„Ginęli nasi ludzie”. Nie milką echa wypowiedzi Donalda Trumpa na temat wojsk NATO. Głos w tej kwestii zabierają polscy weterani wojenni. – My nie oczekujemy. My żądamy przeprosin. Musi to zrobić. Czuję się obrażony. Nie wspomnę nawet o rodzinach rannych i ofiar. Nie polecieliśmy na front grać w karty i dmuchać balkony. W Iraku byliśmy jedną z najliczniejszych nacji – mówi Hubert Świątkiewicz, który walczył między innymi w Iraku oraz w Afganistanie. – Mieliśmy dużo słabszy sprzęt, ale nie odpuszczaliśmy. Amerykanie śmiali się, że jesteśmy jebn**ci – wspomina. Prezydent Stanów Zjednoczonych powiedział 23 stycznia na antenie Fox News, że USA nigdy nie zwracały się do NATO o wsparcie, a siły Sojuszu w Afganistanie działały jego zdaniem „trochę z tyłu”. Wypowiedź ta spotkała się z negatywnym odbiorem m.in. w Polsce, ponieważ polscy żołnierze brali udział w walkach wspólnie z Amerykanami.FILIP KOŁODZIEJSKI: – Jak zareagował pan na słowa Donalda Trumpa?HUBERT ŚWIĄTKIEWICZ: – Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, na jakich środkach odurzających musiał być, że wypowiedział takie zdania. Grubo. Przecież, gdy my walczyliśmy na froncie, Trump był w polityce nikim. Mocno przesadził kilka dni temu. Żołnierze tego nie zapomną. Będzie się to za nim ciągnęło.Czego oczekujecie od prezydenta USA?My nie oczekujemy. My żądamy przeprosin. Musi to zrobić. Czuję się obrażony. Nie wspomnę nawet o rodzinach rannych i ofiar. Nie polecieliśmy na front grać w karty i dmuchać balkony. W Iraku byliśmy jedną z najliczniejszych nacji na froncie. Każdy miał swój teren działań wojennych. Walczyliśmy z bronią w ręku. Ginęli nasi ludzie. To, co mówi Trump, jest obrazą. Wojsko jest wzburzone. Widziałem wypowiedzi generała Romana Polko. Nie dziwię się, że mówił stanowczym tonem. Słowa, które padły z ust prezydent USA to bzdury. Wiem, że walczy o pieniądze dla kraju, ale nie takim kosztem. Amerykanie potrzebowali naszej pomocy. Oby zrozumieli błąd, który popełnili.Pan ma za sobą kilka lat wojskowej służby na froncie. Do kraju udało się wrócić bez szwanku. Co robi były żołnierz na emeryturze?Odpoczywa psychicznie. Staram się uprawiać jak najwięcej sportu. Nie chcę się rozleniwić i przytyć. Otyłość to podstępny wróg. Nie mogę go do siebie dopuścić. Trenuję sporty walki. Kocham boks. Ale spokojnie. Prawdopodobnie w czerwcu wrócę do chodzenia w mundurze. Żołnierz z wojska wyjdzie, ale wojsko z żołnierza nigdy. Ciągnie mnie do byłych kolegów. Gdy miałem 7 lat, w telewizji rozpoczęła się emisja serialu „Czterech pancernych i pies”. Byłem w nich tak zapatrzony, że powiedziałem do babci: „Kiedyś będę taki jak oni”. Dotrzymałem słowa. Wraca pan do służby, bo widzi zagrożenie dla Polski?Nie. Tęsknię za tym, co było. Chciałbym szkolić młodych podporuczników na AWF-ach. Miło byłoby wykorzystać doświadczenie, które zebrałem przez lata. Lubię nauczać jako trener albo dowódca. Nie chcę teraz iść dorabiać na magazyn czy w inne miejsce. Jak ocenia pan sytuację na polskich granicach?Rozmawiam na co dzień z kolegami z wojska. Nie jest tak źle, jak to przedstawiają niektóre media. Nie ma co przesadzać. Niekiedy ludzie nabierają się na fake newsy. Wiadomo, że zawsze trzeba pozostawać w gotowości, ale nie ma co panikować. Odrobiliśmy cenną lekcję. Sytuacja na granicy kilka miesięcy temu była zdecydowanie bardziej napięta.Mamy bać się wojny?Według mnie niekoniecznie. Niby nie wiemy, co może strzelić