Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. W czasie finału WOŚP w moim rodzinnym mieście podszedł do mnie – zupełnie przez przypadek, po prostu wrzucał pieniądze do puszki mojego dziecka – miejscowy lekarz ginekolog-położnik. Zupełnie nie znałam człowieka, ale sympatyczny mężczyzna zaczął nam opowiadać o tym, jak właśnie zamknięto mu oddział położniczy, że została sama ginekologia, bo kiedy on zaczynał pracę w mieście, rodziło się sześć tysięcy dzieci rocznie, a dziś już… niecały tysiąc. Pomyślałam, że nic lepiej nie obrazuje demograficznej zapaści, o której mówi się od dawna, jak właśnie te częstochowskie statystyki. Sprawdziłam nawet oficjalne dane Urzędu Stanu Cywilnego, który informował o 987 urodzonych dzieciach w 2025 roku.– Rok wcześniej, w 2024 roku była to liczba 1189. Notujemy mniej więcej o 200 urodzeń mniej co roku. Taka tendencja będzie się utrzymywała – uzupełniał tę informację w lokalnym Radiu Jura Rafał Bednarz, kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Częstochowie. Pewnie do tych liczb można byłoby dodać jeszcze kilkadziesiąt, może sto porodów, które mogłyby się odbyć w Częstochowie, ale zła sława miejscowych porodówek (a dziś już chyba jednej) sprawiła, że kobiety wybrały szpitale w ościennych miastach.Te częstochowskie problemy, w połączeniu z informacjami o 18 zamkniętych w całej Polsce, w ciągu miesiąca, porodówkach, faktycznie nie pozostawiają złudzeń. Jest fatalnie. Do tego – a wystarczy porozmawiać z nauczycielami – także środowisko pedagogów drży ze strachu o swoją przyszłość. We wspomnianej wcześniej Częstochowie już „łączy się” placówki oświatowe w „zespoły”, w sumie ma powstać takich 11. Chodzi o to, by jedna administracja takiego „zespołu” zarządzała połączonym tworem, czyli szkołą i np. dwoma pobliskimi przedszkolami. Nauczyciele podobno dość rozpaczliwie zaczynają szukać opcji przebranżowienia, a przynajmniej pewnej dywersyfikacji zarobków. Choć w mojej opinii za moment zawód stanie się już tak niepopularny i nieprzyszłościowy (choć w sumie nie wiem, czy może się taki stać „jeszcze bardziej”), że zostaną w nim już albo prawdziwi zapaleńcy, zdeterminowani do trwania mimo gasnących możliwości, albo ci, którzy nie znaleźli na siebie lepszego pomysłu. Ta druga opcja też nie napawa optymizmem.Czytaj też: Siedząc na saniach, też można zdobywać szczyty. „Każdy ma swój Everest, a ja mam ich kilka”Poród influencerkiI mniej więcej w tym samym czasie, równolegle do ogólnonarodowej dyskusji o tym, jak jest źle i jak z zapaścią demograficzną walczyć, wchodzi na porodówkę influencerka z gigantycznymi zasięgami (1,5 miliona obserwujących na samym Instagramie, oraz 1,25 mln na YouTube). I pokazuje, jak wyglądał jej poród w prywatnej klinice, i że – co w dziesiątkach komentarzy podnosiły fanki celebrytki – że nie musi wcale oznaczać traumy, że potrzebowały czegoś takiego, by zdecydować się na dziecko, bo nigdy nie rodziły, a taki poród jest super cool. Że dotychczas były bombardowane tylko przekazami o ekstremalnie ciężkich porodach, a tu był błyszczyk na ustach, zatroskane położne, przestrzeń na żarty, znieczulenie podane w porę i miarowy oddech zamiast krzyków wniebogłosy.Wszystko wygląda, jak z filmu, bo wiadomo, każda kobieta chciałaby rodzić w takich warunkach. W prywatnym apartamencie, z personelem medycznym na wyłączność, z sushi po porodzie zamiast kilku pajd najtańszego chleba posmarowanych łyżeczką pasty jajecznej.Ale spójrzmy prawdzie w oczy, ile Polek może tak rodzić? Ilu kobiet nie obchodzą mrożące krew w żyłach doniesienia medialne o kolejnych zamykanych porodówkach i – w razie czego – konieczności rodzenia na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych? O lekarzach i położnych, którzy wciąż powinni odrabiać lekcję z empatii? O śmiertelnych wypadkach w renomowanych stołecznych szpitalach położniczych?Przeczytałam gdzieś nawet, że taki medialny poród Andziaks (póki co doczekał się prawie dwumilionowej widowni) może być remedium na demograficzną zapaść. No nie proszę państwa, on jest jedynie czysto biznesowym krokiem influencerki, której problemy zwykłych śmiertelników nie dotyczą (bo której młodej matce ojciec dziecka w podzięce za potomstwo kupuje torebki za 50 tysięcy złotych, a starszemu rodzeństwu najnowszego iPhone, którego miał w „prezencie” przynieść nowo narodzony brat?).Tak to my z problemem dzietności w Polsce sobie nie poradzimy.Pora, by ludzie, którzy mają realny wpływ na kształtowanie polityki demograficznej, zabrali się za to na poważnie. Bo jest później i gorzej, niż mogłoby się wydawać.Czytaj też: Karolak z piwem, dzieci z szampanem. Kiedy to się skończy?