Krytycy nie wróżyli sukcesu. Pierwsze recenzje nie były zbyt przychylne. To, co wymyślili Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa, łamało wszelkie standardy. Na scenie pojawili się amatorzy, bez dyplomów, pościągani z całej Polski. – Mało kto wierzył, że nam się uda, snuto perspektywy, że może jak ze sto razy zagramy, to będzie „wow” – mówił Janusz Józefowicz, reżyser. 35 lat temu odbyła się premiera – granego do dziś – musicalu „Metro”. Był 30 stycznia 1991 roku. To właśnie wtedy widzowie zgromadzeni w Teatrze Dramatycznym w Warszawie zobaczyli i usłyszeli po raz pierwszy nieznanych im do tej pory młodych wykonawców. Byli to m.in. Robert Janowski, Katarzyna Groniec, Edyta Górniak czy Barbara Melzer.Janusz Józefowicz o premierze musicalu „Metro”: Nie byłem na nią gotowySpektakl miał zacząć się o godzinie 19:00, ale jego reżyser Janusz Józefowicz, jak przyznawał po latach, nie był na to gotowy. – Ktoś podszedł i powiedział, że jest już siódma i czas zaczynać, odpowiedziałem, że co z tego. Wtedy zaczęło się to, co trwa do dziś – rzadko zdarza mi się, żebym kończył pracę nad spektaklem w dniu premiery. Robię to tak długo, aż uznam, że to jest to, że nic więcej już nie da się zmienić – mówił w rozmowie z TVP.info.Przyznał, że premiera „nie była mu po drodze”. – Jeszcze coś chciałem, tym bardziej że wszyscy się uczyliśmy, zaczynaliśmy od zera, chciało się podnieść tę poprzeczkę jak najwyżej, choć wiadomo, że nie do końca było to możliwe. Zresztą premiera „Metra” była pewnym etapem pracy nad spektaklem. Zaraz po zaczęła się praca z drugą obsadą, próbami do amerykańskiej wersji. Polska premiera była tylko krótkim przystankiem w tej naszej wieloletniej pracy – wspominał reżyser pierwszego polskiego musicalu lat 90.„Metro” kończy 35 lat. Jak wyglądały początki pracy nad musicalem?Libretto oraz połowa tekstów piosenek do musicalu „Metro” wyszły spod pióra Agaty i Maryny Miklaszewskich.– Nie tworzyłyśmy z myślą o musicalu, bo ta forma była wtedy jeszcze nieznana. Myślałyśmy raczej o jakimś widowisku muzycznym. Nasza przyjaciółka Zuzanna Łapicka zaniosła to do Teatru Rampa i pokazała Andrzejowi Strzeleckiemu, który był ówczesnym dyrektorem. Janusz Józefowicz pracował tam wtedy jako choreograf i miał wreszcie zadebiutować jako reżyser. Gdy zobaczył, co napisałyśmy, od razu powiedział, że to rezerwuje i będzie to jego debiut. Minął rok, debiutu nadal nie było, ale pojawił się producent, który obejrzał w telewizji przygotowane przez Józefowicza widowisko. Znalazł reżysera i powiedział mu, że gdyby miał jakieś marzenia i plany do zrealizowania, to on chętnie mu w tym pomoże – wspominała w książce Marcina Kydryńskiego „Metro na Broadwayu” Maryna Miklaszewska.Początkowo Janusz Józefowicz zaproponował współpracę Przemysławowi Gintrowskiemu. To on miał być twórcą muzyki do spektaklu. Panowie się jednak nie dogadali i wtedy Józefowicz zaproponował współpracę Januszowi Stokłosie.Czytaj też: Lady Gaga przerwała koncert. Mocne przemówienie przeciwko ICEW końcu nadszedł czas poszukiwań tych, którzy w „Metrze” zatańczą i zaśpiewają. Janusz Józefowicz wspominał, że castingi wyglądały bardzo dziwnie. – Nikt nie wiedział, o co chodzi, my nie wiedzieliśmy, jak to nazwać – konkursem, eliminacją? Przychodzili młodzi ludzie bez szkół i po szkołach. Stawali i dziwili się, że coś mają zatańczyć, zaśpiewać. Dopytywali się, czy mówię serio o tym, że mają pokazać, co potrafią – opowiadał.Tancerki w szpilkach, „Sto lat” i kolędy. Tak Janusz Józefowicz i Janusz Stokłosa szukali artystówOn i Janusz Stokłosa poszukiwania wykonawców zaczęli od Warszawy, ale okazało się, że w stolicy młodych, zdolnych, którzy rokują, nie ma. Ruszyli, więc w Polskę. – Pomyślałem, że może ci młodzi zdolni nie mają pieniędzy na bilety i nie są w stanie przyjechać do Warszawy – mówił Józefowicz. Pojechali