Władimirowi Putinowi do głowy, ale nie wydaje mi się, żeby miał wystarczająco dużo środków finansowych, by pokusić się o zaatakowanie Polski oraz NATO. Sytuacja mogłaby ulec zmianie, gdyby Rosja weszła w komitywę z Chinami. Na tę chwilę wykluczam taki scenariusz.Czytaj też: Trump, Polska i Afganistan. „Krew się gotuje. Byliśmy tam dla Amerykanów”Czy polskie wojsko jest na poziomie najlepszych armii w Europie?Proces szkolenia idzie na co dzień dość dobrze. Młodzież w wojsku musi jeszcze okrzepnąć. Warto wybrać się na Litwę, Łotwę czy pojechać do Libii. Tam nabiera się szlifu, który procentuje w kolejnych latach. Jeśli dopasujemy się sprzętowo do Europy i świata, będziemy na najwyższym poziomie. Polacy są bardzo dobrymi żołnierzami. Pracowałem z różnymi nacjami: USA, Niemcy, Bułgaria, Tajlandia. Nie odbiegamy od nich, a w niektórych aspektach jesteśmy lepsi. Pamięta pan pierwszy dzień zagranicznej służby na Wschodzie?Leciałem z Wrocławia do Kuwejtu. Gdy otworzyły się drzwi od samolotu, poczułem powiew gorącego wiatru i zobaczyłem wokół pustynię, dotarło do mnie, co ja w ogóle wyprawiam. Wcześniej byłem w Kosowie. Zupełnie inna bajka. Na Bliskim Wschodzie wszystko było inne. Mieliśmy bazy przerzutowe na pustyni. Pamiętam też, że gdy lądowałem, był moździerzowy ostrzał bazy. Doświadczyłem tego dwukrotnie: w Bagdadzie oraz w Bagram. Śmiałem się, że za każdym razem musieli mnie głośno witać.Podobno miał pan szczęście jako dowódca. Czym to się objawiało?Zawsze wracałem z całą ekipą do Polski. Miałem farta. Przed ostatnim wylotem do Afganistanu chciałem zrezygnować i zostać w Polsce, ale reszta brygady powiedziała, że też zostaje. Namówili mnie. Wtedy był już większy spokój na froncie. Nie oddałem żadnego strzału – poza strzelnicą.Czy był moment, w którym zmienił pan postrzeganie świata?Tak. Zwłaszcza, gdy zginął dowódca czołgu amerykańskiego, który miał polskie pochodzenie. Paweł był uwielbiany przez wszystkich tam na miejscu. Wtedy zadawałem sobie pytanie: „Po co my tu w ogóle jesteśmy?!”. Koniec końców doszło do mnie, że walczymy o pieniądze i złoża surowców naturalnych, którymi handlują najważniejsze głowy. Nie chodziło tylko o okiełznanie dyktatorów i zapewnienie lepszego życia innym nękanym przez kryzysy nacjom.Czego laik nie będzie w stanie pojąć, jeśli nie było go tam na miejscu?Do końca nie da się opisać biedy, która panowała tam na miejscu. Zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie. Niekiedy robiło się nam bardzo smutno. Osoby rządzące tamtymi krajami nie chciały, żeby ludzie się rozwijali. Dzieci nie miały jak chodzić do szkół. Najlepiej dyryguje się ciemną masą. Powtarzam swoim dzieciom, żeby naprawdę doceniały to, co posiadają. Tam młodzież chodziła boso po śniegu. Brakowało nie tylko butów, walczono też o jedzenie. Koszmar.Płakał pan?Nie uroniłem łez na forum. Zdarzyło się jednak, że podczas rozmowy z mamą poczułem lęk i wtedy emocje puściły. Nie jesteśmy z kamienia. Czasami lepiej nie myśleć, co się może wydarzyć. Koniec końców, podczas stresu lepiej myślałem. Lepiej organizowałem działania jednostki. Wielu sytuacji nie da się przewidzieć. Trudno snuć plany.Co jest kluczowe w walce na froncie?Spokój i opanowanie emocji. Dużo żołnierzy rotowało się z Iraku. Widzieliśmy tam straszne sceny. Niektórzy nie wytrzymywali. W ogóle się im nie dziwię. Często uciekaliśmy w sport albo czytaliśmy książki. Graliśmy w karty. Potrzebowaliśmy wyciszenia.Polacy