Felieton dziennikarza TVP Info. Polska skuta silnym mrozem. Zima jak ta przed laty, ale świat bardziej niespokojny. Polska również. Czas podsumować kolejny tydzień – bardzo subiektywnie. W natłoku jednoznacznie złych wiadomości, negatywnych komentarzy i wypowiedzi pełnych trucizny, wreszcie mamy coś jednoznacznie pozytywnego. Wprawdzie nie wszyscy tak uważają, ale Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to znów sukces Polaków, dowód na to, że jest w nas dobro i olbrzymia chęć napawania się radością i pomocą innym. Rzuciliśmy się na ten finał, jakbyśmy byli wygłodniali uśmiechu i czegoś, co daje poczucie spokoju i nadziei na lepsze jutro. Bo chyba jesteśmy na takim głodzie. Świat nas nie rozpieszcza. Świat nas katuje niepokojem. Kiedy więc mamy taki dzień jak ten, chcemy się nim najeść, bo wiemy, że kiedy on minie, znów ugrzęźniemy w politycznym błocie i strachu o jutro. Znów padnie rekord. Ostateczny wynik zostanie podany dopiero w marcu, ale skoro w dniu finału deklarowana kwota przekroczyła liczbę sprzed roku, można się spodziewać rekordu także za kilka tygodni. I niech nam nie psuje tego obrazu hejt na Owsiaka, niechęć do wpłacania na WOŚP czy zawiść niektórych środowisk. Uczestniczenie w tej akcji nie jest obowiązkowe, jest zwyczajnie dobre, bo efekty w postaci sprzętu są dowodem na jej sens. Jeśli ktoś w to dobro nie chce wejść, to jego sprawa. Można bowiem nie lubić Owsiaka, jego sposobu bycia, wypowiadania się i mocnego charakteru, ale sprzęt nie jest umieszczany w szpitalach z jego podobizną. Ma jedynie naklejone serce, które jest sercem Polaków. A Polacy potrafią serce okazać. Nigdy nie zapomnę zdjęcia wykonanego na dworcu w Przemyślu, na którym widać było dziecięce wózki pozostawione dla matek uciekających z Ukrainy z małymi dziećmi. *„Good Job, ICE” – postanowił napisać w mediach społecznościowych Dominik Tarczyński, europoseł Prawa i Sprawiedliwości. Poparł go w tym wpisie Dariusz Matecki, poseł tej samej partii. I zapewne jeszcze kilku innych chciało poprzeć, ale się powstrzymało. Ta „dobra robota” to według panów polityków zastrzelenie Alexa Prettiego. Dobrą robotą można określić zastrzelenie Osamy Bin Ladena, a nie człowieka, który stanął na ulicy w obronie rzuconej na ziemię kobiety i którego próbowało obezwładnić co najmniej kilku funkcjonariuszy. Miał broń? Tak, miał broń, ale nie zamierzał jej użyć, nie wyjął zza paska. Jeśli państwo z taką radością przyznaje obywatelom prawo do noszenia broni, to musi się liczyć z konsekwencjami takimi jak to, że obywatel tę broń będzie nosił.Prawicowe media nagłaśniają protest, w którym uczestniczył Alex Pretti jedenaście dni wcześniej. Był aktywny, dewastował także samochód. Tak, zrobił to. Zasłużył na aresztowanie i karę adekwatną do czynu. Czy taką karą jest śmierć? Samosąd? Posłowie Tarczyński i Matecki chwalą skuteczność ICE w sytuacji, w której była zupełnie nieskuteczna. Nie poradziła sobie z jednym człowiekiem, strzeliła, kiedy Pretti nie miał już broni, a pięciokrotnie – kiedy mężczyzna leżał nieruchomo. Pomoc medyczna została wezwana dopiero po minucie. Czy to jest skuteczność? ICE istnieje w USA od czasu ataku na World Trade Center 11 września 2001 roku. „Deklarowaną