do Wrocławia, Lublina, Szczecina, Koszalina. Odwiedzili też Bratysławę, Pragę, Moskwę. Podróż po Polsce i poza jej granicami okazała się dobrym pomysłem.We Wrocławiu znaleźli Katarzynę Groniec, która wraz ze swoim ówczesnym chłopakiem Piotrkiem Hajdukiem na przesłuchaniach pojawili się w powyciąganych swetrach, z kontrabasem i wykonali swingowy kawałek. – Dziwne to było, ale coś w tym zagrało, więc zabraliśmy ich do Warszawy. Tak po kolei dołączali następni – mówił Józefowicz. Poszukiwania trwały ponad rok. Kandydaci do „Metra” byli nie tylko z Polski, ale też ze Słowacji, czy z Rosji. Wśród nich Denisa Geislerova, Igor Sorin, czy Lena Wanina.W porównaniu z tym, co dziś na castingach śpiewają kandydaci do wszelkiego rodzaju talent shows, repertuar był dosyć ubogi. Józefowicz i Stokłosa słyszeli głównie kolędy i „Sto lat”. Nie inaczej było z tancerzami i tancerkami. O tym, w czym pojawiali się na castingach, krążyły legendy, które do końca legendami nie były. – Tu też było ciekawie. Tancerki przychodziły w mini i szpilkach. Tłumaczyłem, że przychodzą nie po to, żeby się pokazać, tylko do roboty. Pląsały w tych sukienkach, rajstopach. To było dosyć zabawne – wspominał.Step, jazz, śpiew i solfeż, czyli „krew, pot i łzy” pod okiem JózefowiczaTych, którzy zainteresowali twórców „Metra” i weszli do pierwszego składu, czekały przysłowiowe „krew, pot i łzy”. Kilkanaście godzin dziennie ciężkiej pracy z pedagogami. Uczyli się tańca jazzowego, stepowania, śpiewu czy solfeżu, czyli nauki czytania nut głosem. Janusz Józefowicz czujnym okiem obserwował, kto robi postępy, a kto stoi w miejscu i trzeba mu podziękować za dalszą współpracę.Okazuje się, że aż do samego końca nie było wiadomo, kto zagra główną rolę kobiecą, czyli Ankę. Do samego końca kandydatki były aż trzy – Katarzyna Groniec, Barbara Melzer i Edyta Górniak. – To ja byłem osobą, która ostatecznie podejmowała decyzje. Chciałem wziąć za to personalną odpowiedzialność – mówił Józefowicz.O tym, że współpraca z nim do najłatwiejszych nie należy, również krążyły legendy. Sam Józefowicz przyznał, że już na samym początku oznajmił kandydatom, że łatwo nie będzie. – Powiedziałem im już na samym początku, że na parę lat muszą zapomnieć o narzeczonych, imprezach, że będą żyli jak w klasztorze. Nie ma mowy o rozrywkach, bo inaczej tego nie zrobimy – mówił.Czytaj też: Phil Collins szczerze o chorobie. „Posypało się wszystko, co tylko mogło”Treningi rozpoczęły się latem 1990 roku. Wiktor Kubiak stwierdził, że skoro ekipa została zebrana, to trzeba ją „zagonić, opanować i okrzesać”. Ćwiczyli od rana do nocy. Najpierw na AWF-ie w Warszawie, potem w ośrodku w Ojcówku, który Kubiak wynajął.Młodych wokalistów i tancerzy przygotowywała m.in. Elżbieta Zapendowska, która uczyła ich śpiewu. Aktorstwem zajęli się Cezary Morawski i Wiesław Komasa, akrobatyką – Jerzy i Danuta Fidusiewicz a dykcją prof. Kazimierz Gawęda.To Janusz Józefowicz usłyszał od Andrzeja Wajdy. Czego zazdrościł mu znany reżyser?– Jedni sami przyjeżdżali na to zgrupowanie, innym trzeba było dać na autobus, ale w te wakacje uświadomiliśmy sobie, że rodzi się coś dużego, sensownego, że te śpiewane utwory nabierają dziwnej energii, odjazdu, którego ja w Ateneum czy Janusz w Rampie byśmy nie znaleźli – wspominał Janusz Stokłosa.30 stycznia 1991 roku na scenie, oprócz wspominanych już Górniak, Melzer, czy Groniec, która wcieliła się w postać Anki, pojawili się: Robert Janowski w roli Jana, a także m.in. Anna Mamczur, Monika Ambroziak, Dariusz Kordek, Michał Milowicz. W musicalu „Metro” epizody dostali Cezary Pazura, Olaf Lubaszenko, a nawet Bogusław Linda. Nowością, oprócz obsady złożonej w większości z nikomu nieznanych amatorów, były ultrafiolet oraz lasery. W latach 90. była to robiąca wrażenie nowinka techniczna, którą widzowie podczas spektaklu