Sytuacja w Polsce 2050. Przewodniczącą Polski 2050 została Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Szymon Hołownia wycofał się już pół roku temu, skoro jednak wygrała jego faworytka, być może nie odejdzie z partii i nie będzie ryzykował stanowiska wicemarszałka. Ale prawdopodobne jest odejście posłów Pełczyńskiej-Nałęcz niechętnych. Miesiące temu odeszły osoby, które tę partię budowały od początku. W wyniku skandali z wyciekami wewnętrznych rozmów brakuje zaufania. Charakter partii zmieni się definitywnie, nawet jeśli część jej nazwy pozostanie. To koniec. Rozpad Polski 2050 budzi jednak wesołość, którą próbuję zrozumieć. Polska 2050 współtworzy koalicję, bez której władzę przejmie antydemokratyczna prawica. Skąd zatem ta wesołość? I ledwo skrywana satysfakcja? Dlaczego o Polsce 2050 mówi się „partia mem” albo „partia cyrk”? Dlaczego drażni i irytuje?Dawni działacze krytykują i broniąRozmawiałam z byłymi już współpracownikami Polski 2050, zaangażowanymi w budowę partii Szymona Hołowni. Nikt nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Wycofali się, zajęli czym innym, ale to, co dzieje się teraz z partią, wywołuje w nich emocje. Gdyby brali udział w wyborach, każde z nich poparłoby inną kandydatkę.Usłyszałam: – Szymon Hołownia poszedł na Woodstock, zrekrutował do swojej partii dzieci kwiaty, a potem zaczął od nich oczekiwać, że będą milczeć i wykonywać rozkazy.– Hołownia chciał wprowadzić zarządzanie „bursztynowe”, a potrzebne jest „turkusowe”.– Szymon Hołownia słuchał tylko tych, z którymi się zgadzał. Trudno było na niego wpłynąć.– Nie budowaliśmy struktur, bo cała partia pracowała na Szymona Hołownię.– Na pewno były popełnione błędy zarządcze. Brakowało doświadczenia i środków finansowych.Więcej jednak słów padło w obronie Polski 2050. - Mówi się, że w ogniu hartuje się stal, ale nieprzychylność mediów, bezwzględna krytyka, kreowanie zupełnie niesprawiedliwego wizerunku, niszczy tę partię, podkopuje zaufanie jej wyborców i jej koalicjantów – słyszę.– Nie, Polska 2050 nigdy nie chciała wejść w koalicję z PiS-em, to pomówienia. Nie, Szymon Hołownia nie przejdzie do Kaczyńskiego.– Każdy polityk z czasem dorabia się elektoratu negatywnego, popełnia błędy, jednym te błędy są wybaczane, innym nie.– Szymon Hołownia był w 2020 roku o krok od wyboru prezydenckiego, gdyby Platforma nie dogadała się z PiS-em i nie wymieniła kandydata w sposób, który urąga wszelkim standardom konstytucyjnym, to w drugiej turze prawdopodobnie wygrałby z Andrzejem Dudą.– W 2023 roku dzięki temu, że Hołownia postanowił pójść oddzielnie od Donalda Tuska, był w stanie przejąć w ostatnim miesiącu przed wyborami poparcie, które inaczej dostałaby Konfederacja. Trzecia Droga nie weszła do Sejmu, tylko dlatego, że Donald Tusk, powiedział: „no dobrze”, Polska 2050 miała swoich wyborców, których KO nie potrafi zmobilizować.– Lata 2020-2024 dowiodły wielkiej oddolnej siły stowarzyszenia i partii, która przetrwała poza parlamentem, w bardzo trudnych okolicznościach.– Tylko w Polsce 2050 jest prawdziwa demokracja, bo dopiero wybory rozstrzygają o tym, kto wygrywa.– Ta koalicja jest zbudowana na absolutnej dominacji jednej partii i jednego człowieka.