Reportaż Miłki Fijałkowskiej. Reżim, który zabija, aresztuje, torturuje, handluje ciałami i celowo oślepia. Nie może się utrzymać, tu nie chodzi już o reformy, ale o jego koniec – mówią Irańczycy. Ostatnie protesty były największymi od rewolucji islamskiej w 1979 roku i przejęcia władzy przez teokratyczny reżim. Były też najbardziej brutalnie stłumione. Mówi się o dwunastu, a nawet trzydziestu tysiącach zabitych. Na ulice irańskich miast wyszły miliony Iranek i Irańczyków. Wtedy reżim zablokował internet na ponad dwa tygodnie. Kiedy połączenie zaczęło na krótko, wracać udało się z nimi porozmawiać. Dla bezpieczeństwa rozmówców ich prawdziwe imiona zostały zmienione, nie ma też detali, jak nazwy ulic czy szpitali.„W pewnym momencie zaczęli strzelać”W czwartek 8 stycznia Kamran z ponad półmilionowego miasta Arak w środkowym Iranie wyszedł na protest z żoną. Według jego relacji na ulicach była policja, wojsko i Basidżi w cywilu, będący paramilitarną ochotniczą frakcją pod kontrolą Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej, która podlega bezpośrednio Ajatollahowi Chameneiemu. – Strzelali z AK47, ale były też pickupy, na których mieli RPG. Zaczęliśmy uciekać, wszędzie były ranne osoby, krew. Widzieliśmy, jak podjechała ciężarówka i wrzucali na nią ciała zabitych, rannych. Biegliśmy z żoną pięć kilometrów non stop – opowiada. Według jego relacji ciał było tak dużo, że zabrakło miejscach w szpitalnych kostnicach, ale reżim nie chce ich wydawać rodzinom. Każe za nie płacić. – Znajomi pojechali po ciało zabitego członka rodziny. Kazali im zapłacić w przeliczeniu około 3,5 tys. euro, ale najpierw przeszukać worki, by je znaleźć. Ciał były całe stosy, nawet na placu za szpitalem ustawili w kształcie okręgu karetki, a w nim leżały worki – relacjonuje. 6,3 tys. euro za ciałoPodobną historię słyszę od Jaleh. Jest ciocią zabitego 8 stycznia 37-letniego Zahira, z wykształcenia architekta z Teheranu, męża i ojca trzyletniej dziewczynki. Kobieta mieszka w Europie. Zbiera pieniądze na zapłatę za ciało. Kazano rodzinie zapłacić za nie w przeliczeniu na euro 6,3 tys. Poszedł na protest z przyjaciółmi, rodziną. Była z nim także jego matka. Rodzina przez dwa dni nie mogła ustalić, gdzie jest jego ciało. Kiedy je znaleźli, powiedziano, że albo zapłacą, albo muszą podpisać dokumenty, że był policjantem i pracował dla reżimu. Rodzina nie ma takich pieniędzy, ale matka powiedziała, że nigdy nie podpisze oświadczenia, bo on oddał życie za wolność.„Wjeżdżali w tłum, by ranić więcej osób”Kamran mówi, że w Arak w trakcie tych dwóch nocy zabito od jednego do trzech tysięcy osób. Protesty odbyły się też kolejnego dnia wieczorem, ale władze robiły wszystko, żeby ludzi zastraszyć. – Było bardzo dużo służb na ulicach. Strzelali w górę i krzyczeli „zostańcie w domach”, kontrolowali każdego, kto przechodził. Jeździli do szpitali, stamtąd zabierali rannych. Lekarzom grozili śmiercią, jeśli będą leczyć kogokolwiek z protestów – opowiada. Następnego dnia ludzie znów wyszli na ulice i tego dnia także zabijali. Po tych dwóch dniach największych protestów, przez kolejne dni odbywały się masowe aresztowania, bo przeszukiwali kamery z monitoringu miejskiego i robili identyfikacje. 8 stycznia do protestów w Arak dołączyła też 43-letnia Fareh z 14-letnią córką. – Rzucili w naszą stronę gaz łzawiący i wtedy zaczęli strzelać. Upadłam, ludzie zaczęli po mnie deptać, ale ktoś mnie podniósł – wspomina kobieta. Zakryłyśmy twarze. Córka szła z przodu, przewodziła tłumowi. Bardzo się o nią bałam. Starsze kobiety całowały ją w głowę, mówiąc, że jest odważna. Wiedziałam, że jak zaczną strzelać, to będzie pierwsza. Nagle zobaczyliśmy, że w tłumie są tajniacy z krótkofalówkami, którzy podawali snajperom lokalizację osób, do których mają strzelać. To cud, że nie została ranna. Strzelali ludziom w twarz i oczy, krew była wszędzie. Ja dostałam dwa strzały z broni śrutowej. W dłoń i w nadgarstek, kiedy trzymałam rękę w górze. Jeden członek naszej rodzinny, nie mogę