próbowali łapać w dłonie. Uparł się na nią Wiktor Kubiak. Ciekawostką jest to, że do dzisiaj są używane w spektaklu w niezmienionej formie, choć nie są już taką atrakcją jak kiedyś.Założeniem spektaklu w oryginalnej formie była całkowita rezygnacja z playbacku. Na scenie występowało nawet 39 osób. To wymagało ponad 50 mikrofonów i 3 wielkich konsolet mikserskich. Realizacja nagłośnienia była problematyczna ze względu na użycie obrotowej sceny, ale udało się to zrobić.W styczniowy wieczór na deskach Teatru Dramatycznego po raz pierwszy widzowie zobaczyli historię młodych ludzi, którzy marzą o sławie. Uliczni grajkowie, śpiewacy, tancerze decydują się wystawić w podziemnych peronach metra spektakl dla pasażerów. Jego twórcą i animatorem jest Jan, dla którego metro jest domem i sposobem na życie. Spektakl wzbudza sensację, co sprawia, że młodzi artyści otrzymują propozycję pracy w komercyjnym teatrze i odchodzą od Jana, rezygnując z wyznawanych przez niego idei. Ostatnią, która odchodzi, a właściwie zostaje przez niego przegoniona, jest Anka. W ostatniej scenie – już jako gwiazda – śpiewa piosenkę o utraconej miłości.„Tylko 100 razy i zniknie z afisza”. Krytycy nie wróżyli sukcesu ekipie „Metra”Jak wspominał Józefowicz mało, kto wierzył w sukces „Metra”. Większość krytyków była przekonana, że spektakl zostanie „zagrany może 100 razy i zniknie z afisza”.Czytaj też: Festiwalowe lato 2026 w Polsce. Stałe punkty programu i jeden wielki powrót– To przedsięwzięcie łamało wszelkie standardy. Po pierwsze robiliśmy ten spektakl z amatorami, ludźmi bez dyplomów szkół teatralnych. To wzburzyło środowisko. Myślę, że ludzie poczuli się nawet zagrożeni. Pamiętam oburzenie, że w tej samej garderobie w Teatrze Dramatycznym, w którym graliśmy „Metro”, był Tadeusz Łomnicki, a teraz jakiś 18-letni chłopak z Włocławka, który kręci się na głowie i tańczy jakiś breakdance. To był dla niektórych koniec świata – opowiadał Józefowicz.Pierwsze recenzje nie były zbyt przychylne. Pisano w stylu, że „jak na garbatego, to i tak nieźle”. Nazywano „Metro” „amatorskim i kiczowatym przedsięwzięciem”, które bez sensu naśladuje zagraniczną kulturę. Byli też i tacy, którzy widzieli, że „Metro” to początek czegoś nowego, rewolucyjnego myślenia o teatrze. Uważali, że to odważny projekt pod względem artystycznym, ekonomicznym, a nawet socjologicznym.„Tak, uważam 'Metro' za sukces. Oto udało się doprowadzić do premiery nowego, polskiego musicalu, którego ostateczna forma sceniczna nie jest piramidą kompromisów realizacyjnych, lecz odpowiada zamierzeniu początkowemu. Na dodatek powstał nowy, sprawny zespół wykonawczy, dowodzący (…), iż mamy pełną entuzjazmu i wielu talentów młodzież, pragnącą się uczyć, gotową do wielu poświęceń dla doskonalenia siebie i tworzenia teatru swoich marzeń” – pisał w „Przeglądzie Tygodniowym” Tomasz Raczek.Rekordziści oglądali nawet 400 razy. Nastała prawdziwa „metromania”O ile krytykom musical Józefowicza i Stokłosy nie przypadł do gustu, o tyle widzowie oszaleli. Sala w Teatrze Dramatycznym, co wieczór była wypełniona po brzegi, a bilety wyprzedane co do jednego. Nastała prawdziwa „metromania”. Wypadało pojawić się minimum na dwóch spektaklach w miesiącu. Rekordziści obejrzeli go po 300, a nawet 400 razy. Modne było licytowanie się, kto, ile razy był na „Metrze”.Młodzi ludzie w artystach na scenie odnajdowali siebie, swoje marzenia i problemy. Lata 90. były w Polsce czasem transformacji, wchodzenia w czas kapitalizmu. I młodzi, i starsi zadawali sobie coraz częściej pytanie o „kult pieniądza”. Tego tematu dotyczy cała sekwencja musicalu „Metro”, w której śpiewane są takie utwory jak „Żyj na swój koszt”, „Pieniądze”, czy „Brzdęk”. Piosenki z musicalu „Metro” stały się hitami i do dzisiaj są śpiewane. Wystarczy wspomnieć takie utwory jak „Uciekali” czy „Wieża