– Pani minister Pełczyńska-Nałęcz publicznie mówi, że nie jest w stanie od dwóch miesięcy się spotkać z premierem, a została delegowana przez swoją partię na stanowisko wicepremierki. To jest upokarzające. Ale to dobry przykład, w dodatku znany publicznie, sposobu, w jaki w tej koalicji sprawowana jest władza.– Mniejszy koalicjant „zbiera bęcki” za wszystko, co rząd robi, a owoce jego sukcesów pożera większy koalicjant.– Zasób ludzi w kraju, którzy chcą działać politycznie, jest ograniczony w miastach powiatowych i w gminach. Trudno budować coś nowego pomiędzy czterema wielkimi strukturami partyjnymi.Czytaj też: Polityka stadionowa z silnym rysem bandyckimDla apolitycznych władza jest problematycznaSzymon Hołownia obiecał inną politykę w specyficznej sytuacji. Donalda Tuska akurat nie było, PO słabło. PiS dokonywał zamachu na ustrój demokratyczny, ale wielu wyborców, na co dzień nie bardzo zajętych polityką, mających do niej stosunek niechętny, jeszcze tego nie widziało. To był czas, kiedy nawet największe partie często ukrywały swoje partyjne loga, próbowały udawać ruchy społeczne, bo wyborcom polityka kojarzyła się źle. Z korupcją, bezczelnością, nieuczciwością, kolesiostwem, oraz ze zblatowaniem elit, które zajmowały się tylko sobą, ale nie dawały wyborcom realnej alternatywy.Porządek III RP został tak zorganizowani, że ludzie aktywni, którzy polityką się brzydzili, szli do organizacji pozarządowych. Między politykami i aktywistami rósł mur braku zaufania z jednej i lekceważenia z drugiej.Szymon Hołownia próbował zrobić na raz dwie rzeczy: przełamać polaryzację i pokazać, że można politykę robić inaczej, można być uczciwym, że polityka to nie obsadzanie wszystkich możliwych stanowisk „swoimi”, że można być w rządzie, ale jakby lekko i zwiewnie unosić się ponad, nie brukając się władzą.Chciał zostać prezydentem, bo prezydent zdaje się być ponad, może godzić zwaśnione strony, może z góry grozić palcem i moralizować. Chciał być sprawcą zgody narodowej. Dlatego sięgnął po ludzi podobnych do niego, chcących dobrze, chcących pomagać sobie nawzajem, sprzątać lasy, oczekujących od polityków niebezpardonowej walki o władzę, ale racjonalnych rozwiązań, poprawiających życie.W strukturach Polski 2050 jest 800 osób, w wyborach wzięło udział 600, wokół Szymona Hołowni, wśród najbliższych doradców byli ludzie, którzy sami nigdy się do partii nie zapisali, bo bliższy był im aktywizm, a polityka była problematyczna. To może wydawać się zabawne, ale nie jest.Podobnie jak postawa Szymona Hołowni, który widocznie miał misję, uważał, że chce dobrze i, że w związku z tym inni powinni mu pomóc. Zdziwił się. Trafił na polityków, którzy nie brzydzą się władzą tylko jej pragną.Próbował w związku z tym Hołownia dopasować się do tej gry, w którą grała większość – bezskutecznie. Po pierwsze, tak jak mówili moi rozmówcy, trudno zrobić wojsko z dzieci-kwiatów. Po półrocznej nieobecności w mediach pojawił się w Polsacie i TVN, gdzie uskarżał się na „demokrację szlachecką”, na którą się natknął, kiedy po dłuższym czasie bezhołowia omen nomen, próbował tupnąć i zrobić porządek.Po drugie sam wciąż nie potrafi się zdecydować. W tych samych wywiadach, w których narzekał na demokrację szlachecką zarzekał się, że nie chodzi mu o władzę. Tak się nie da.Nie da się robić