misją ICE jest ochrona Stanów Zjednoczonych przed przestępczością transgraniczną i nielegalną imigracją zagrażającą bezpieczeństwu narodowemu” – tak można przeczytać po prostym wpisaniu ICE w wyszukiwarkę internetową. Cel zatem ta agencja ma jasny, metody uległy znacznej dewastacji, bo do momentu objęcia władzy przez Donalda Trumpa kłopotów z funkcjonowaniem ICE nie było. I tu dochodzimy do sedna, któremu na imię i nazwisko: Donald Trump. To jego podejście do władzy, do zarządzania państwem jest winne tej sytuacji. I to on namaścił Grega Bovino noszącego płaszcz à la gestapo. Nie, płaszcz nie jest istotny i decydujący w ocenie człowieka, ale kiedy robi się to, co robił Bovino, skojarzenie jest naturalne. I wracając do „Good Job, ICE”. Są jednak granice lizusostwa politycznego wobec Trumpa. I ciekaw jestem, czy dziś w polskim Sejmie tak głośno i energicznie skandowano by nazwisko Trumpa jak po jego zwycięstwie w wyborach prezydenckich. *To dobre miejsce w tekście, by wspomnieć o rocznicy wyzwolenia niemieckiego, nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Bo – jak powiedział kilka lat temu Marian Turski – „Auschwitz nie spadło z nieba”. Proces ten rozpoczął się od drobnych form prześladowań, dyskryminacji i dehumanizacji grup uznanych za wrogie. Takie zjawiska nasiliły się w ostatnim czasie, o czym poniekąd stanowi poprzednia część tego tekstu.Od wyzwolenia minęło 81 lat. Dziś już prawie nikt nie pamięta, dlaczego doszło do masowej zagłady. A może inaczej: pamięć to po prostu za mało. Potrzebna jest świadomość i wiedza, dlaczego do tego doszło i jak się zaczęło. Jesteśmy w tak dramatycznej sytuacji, że potrzebna jest też wiedza, że w ogóle do tego doszło. Są bowiem jednostki, które negują holokaust i zdobywają wielu zwolenników tej tezy. A przecież zbyt wiele jest świadectw ocalonych, zbyt wiele dokumentów i opracowań, by podważać. Negowanie to wyraz złej woli lub próba wzbudzenia emocji, potrzeba bycia kontrowersyjnym, a co za tym idzie zauważonym. *W Polsce 2050 nadal nie wiedzą, co począć. Głównie z Szymonem Hołownią. Wrócił do gry, ale wtedy dowiedział się, że mało kto w tym ugrupowaniu jego powrotu chce. Także sondaże przeprowadzone wśród wyborców sugerują byłemu marszałkowi sejmu odejście. To zapewne kłóci się z wizją Hołowni, w której widzi on siebie jako zbawcę. Słychać to w jego słowach i widać w gestach, języku ciała. Choć podczas rozmów telewizyjnych można dostrzec także napięcie. Szybkie sięgnięcie po szklankę wody tuż po zejściu z anteny może na to wskazywać. Szymon Hołownia ma o sobie wysokie mniemanie. To nie jest wada, w polityce nawet może być zaletą, ale Hołownia idzie w tym dalej. Twierdząc, że bez niego Polska 2050 nie ma szans na przetrwanie, przekracza granice miłości własnej. Nie dociera do niego, że walnie przyczynił się do spadku poparcia swojej partii, choćby uczestnicząc w spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana. I nie rozumie, że niefortunne było nie samo spotkanie, a jedynie miejsce, pora i tajemniczość tego spotkania. W jednej z rozmów pyta dziennikarkę, czy to źle, że jako marszałek chciał rozmawiać ze wszystkimi? Otóż nie. To nawet bardzo dobrze, ale nie tam, nie wtedy i przede wszystkim nie po kryjomu. Zwłaszcza z prezesem PiS, w dobie takich starć politycznych, jakich sam Hołownia jest uczestnikiem jako członek koalicji rządzącej. Sądziłem, że to jasne.