier Codzienny”. Z odsieczą przyszli górale, którzy na prośbę policji posypywali drogę piaskiem. Zakorkował się też Kraków. Według relacji „IKC” kierowcy, którzy dojechali do Grodu Kraka od razu udawali się do barów, gdzie między sobą dzielili się wrażeniami z podróży. Zakopiańskie mistrzostwa były największą sportową imprezą międzywojennej Polski. Wzięło w nich udział blisko 500 sportowców z 14 krajów. Zawody relacjonowało 200 dziennikarzy, z czego niemal połowę stanowili korespondenci zagraniczni. Siedem stacji radiowych przeprowadzało bezpośrednie transmisje z zakopiańskich aren.Mistrzowski rozmachWielkie wrażenie na dziennikarzach z całej Europy zrobił przygotowany przez ówczesnego potentanta polskiej fotografii Franaszka specjalny balon, z którego fotoreporterzy robili zdjęcia. Fotografie były błyskawicznie wywoływane i rozsyłane do redakcji w całej Europie dzięki poczcie ekspresowej. Tak wyglądała praca dziennikarzy„Fotografowie ci wykonują dziennie ok. 600 zdjęć, po czym (...) wybierany jest materiał aktualności prasowych z danego dnia zawodów. Do szybkiego dostarczania zdjęć z terenu zawodów zaangażowani zostali łącznicy narciarscy oraz uruchomiono dwa samochody, które bez straty czasu przywożą fotografie do wywołania do laboratorium” – opisywał „IKC”. „To coś niespotykanego, obsługuję wielkie imprezy od dawna, ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem” – cytowała gazeta jednego z niemieckich korespondentów krakowska gazeta. Nie było mowy o faksie czy internecie. Dziennikarze relacje czytali przez telefon. Poczta Polska przygotowała kilkanaście nowych linii telefonicznych, ale to i tak było za mało. „IKC” zwrócił uwagę na fińskiego korespondenta, który w taki sposób nadawał swój tekst: „gadał strasznie długo prawie dwie godziny. Przez cały ten czas ani raz nie podniósł głosu, ani razu nie zmienił tonacji, nużącym jednostajnym tonem opowiadał o wspaniałym pochodzie Larsa Bergendahla (mistrza świata w biegu na 50 km – przyp. red.), doskonałej formie Jussi Karpllena (mistrza świata w biegu na 18 km – przyp. red.)”.Ucierpieli na tym czytelnicy krakowskiej gazety, bo przez zajęty w nieskończoność aparat telefoniczny, relacja z niedzielnego konkursu skoków ukazała się dopiero we wtorkowej gazecie. „Triumf polskiej organizacji, ale klęska naszych nadziei”To tytuł z „Przeglądu Sportowego” tuż po zakończeniu wieńczącego mistrzostwa konkursu skoków. Ogromne nadzieje wiązano z osobą Stanisława Marusarza. Zakopiańczyk rok wcześniej zdobył w Lahti srebrny medal. Kilkanaście dni przed początkiem mistrzostw Marusarz otrzymał Państwową Nagrodę Sportową za osiągnięcia w 1938 roku. Przyznała mu ją kapituła nadawcza Państwowej Komisji Sportowej, w skład której wchodzili m.in. przedstawiciele PKOl, związków sportowych czy ministerstwa spraw zagranicznych. Nagrodę można porównać z przyznawanym obecnie tytułem Sportowca Roku. Tak nad Marusarzem rozpływał się „Przegląd Sportowy”.Po kilkunastu dniach tak dobrze o nim już nie pisano. Bo w Zakopanem złota nie było, miejsca na podium na też nie. Marusarz zawiódł nadzieje„Polscy skoczkowie nieco rozczarowali. Być może pozostaje to w związku ze znacznymi nadziejami, jakie przywiązywaliśmy do skoków, mając w pamięci zeszłoroczny wynik Stanisława Marusarza, jak również dobre wyniki treningowe Jana Kuli. Stało się inaczej” – opisywał „Kurier Sportowy”. A presja była ogromna. Zainteresowanie również. „Nigdy jeszcze w swej historii nie oglądało Zakopane takich tłumów (...). W niedzielę od godz. 10 rano sunęły sznury aut, dorożek i pieszych na stadion. Jeszcze na godzinę przed rozpoczęciem konkursu stadion był już pełny. Podobno było ponad 25 tysięcy osób” – czytamy w pełnym emocji reportażu „Przeglądu Sportowego”. Tak konkurs skoków relacjonował „Kurier Sportowy”.Polski skoczek dość osobliwie skomentował rywalizację na Krokwi. – Właściwie nie mam nic do powiedzenia. Winien jestem sam, odbiłem się o jakieś dwa metry za wcześnie, a szkoda, bo mogłem wygrać – powiedział