ci dokładnie powiedzieć, jak mi bliski, był na proteście z 15-letnim synem. Strzelili mu prosto w serce z karabinu bor. Zmarł w drodze do szpitala, a synowi strzelili w podbródek z broni ze śrutem. Nie mogliśmy go zabrać do szpitala. Lekarz przyjechał do domu. Mnie też opatrywał lekarz w domu – relacjonuje kobieta. Jest roztrzęsiona i słychać, że płacze. – Zabili też moją dalszą kuzynkę. Oni robią z nami tak straszne rzeczy. Znajoma poszła po ciało swojego zabitego dziecka. Powiedzieli do niej: sama je znajdź, ale wywąchaj – relacjonuje, ale dodaje, że bardzo boi się rozmawiać, bo nie ma pewności, że rozmowa nie jest podsłuchiwana. Kilka dni po proteście dostała telefon od służb. – Powiedzieli, że to ostrzeżenie i córka ma przestać angażować się w przygotowanie kolejnych protestów. Wiesz, ludzie boją się nawet iść po ciała, bo boją się aresztowań – mówi i zaczyna jeszcze bardziej płakać. Wtedy kończymy rozmowę.Czytaj też: Tajemnicze zastrzyki. Irański reżim pokątnie zabija demonstrantów„Strzelali w oczy, by oślepić”Reżim nie tylko zabijał, ale robił też to, co w trakcie poprzednich protestów w 2022 roku. Strzelał protestującym w oczy, by ich oślepić. Rozmawiam ze starszym bratem 28-letniego Zohana z Teheranu, który mieszka za granicą. Opowiada, co stało się Zohanowi. 9 stycznia dołączył do demonstrujących z mamą, bratem, kuzynami, szwagrem. Strzelił do niego snajper, który znajdował się na dachu szpitala wojskowego, obok którego przechodzili demonstrujący.Utrata oka przez Zohana to nie odosobniony przypadek. – To celowe działanie służb. To naznacza cię na całe życie, tracisz nie tylko oko, ale i pracę, mogą cię aresztować, jesteś szykanowany, bo to dowód na to, że brałeś udział w proteście – mówi Hossein Noori Nikoo, który stracił oko w trakcie protestów w 2022 roku, które wybuchły po śmierci 22-letniej Jiny Mahsy Amini, aresztowanej i śmiertelnie pobitej za nieprawidłowe zakrycie włosów. Kiedy rozpoczęły się protesty Hossein był pracownikiem administracyjnym w jednym ze szpitali w Teheranie, ale utrata oka sprawiła, że zaangażował się w działalność polityczną. – Jej śmierć była dla nas kolejnym potwierdzeniem, że nasze życie nic dla nich nie znaczy. Chcieliśmy sprawiedliwości – mówi. Kiedy znajdował się wśród tłumu, pojawili się agenci bezpieczeństwa na motorach i zaczęli strzelać. Jeden z nich trafił Hosseina prosto w lewe oko, rozrywając siatkówkę. – Nagle poczułem ogromny ból, twarz zalała się krwią i upadłem. Ludzie zaczęli po mnie deptać. Podniosła mnie obca kobieta i wyprowadziła z tłumu do bocznej ulicy i pomogła schować się pod samochodem. Leżeliśmy tam, dopóki służby nie odjechały. Gdyby nie ona, zabraliby mnie ze sobą – wspomina mężczyzna. Nieznajoma zadzwoniła do obcego mieszkania. Wpuścił ich mężczyzna i pozwolił opatrzeć twarz. W szpitalu, do którego pojechali, nie udało się uzyskać pomocy. – Zobaczyliśmy przed budynkiem mnóstwo służb i policji, przyjechali po rannych. Przed drugim szpitalem było to samo. Dopiero w trzecim zdezynfekowali oko i założyli opatrunek, śrutu nie wyjęli. Powiedzieli „nie ma czasu, uciekaj, zaraz będzie tu policja” – opowiada. Na drugi dzień udało się zorganizować wizytę u lekarza w szpitalu, w którym pracowała jego ciocia. – Zabieg wyjęcia śrutu przeprowadził jeden lekarz, bez znieczulenia, bez asysty, bo zrobił to poza rejestracją. Po miesiącu miałem kolejną operację, ale oka nie udało się uratować. Tym razem w dokumentacji szpitalnej napisano, że doznałem urazu oka w wyniku wypadku, ale wiedziałem, że nie mam już przyszłości – opowiada. Złożył rezygnację z pracy i zajął się działalnością przeciwko reżimowi. Zaczął malować antyreżimowe graffiti i zasłynął strąceniem turbanu z głowy duchownego na ulicy. Jednak duchowny zaczął go gonić i Hossein zgubił kartę do bankomatu, wiedział, że to pozwoli służbom go namierzyć i aresztować. Uciekł do Turcji, a potem do Niemiec. Wzrusza się w trakcie naszej rozmowy, kiedy pytam go o kobietę, która go uratowała. – Nie znam nawet jej imienia. Nie