*Znów w tym tygodniu mieliśmy w serwisach informacyjnych kronikę kryminalną. I po raz kolejny sprawcą jest funkcjonariusz służb mundurowych. Rzucił się z nożem na swoją rodzinę, zabił 4-letnią córkę, zranił żonę i teściową. Sprawa jest badana, a z każdym dniem pojawiają się nowe informacje przybliżające motywy tej zbrodni, choć wytłumaczyć jej się nie da. W ubiegłym roku w Prusicach podobnego czynu dopuścił się funkcjonariusz służby więziennej. W tej samej miejscowości zresztą dwadzieścia lat wcześniej doszło do morderstwa, którego dokonał strażnik graniczny. To są sytuacje, które powinny dać do myślenia tym, którzy odpowiadają za stan psychiczny członków służb. Wyżej w tekście mowa była o skuteczności (chodziło o ICE). Taką skuteczność pokazali kontrterroryści, wyprowadzając człowieka, który zabił dwie osoby, po czym zabarykadował się w domu na warszawskim Targówku.Jeśli do tego dołożymy wyrok, jaki w tym tygodniu zapadł na mordercę własnego, siedmiomiesięcznego dziecka – 26 lat więzienia – to obraz ostatnich dni wydaje się czarny. Zatrważająco często ofiarami tych tragedii są dzieci. *Wprawdzie to Subiektywny TYDZIEŃ, ale ostatnich kilka tygodni upłynęło mi po części pod znakiem Nieba. To Zbór Leczenia Duchem Świętym powstały na początku lat dziewięćdziesiątych. Sekta założona przez Bogdana Kacmajora, który twierdził, że w wyniku objawienia posiadł dary jasnowidztwa i leczenia przez dotyk. Grupa, która czciła Jezusa, jednocześnie nie uznając reguł dzisiejszego świata, a której guru był Kacmajor, po pewnym czasie przepełniła się przemocą i fanatyzmem. Jej członkiem przez pięć lat był niejaki Sebastian Keller, który cały swój pobyt opisał w książce. Ta z kolei stała się podstawą serialu „Niebo. Rok w piekle”. Historia nakręcona perfekcyjnie, z każdym odcinkiem poziom emocji szybuje niezwykle wysoko i wywołuje szybsze bicie serca. I rodzi refleksję, jak łatwo takim ludziom jak Kacmajor było i jest manipulować ludźmi, którzy szukają swojego miejsca w świecie i czują się zagubieni. Reżyseria: Bartosz Blaschke. W rolach głównych: Tomasz Kot, Magdalena Różdżka, Stanisław Linowski i Zofia Jastrzębska. Książka Sebastiana Kellera ukazała się w 2011 roku, tuż po jej wydaniu autor zniknął, nie chcąc więcej wracać do tamtego czasu, ale wcześniej musiał szukać pomocy, między innymi w Punkcie Informacyjnym o Sektach czy Nowych Ruchach Religijnych. Spotykał się też z duchownym i egzorcystą. *Zakończone ferie były okazją do wizyty w kinie. Obecność dzieci determinuje wybór sensu, ale przyznaję, że jako dorosły twierdzę, że niektóre filmy animowane są arcydziełami. Głównie dzięki dialogom i dubbingowi. „Zwierzogród 2” jest kolejnym dowodem na to, że kluczem do sukcesu jest tłumaczenie nie tyle na język polski, ale przede wszystkim na polskie realia. Polscy tłumacze „Shreka”, „Zaplątanych” czy „Misji Kleopatra” są geniuszami. Równie ciepłe słowa ślę do aktorów użyczających swoich głosów bajkowym postaciom.A „Zwierzogród 2” równie brawurowy co pierwszy. Ciąg dalszy nastąpi za tydzień