krótko i dosadnie. W dalszej części rozmowy z Marusarz dzieli się swoją opinią na temat zawodów, bo sporo kontrowersji wzbudziły oceny sędziowskie. Polak dostał dość niskie noty, z kolei mocno faworyzowany był Bradl kosztem Norwega Birgera Ruuda.Dziennikarze nie przytaczają jednak opinii skoczka. „Spojrzenie zawodnika jest bliższe spojrzeniu widza niż sędziego. W obu wypadkach wspólnym elementem jest czynnik emocjonalny. (...) Dlatego nie możemy niestety przedstawić jego oryginalnej listy sześciu pierwszych zawodników” – moralizował „Przegląd Sportowy”.Nie tylko skokiW Zakopanem rozdano medale w jedenastu dyscyplinach. Żaden z Polaków nie stanął na podium, co już przed rozpoczęciem zawodów wieszczył „Przegląd Sportowy”. W dyscyplinach klasycznych na starcie stanęło trzydziestu Biało-Czerwonych. Za dużo, zdaniem najbardziej opiniotwórczej sportowej gazety w kraju. „Zbyt szczodrą ręką puszczamy na start zawodników, niereprezentujących poważnej klasy (…). Dopiero na liście wyników pokażemy urbi et orbi kilkanaście bezapelacyjnych ostatnich miejsc. Znajdziemy jednak na to radę – po prostu ich nie wydrukujemy” – znalazł rozwiązanie dziennikarz „PS”. Z największą liczbą medali do kraju wróciła III Rzesza, po raz pierwszy w historii wyprzedzając w klasyfikacji medalowej Skandynawów. „Baczne oko fachowca jednak dojrzy, iż wyniki te nie są rezultatem pracy kierownictwa sportu Rzeszy, ale następstwem przyłączenia do Rzeszy krajów byłej Austrii oraz Sudetów (dawniej Czechosłowacja), gdzie sport już stał wysoko i skąd Niemcy dopiero sięgnęli po cenne siły” – celnie zauważył „IKC”.Gratulacje od HitleraWraz z kolejnymi medalami dla III Rzeszy do Zakopanego spływały depesze gratulacyjne od Adolfa Hitlera. Konkurs skoków wygrał Austriak Bradl, z którym po latach spotkał się Wojciech Fortuna, mistrz olimpijski z Sapporo z 1972 roku. Bradl skakał jeszcze po zakończeniu II wojny światowej. Później prowadził bardzo popularny ośrodek narciarski. Tak w autobiografii „Skok do piekła” pisał o nim Fortuna.Czarną legendą owiał się jeden z trenerów polskich narciarzy zjazdowych – Sepp Roehrl. Jak pisał w swojej pracy doktorskiej Maciej Baraniak, „Austriak przybył do Zakopanego w 1937 na zaproszenie PZN, by wziąć udział w slalomie specjalnym, rok później został zaangażowany w charakterze instruktora narciarskiego. W sezonie letnim pracował w Warszawie jako instruktor tenisa”. Trener i agent GestapoW Zakopanem pojawił się ponownie jesienią 1939 roku, już jako agent Gestapo. Tak spotkanie z nim opisywał w książce pt. „Opowieści Tatrzańskich Kurierów” Alfons Filar. „Kiedy las się skończył, dostrzegliśmy kilku narciarzy. Deptali śnieg przygotowując sobie zjazd. Był wśród nich Sepp Roehrl, trener austriacki, którego znaliśmy sprzed wojny. Niedawno dowiedzieliśmy się, że Roehl to agent Gestapo. No cóż, wycofać się już nie było można. Przejeżdżając koło niego dość szybko, powiedziałem: „Serwus”. Zdziwił się pewnie, no bo plecaki i w ogóle tak nagle tu się pokazaliśmy. Ale nie zamierzaliśmy się zatrzymywać ani tym bardziej nawiązywać rozmowy. Szybko zjechaliśmy w dół – opisywał należący do komunistycznej partyzantki Filar. Filarowi się poszczęściło. Ale mający świetne rozeznanie wśród środowiska sportowego trener przyczynił się do aresztowania wielu znanych sportowców czy działaczy w tym m.in. Heleny Marusarzówny i Bronisława Czecha. Czech nie dożył końca wojny. W maju 1940 roku zatrzymało go Gestapo, prawdopodobnie z inspiracji Roehla. Nie godząc się na trenowanie niemieckich narciarzy, trafił do Auschwitz. W obozie koncentracyjnym uczestniczył w ruchu oporu dowodzonym przez Witolda Pileckiego. Zmarł kilka miesięcy przed wyzwoleniem Auschwitz przez Sowietów. Zaangażowana w konspirację Marusarzówna została schwytana przez żandarmerię słowacką podczas przerzucania ludzi i poczty przez granicę. Pomimo wielokrotnych tortur nie zdradziła tajnych informacji. Została rozstrzelana w lipcu lub wrześniu 1941 roku.Powojenne losy Roehla nie są znane.