Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. Raz pan pielęgniarz odmówił mi pobrania krwi ze względu na to, że mam tatuaże. Rzecz kompletnie absurdalna. Co ma piernik do wiatraka? – wyznała w podcaście „Powiem to pierwszy raz” lekarka Anna Łotowska-Ręczmień, anestezjolożka, specjalistka leczenia bólu, prezeska fundacji „Nie musi boleć”. I niech ten konkretny przypadek będzie przyczynkiem do rozmowy o tym, jak na takie sytuacje w ochronie zdrowia reagować. Bo niekoniecznie „zmienimy system” wylewając swoje żale w sieci, czy opiniując lekarzy w popularnych serwisach im poświęconych. Tu trzeba sposobem. Anna Łotowska-Ręczmień w pracy zajmuje się leczeniem bólu. Jest anestezjologiem, jedną z zaledwie czterech osób w Polsce, które mogą się pochwalić prestiżowym dyplomem European Diploma in Pain Medicine (EDPM). Jest ekspertką w swojej dziedzinie, a przy okazji pasjonatką tatuaży. – Mam wytatuowane plecy, brzuch, nogi – mówi otwarcie, a nawet swoje tatuaże pokazuje (odsyłam do podcastu). W nowym odcinku „Powiem to pierwszy raz”, oprócz poważnych tematów dotyczących życia z bólem, ignorowania przez rodziców bólu przewlekłego u dzieci, czy też faktu, jak narodowo nadużywany leków bez recepty, bo nie jesteśmy właściwie „zaopiekowani” z naszymi zdrowotnymi problemami, postanowiłam zadać lekarce pytanie o to, dlaczego właściwie wciąż zdarza się, że pracownicy ochrony zdrowia pozwalają sobie na personalne wycieczki, krytykę tatuaży swoich pacjentów, nawet w sytuacjach dość dla nich stresujących, jak choćby w czasie podawania znieczulenia na sali operacyjnej, czy w czasie pobrań krwi, na które – jak wiadomo – niektórzy reagują nawet omdleniami.Czytaj też: Dzieci potrzebne na już. Film z porodu Andziaks tu nie pomoże Mity dotyczące tatuaży I wtedy, ku mojemu zdziwieniu, lekarka odparła, że ona także ma takie doświadczenia na swoim koncie. Raz, że jeden z jej kolegów po fachu przyznał, że do pewnego momentu myślał stereotypowo, że jak człowiek wytatuowany, to na bank przestępca, a dwa: że „w medycznych głowach dalej funkcjonują mity, że jak igłą się przebija, to się zaciąga tusz do żyły”. – Przypominam, że jeśli mamy tatuaże pod skórą, to krew ma z tym styczność. Jeśli styczność tuszu z krwią miałaby mi coś zrobić, to pewnie by mi już zrobiła – podkreślała lekarka. – W kontekście znieczuleń w „kręgosłup”, czyli podpajęczynówkowego czy zewnątrzoponowego, podobne mity dotyczące zaciągania tuszu do przestrzeni czy zewnątrzoponowej, czy podpajęczynówkowej kręgosłupa, czyli tam, gdzie jest rdzeń kręgowy – dodała, a potem płynnie przeszłą do osobistych doświadczeń właśnie z tatuażami związanych.– Raz pan pielęgniarz odmówił mi pobrania krwi ze względu na to, że mam tatuaże. Rzecz kompletnie absurdalna. Co ma piernik do wiatraka? Z badań naukowych wiemy, że to mity. Pielęgniarz wiedział, że jestem lekarzem, anestezjologiem, sytuacja była specyficzna. Próbowałam wytłumaczyć, pokazać badania, a nawet pokazać miejsca niewytatuowane, z których można mi było tę krew pobrać – relacjonowała lekarka, podkreślając, że mężczyzna mimo wszystko odmówił wykonania tej „procedury”. Lekarka zdecydowała się na interwencję, bo jak mówiła – uważa, że zachowanie pielęgniarza było dyskryminujące. – Napisałam skargę do dyrekcji placówki, Izby Pielęgniarek i Położnych. W medycynie to niedopuszczalne, by nie mieć wiedzy ze swojej dziedziny – dodała. I teraz dochodzimy do sedna sprawy. To dzięki zachowaniu takiemu jak to pani doktor jest szansa na realną zmianę. Pewnie nie całego systemu, do tego potrzebny byłby jakiś cudotwórca, ale może chociaż jednej placówki. Może pielęgniarz się douczy, może jego przełożeni wyciągną wnioski, a nawet konsekwencje. Ale to reakcja i poinformowanie o zdarzeniu odpowiednich osób, może zaowocować czymś dobrym dla pacjentów.Czytaj też: Siedząc na saniach, też można zdobywać szczyty. „Każdy ma swój Everest, a ja mam ich kilka” Pacjenci muszą reagować Dlaczego więc my, pacjenci tak rzadko w ten sposób reagujemy, gdy przytrafi nam się coś, co nigdy nie powinno przytrafić się człowiekowi przychodzącemu po pomoc do lekarza? Dlaczego tak rzadko znajdujemy czas, by jakoś interweniować, by o sprawie opowiedzieć? Dlaczego szybko zapominamy? Nie chodzi o żadną nagonkę na lekarzy, pielęgniarki, system. O szukanie dziury w całym i kwestionowanie ich pracy na każdym kroku. Chodzi o popularny dziś „feedback” w sytuacjach, które naprawdę rażąco naruszają lub łamią nasze pacjenckie prawa. Bo to, że swój żal wylejemy jedynie w sieci, zostawiając krytyczny komentarz na profilu lekarza, nie uzdrowi wciąż toczonej różnymi chorobami ochrony zdrowia.