są szanowani tam na miejscu?Zdecydowanie. Pamiętam, że w Iraku mieliśmy dużo słabszy sprzęt, ale nie odpuszczaliśmy. Amerykanie śmiali się, że jesteśmy jebn**ci. W Afganistanie sytuacja uległa zmianie na plus. Mieliśmy dostęp między innymi do Rosomaków. Żyło się inaczej. Lepiej.Jak czuł się pan po powrocie z misji?Miałem PTSD (zespół stresu pourazowego – przyp. red.). Każdy z wojskowych musi przejść okres aklimatyzacji. Jedni przechodzą go spokojnie. Drudzy się męczą. Po moim pierwszym powrocie było trudno. Pojawił się alkohol. Na szczęście nie w bardzo dużych ilościach. Byłem też bardzo zamknięty w sobie. Łapała mnie znieczulica. Pojawiały się wybuchy złości. Miałem problem z zasypianiem. Łykałem tabletki – głównie ziołowe. Poradziłem sobie z tym wszystkim, również dzięki wsparciu najbliższych. Mam twardą psychikę. Inni mieli mniej szczęścia. Spędzali dużo czasu na rehabilitacjach i w gabinetach specjalistów. Niestety, zdarzały się też samobójstwa.Czytaj też: Reżim dokręca śrubę. FSB z nowymi uprawnieniamiRzadko porusza się te tematy.Służba jest bardzo stresogenna. Nie tylko za granicą. Dowódca musi ogarniać problemy własne, ale też innych. Bywa, że trzeba wykonać zadanie, do którego brakuje kilku osób. W wojsku nie ma zmiłuj. Trzeba podołać wyzwaniu. Często kosztem wielkich emocji. Tempo fizyczno-psychiczne potrafi wykończyć najtwardszych. Czy po tym wszystkim, co pan przeżył, jeszcze raz wszedłby do samolotu, który leciał do Kuwejtu?Przepraszam, czy ma pan może jeden wolny bilet?Ok, czyli z tego nie da się wyleczyć?Nie. Wsiadam i lecę.Czego nauczyło pana wojsko?Dyscypliny. Dążenia do celu. Chęci przeżycia. Należy chwytać dzień. Róbmy to, na co mamy ochotę. Nigdy nie wiemy, ile czasu nam zostało. Może brzmi to banalnie, ale po niektórych doświadczeniach wiem, że nie warto zwlekać. Życie jest kruche. W Polsce do końca tego nie pojmiemy. Nawet, jeśli co chwilę słyszymy o wypadkach drogowych czy zabójstwach. Na froncie zdążyłem przeanalizować całe podejście do życia. Nie popadajmy w marazm. Na starość warto powiedzieć: „Próbowałem żyć najlepiej, jak potrafię. Jestem spełniony”. Tutaj po raz kolejny pojawia się temat mojego powrotu do wojska. Nie ukrywam, że w ostatnim czasie pracowałem jako kierowca tira. Nie chcę tego robić. To nie dla mnie. Wolę służyć dla kraju.Czy Polacy doceniają wasze poświęcenia sprzed lat?Młodzież nie interesuje się tymi tematami. Wielu nie zna podstaw historii. Nie kojarzą krajów. Mają problem z geografią. Ważny jest dostęp do internetu, memów i freak fightów. Nie mówię, że wszyscy tak mają, ale większość na pewno. Mam nadzieję, że młodzież pójdzie po rozum do głowy. Nie trzeba być omnibusem. Wystarczy znać flagi i mieć pojęcie o tym, co dzieje się również wokół naszych granic.Pan na co dzień się nie nudzi. Jest boks, było nawet nagrywanie transmisji na żywo na TikToku. Coś więcej?Zawsze szukam czegoś, co dostarcza mi wystarczająco dużo adrenaliny. Jestem od niej uzależniony. Lubię stać w ringu. Lubię czuć dreszcz na ciele. Pojawiając się w sieci, byłem przygotowany na hejt. Wtedy też musiałem działać na bieżąco. Odpowiadałem na krytykę i zaczepki. Cóż, już na zawsze zostanę żołnierzem. Nie ucieknę od tego. Wyjściowy mundur czeka w szafie.Co chciałby pan przekazać reszcie obywateli?Pamiętajcie, w kryzysowych sytuacjach nie popadajmy w panikę. Spokój jest kluczowy.Czytaj też: Prywatna armia Trumpa z immunitetem, czyli bezkarność ICE