polityki pół metra nad ziemią, w kokonie i rękawiczkach. W sytuacji skrajnej polaryzacji nie da się prowadzić ekumenicznej polityki i po prostu pogadać sobie z Bielanem na Mokotowie w środku nocy. Nie da się, będąc lisem wejść między dwa walczące ze sobą lwy i próbować je oczarować.Podejrzewam, że to właśnie budzi wesołość. Nierozpoznanie sytuacji, udawana, albo faktyczna, ale nieprzystająca niewinność i naiwność. Śmiech zazwyczaj pojawia się wtedy, kiedy przekraczane są reguły powszechnie przyjętej gry. Tak jest i teraz. Co jest tym silniejsze, że polityka stała się niekończącym się spektaklem. Protagonista samotny, niezdarny, popełniający raz za razem gafy, których nie rozumie – śmieszy. Chociaż wykruszanie się koalicjantów w obecnej sytuacji jest raczej straszne niż śmieszne.Ta „inna polityka” w tych warunkach nie jest możliwa. Dlatego to już koniec Polski 2050 Szymona Hołowni. Czy jednak inna polityka w ogóle jest niemożliwa? Niekoniecznie, choć okoliczności do zmiany pojawią się raczej nieprędko.Czytaj też: Uściśnięcie ręki „Dragonowi” to nie przypadek, a akt politycznyLwy i lisyVilfredo Pareto, włoski socjolog i ekonomista ponad sto lat temu zauważył, że style sprawowania władzy cyrkulują. Stosując jego terminologię, można powiedzieć, że II wojna była ostateczną kompromitacją rządów „lwów”, a po nich przyszły „lisy”, którym Zachodnia Europa zawdzięcza państwa opiekuńcze. Ich koniec ogłosiło nadejście Margaret Thatcher.W Polsce czas „lisów”, które używają więcej intryg, więcej dyplomacji, ale mniej przemocy niż „lwy” pozwoliły Polsce przejść bezkrwawo przez czas transformacji ustrojowej. Skompromitowane nietrwałością tworzonych rządów i korupcją zostały zastąpione przez lwy. W wyniku stylu wykonywania przez nie władzy rosła polaryzacja.Wtedy wielu obserwatorów sceny politycznej uważało, że dwupartyjność ma wiele zalet. Wskazywali na USA i Wielką Brytanię, przekonując, że kiedy dominują dwie partie nie ma bałaganu, wiadomo, kto jest za co odpowiedzialny, a proces decyzyjny przebiega szybciej.Ten schemat może przez jakiś czas działać, pod jednym warunkiem: obie główne partie grają w tę samą grę. Wtedy elity władzy, owszem, chronią się nawzajem, przymykają oko na wykroczenia oponentów, bo i sami nie chcą być rozliczani bezwzględnie, ale nie naruszają konsensusu ustrojowego. Mają własne interesy, muszą oczywiście zaspokoić oczekiwania w pierwszym rzędzie swoich działaczy, a w trzecim wyborców, ale nie zmieniają kierunku, w którym płynie nawa państwowa.PiS naruszył ten warunek, dokonując zamachu na kluczowe dla istnienia demokracji instytucje, co – jak się mogło wtedy wydawać – skompromituje nie tylko PiS, ale i polaryzację. Tak się nie stało, bo styl rządów Donalda Tuska jest bezwzględnie lwi. Choć to koalicja 15 października odsunęła od Polski widmo ostatecznego osunięcia się w autorytaryzm, styl rządów się nie zmienił. Odwrotnie, przykład Donalda Tuska sprawił, że nawet Lewica porzuciła pozory pluralizmu, czy genderowego balansu – nie ma już trzech przywódców, nie ma współprzewodniczących. Włodzimierz Czarzasty przedzierzgnął się w lwa.Szymonowi Hołowni i innym politykom, którzy mają dość polaryzacji, nie pozostaje nic innego jak czekać, aż ten styl władzy znudzi się i skompromituje.