Babel”.Artyści musicalu „Metro” szybko zdobyli popularność. Fani czekali na nich po spektaklach, bywało, że pod drzwiami ich mieszkań. Powstawały fankluby musicalu. Pocztą pantoflową przekazywane były numery telefonów m.in. do Edyty Górniak czy Dariusza Kordka. Fanki dzwoniły, by tylko usłyszeć głos lub – jeśli były trochę odważniejsze – choć przez chwilę porozmawiać i wyrazić swoje uznanie. – Pamiętam, że jedna z dziewczyn miała notes ze wszystkimi numerami telefonów. Nie wiem, jakim cudem je zdobyła. Dzieliła się nimi, ale oczywiście nie za darmo. Razem z koleżanką z zajęć baletu „zrzuciłyśmy się” na ten do Edyty Górniak, bo byłyśmy fankami jej wykonania piosenki „Litania”. Udało nam się dodzwonić i chwilkę z naszą idolką porozmawiać. Spieszyła się na próbę, więc rozmowa nie trwała długo – wspomina pani Ula, która była w 7. klasie podstawówki, gdy „Metro” miało swoją premierę. Wyprawa na Broadway, czyli jak musical „Metro” zmasakrował amerykański krytykNa cieszenie się popularnością artyści nie mieli zbytnio czasu. Tuż po premierze w Teatrze Dramatycznym wrócili do Ojcówka, by trenować przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Wiktor Kubiak wierzył, że występ na Broadwayu będzie wielkim sukcesem. – Pamiętam, jak z lotniska przyjechał autokar z obsadą. Gdy zobaczyłem twarze tych ludzi, którzy w większości po raz pierwszy byli za granicą i to od razu w Nowym Jorku, byłem szczęśliwy, miałem łzy w oczach. Pomyślałem, że oni naprawdę tu są, że za chwilę wystąpią na Broadwayu. To było niebywałe i warte każdych pieniędzy – wspominał Józefowicz.Zagrali 38 razy. Publiczność reagowała tak jak ta w Polsce, entuzjastycznie. – Pamiętam ten premierowy wieczór, gdy Kasia Groniec skończyła śpiewać finałową piosenkę i nagle zapadła cisza. Ta chwila była dla mnie wiecznością. Nagle rozległa się owacja z tupaniem, to był znak, że daliśmy radę. Wiedziałem już, że to mi się nie śni, że naprawdę tam jesteśmy, publiczność nas przyjęła, choć krytyka kompletnie zmiażdżyła. Po powrocie do Polski otrzymałem list od Stowarzyszenia Choreografów „Janusz dziękujemy za to, że przywieźliście 'Metro'. Wprowadziliście tyle świeżości, energii i za to wam dziękujemy” – wspomina Józefowicz.Krytycy nie byli jednak tak łaskawi. Jeden z nich, niejaki Frank Rich, który uznawany był za najbardziej opiniotwórczego krytyka teatralnego wschodniego Wybrzeża Ameryki, napisał tak: „Jeżeli Nowy Jork miałby serce, ktoś mógłby zaprosić ich na stek albo nawet ofiarować im bilety na broadwayowskie przedstawienie”. Artyści „Metra” postanowili zareagować. Następnego dnia przed redakcją „New York Timesa” pojawili się w koszulkach i czapkach z logo musicalu. Przynieśli 50 steków i wielki transparent „To Mr. Rich from Metro with love”.Stokłosie zarzucano, że w „Metrze” nie ma hitu. „Trafiliśmy pod strzechy”Po powrocie do Polski ekipa „Metra” została wyrzucona z Teatru Dramatycznego. – Wszyscy nas opluli, telefony nie dzwoniły – wspominał Józefowicz. Razem ze Stokłosą nie poddali się i stworzyli Studio Buffo. Tam przenieśli spektakl. Zanim do tego doszło, przez pół roku „Metro” nie było grane w ogóle. Poza Polską wystawiane było we Francji oraz Rosji. Dziś mija 35 lat od premiery.– Muzyce Stokłosy zarzucano, że nie ma hitu, że nie opiera się na wtedy panujących trendach. Okazało się, że to, co zrobił, stało się uniwersalne – mówi Józefowicz. – Janusz opowiadał mi, że gdzieś kiedyś wyjechał i słyszał, jak późną nocą przy ognisku dziewczyna śpiewa tekst „Co dzień ta sama zabawa się zaczyna”, czyli fragment piosenki „Szyby”. Pomyślałem wtedy, że trafiliśmy pod strzechy. „Metro” stało się częścią naszej muzycznej kultury i to jest fajne. Będziemy je grali tak długo, jak publiczność będzie chciała nas oglądać.Czytaj też: „Serwus – jestem nerwus”. Ewa Szykulska o karierze między euforią a depresją