Leszek Fidusiewicz dla portalu TVP.Info. Nauczyliśmy się z bratem robić zdjęcia, żeby uwieczniać swoje sukcesy sportowe. Te jednak nie przyszły – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info Leszek Fidusiewicz, legendarny fotograf i fotoreporter sportowy. Krzysztof Oliwa, portal TVP.Info: Rozmawiamy przy okazji inauguracji wystawy w Muzeum Niepodległości „Historia żywa – Mistrzowie Fotografii Sportowej”, gdzie możemy oglądać niezwykłe zdjęcia autorstwa pana i Janusza Szewińskiego. Jednym z najbardziej znanych pana zdjęć jest to, gdy wisi pan kilka dobrych pięć metrów nad ziemią.Leszek Fidusiwicz: Nazwałem to zdjęcie „Senne marzenie”. Wielokrotnie śniło mi się, że fotografując zawody sportowe, unoszę się nad obiektem i mogę zrobić zdjęcie sportowcom z góry, dołu czy boku. Dziś te marzenia spełniają dziesiątki kamer czy dronów. W latach 60. nikt nawet o tym nie marzył. Zdjęcie, o którym mówimy, wykonałem w 1967 roku podczas zawodów w Spale. Znaleźliśmy odpowiednie drzewo, na które mogłem się wdrapać, zawisnąć na nim i zrobić zdjęcie. Upadek mógłby być bardzo bolesny.Nie bałem się, choć było to niebezpieczne. Byłem na tyle sprawny, że w razie upadku zrobiłbym półobrót i wylądował na nogach. Brzmi jak kadr z filmów o Jamesie Bondzie, choć jako wieloboista był pan w świetnej formie.– Do tej pory jestem rekordzistą Polski w pięcioboju lekkoatletycznym, który teraz zastąpiony jest siedmiobojem. Gdy byłem zawodnikiem, porównywano mnie z Eugeniuszem Lokajskim, także pięcioboistą oraz fotografem.Czyli strachu nie było?– Na pewno nie. Bałem się tylko podczas stanu wojennego, gdy robiłem zdjęcia z ukrycia, mimo że obowiązywał całkowity zakaz fotografowania. Najbardziej znane zdjęcia zrobiłem 21 września na zamkniętym terenie wojskowym. Wcześniej pożegnałem się z żoną i synem, gdybym wpadł, pewnie wzięliby mnie za szpiega. Znane są też pana fotografie z okresu stanu wojennego robione przez dziurawą siatkę.– W tym przypadku to nie wchodziło w grę. Ujęcia zrobiłem małym aparacikiem Royal 35 mm. Dowiedziałem się później, że korzystają z niego także alpiniści. To mechaniczne urządzenie, które wytrzymuje ekstremalne warunki. Kiedy Leszek Fidusiewicz sportowiec stał się Leszkiem Fidusiewiczem fotografem?– To działo się równolegle. Uprawiałem lekką atletykę razem z bratem. Trenując skok wzwyż, zastanawialiśmy się, jak eliminować błędy i doskonalić technikę. Wpadliśmy na pomysł, żeby robić zdjęcia i analizując je, zastanawiać się, co poprawić. Marzyliśmy też, że później będziemy uwieczniać swoje sukcesy sportowe. Tych jednak nie było zbyt wiele.Rozmawiamy w czasie igrzysk olimpijskich. Pan jako fotograf był na siedmiu takich imprezach. Które z nich zrobiły na Panu największe wrażenie?– Zdecydowanie te w Seulu w 1988 roku. Po raz pierwszy wyjechałem za żelazną kurtynę i zobaczyłem zupełnie inny świat. Polska była szara, tymczasem Korea Południowa pełna kolorów. Który sportowiec najlepiej wychodził na zdjęciach?– Każdy ten, który uzyskuje znakomite wyniki i potrafi się z nich cieszyć. Moim ulubieńcem był Władysław Kozakiewicz. Robiłem zdjęcia, kiedy wywalczył złoto na igrzyskach w Moskwie. To było coś niesamowitego i nie chodzi tylko o to, że pokazał „wała”, tylko że osiągnął coś nieprawdopodobnego.Wciąż jest pan w świetnej formie. Dałby pan radę pojechać na igrzyska jako fotoreporter?– To dla mnie byłoby za dużo. Wyjazd na taką imprezę to trzy tygodnie ciężkiej harówki od rana do nocy. Poza tym w dobie cyfrowych aparatów narobiłbym dziesiątki tysięcy zdjęć i miałbym wielkie trudności, żeby wybrać te najlepsze.