pamiętam, jak wyglądała, bo cały czas miałem zamknięte oczy, krwawiłem. Moja mama mówi, że była jak anioł. Pojawiła się, by mnie uratować i zniknęła, kiedy dotarliśmy do szpitala. Gdyby nie ona, nie byłoby mnie tu – mówi i dodaje: – To reżim, któremu nie można ufać. Teraz mówi, że wstrzymał egzekucje, ale to teatr dla świata i tak zabiją wszystkich. Strzelali do nieuzbrojonych ludzi. Nie ma mowy o zmianach, reformach. Reżim musi odejść – mówi Hossein.Czytaj też: Rzeź w Iranie. Zamordowali tyle osób, że nie mieli jak utylizować zwłokPinokio z jednym okiemPo protestach w 2022 roku Centrum Praw Człowieka Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley zebrało dowody na 120 przypadków osób, które straciły wzrok częściowo lub całkowicie, gdy irańskie służby bezpieczeństwa strzelały do nich z broni palnej, a nawet paintballowej. Śledczy ustalili, że celowo strzelano do protestujących z bliskiej odległości w celu oślepienia. Dowodem na brutalność reżimu jest też Elahe Tavakolian. Straciła oko w tych samych protestach co Hossein. Od tego momentu nie zaprzestaje walki o wolność. Dzień przed naszą rozmową ma wystąpienie w Parlamencie Europejskim. Po tym, jak straciła oko, straciła też pracę i musiała uciekać z kraju. – Po dwóch tygodniach blackoutu, udało mi się porozmawiać ze znajomymi z Iranu. Nie ma rodziny, w której ktoś nie zostałby zabity, ranny lub aresztowany. Ludzie byli zabijani nawet w szpitalach, gdzie policja wchodziła po protestach, szukając demonstrantów. Usłyszałam też tak wiele historii o osobach, które straciły wzrok – mówi. „Krwawiłam, a część oka wypłynęła”– Po śmierci Mahsy Amini wyszłam na ulicę, by pokazać, że nie zgadzam się na to. Wyszłam na ulice po swoje podstawowe prawa. Byłam na proteście z siostrą i swoimi 10-letnimi wówczas bliźniakami. Pamiętam, jak – zanim zostałam ranna – mówiłam im o naszych prawach, że nie możemy milczeć. Nie przypuszczaliśmy, że będą do nas strzelać. Dwóch 16-latków chciało porwać baner Chamaneiego. Postrzelili ich, jeden upadł na ziemię, drugi ranny wycofał się. Podbiegliśmy, żeby ratować tego leżącego, wtedy dostałam ja. On był jakieś 20 metrów ode mnie. Upadałam, usłyszałam płacz moich dzieci. Krzyczały „zabiłeś moją mamę”. Do tej pory słyszę ten krzyk. Krwawiłam, a część oka wypłynęła. Ludzie podbiegli, przemywali mi twarz wodą. Wtedy trzech mężczyzn chciało mnie zabrać, mówili, że do karetki, ale to były służby. Ludzie im nie pozwolili. Jakieś małżeństwo zawiozło mnie do szpitala – wspomina Elahe. Tak jak w przypadku Hosseina, uzyskanie pomocy lekarskiej w szpitalu było niebezpieczne. Jednak dostała zapaści i zaczęto ją reanimować. W tym momencie do szpitala przyjechała policja, by aresztować demonstrantów. – Wszystkich ze sobą zabrali, ale kiedy zobaczyli, że mnie reanimują, powiedzieli, że i tak umrę, i mnie zostawili – opowiada. Elaha miała jeszcze dwie operacje w innym mieście, a po trzech miesiącach kolejną, która się nie udała. Na protesty wróciła jednak po 2,5 tygodniach. – Kiedy zostałam postrzelona, wiedziałam już, że nie ma odwrotu, że będę walczyć do końca – wspomina. Jednak po powrocie do pracy spotkały ją szykany. – Powiedzieli, żeby wróciła na ulicę, jeśli tak bardzo chcę swoich praw – mówi. Pracowała jako menadżerka w firmie, planował zrobić doktorat. – Kiedy tracisz wzrok, skazują cię nie tylko na życie w ciemności, ale tracisz w tym kraju przyszłość, bo wszyscy wiedzą, że byłeś na protestach. Nie miałam pracy, nie miałam na leczenie, rachunki, sprzedałam nawet wszystkie swoje meble. Nie wydali mi nawet dyplomu magistra z uczelni, a potem ciągle zaczęli mnie wzywać do sądu na jakieś wyjaśnienia, aż w końcu dostałam decyzję z sądu, że za pięć dni mam się tam stawić. Wiedziałam, że wtedy mnie aresztują – opowiada.Zdecydowała się wyjechać z kraju, najpierw do Turcji, a potem do Włoch, gdzie poznana wcześniej dziennikarka zorganizowała dla niej pomoc. Przeszła czwartą operację oka, usunęli je razem ze śrutem. Jej dzieci zostały z ojcem w Iranie.