Heroiczna podróżniczka Katarzyna Radecka. – Podczas wyprawy siedzę na saniach, które ciągną trzy osoby poruszające się na skiturach. Do tego są 2–3 osoby, na zmianę, odpowiedzialne za pchanie i asekurację sań w zależności od terenu, nachylenia i warunków. Po bokach idą dziewczyny, moje wsparcie psychiczne i fizyczne. Pomagają mi pić, jeść, reagują na to, co się ze mną dzieje. Czasem nic nie mówią. Po prostu są. A to bywa najważniejsze – mówi Katarzyna Radecka, aktywistka i podróżniczka chorująca na zanik mięśni. Na koncie ma 23 skoki spadochronowe i 10 szczytów Korony Gór Polski, m.in. Śnieżkę, Babią Górę, Tarnicę, Turbacz. Za kilka dni podejmie próbę zdobycia kolejnego szczytu, Wielkiej Sowy. Pamiętasz moment, w którym pomyślałaś, żeby – mimo ograniczeń – zdobywać góry?Góry były we mnie od zawsze. Jako dziecko spędziłam sporo czasu w szpitalu w Zakopanem. Z okna widziałam Czerwone Wierchy i Giewont. I tak codziennie, przez sześć miesięcy. Miałam wtedy 5, może 6 lat i możliwe, że już wtedy zastanawiałam się, jak to jest tam być. Może ten widok po prostu pomagał mi to wszystko przetrwać i dlatego to marzenie o górach zostało ze mną na lata. Później słuchałam Starego Dobrego Małżeństwa i marzyłam o Bieszczadach: o ludziach, gitarze, śniegu, zapachu gór, spacerach i widokach. Już w dorosłym życiu poznałam fundację z Warszawy, która zabrała mnie na kilka dni w Bieszczady. Planowaliśmy wyjście na Chatkę Puchatka, byli ze mną ratownicy medyczni i GOPR-owcy – cudowni, bardzo opiekuńczy ludzie. Śniegu było tak dużo, że do Chatki nie dotarliśmy, ale trafiliśmy do łemkowskiej wioski w Nowicy. Klimat dokładnie taki, jaki nosiłam w głowie: kasety magnetofonowe, ogień w piecu, śnieg po pas. Ratownicy robili dla mnie w tym śniegu tunele, żebym miała co wspominać.Czytaj też: „Dosypano mojej córce piachu do bidonu”. Tak wygląda przemoc w szkolePóźniej było Zakopane, Kasprowy Wierch jak z bajki. Mróz, słońce, niezapomniany klimat. I wtedy już wiedziałam, że chcę w góry, chcę je – mimo moich ograniczeń – zdobywać. Tylko jeszcze nie wiedziałam, jak miałabym to robić.Ale w twoim życiu pojawiła się inna pasja, która paradoksalnie zbliżyła cię do eksplorowania górskich szlaków.Dzięki skokom spadochronowym poznałam Jarosława „Dziadzię” Kargula, byłego GROM-owca, ratownika GOPR, instruktora skoków. Pojawił się pomysł wyjazdu do Wisły i tak jeden weekend w górach sprawił, że zaczęliśmy planować wspólną zimową wyprawę. Usłyszałaś kiedyś: „To nie jest dla ciebie”?Słyszałam to wiele razy, często od tych „wspierających”. Że przesadzam, że nie myślę o osobach, które są ze mną w górach, że jeśli coś mi się stanie, to ktoś będzie za mnie odpowiadał. Bardzo to przeżywałam.A ja chciałam choć przez chwilę poczuć, że jestem z kimś na równi. Bo nawet jeśli siedzę na saniach, a grupa cudownych ludzi mnie ciągnie i pcha – jesteśmy w tym samym miejscu, w tych samych emocjach, z podobnym zmęczeniem. Dla mnie, mimo że „tylko siedzę”, to jest ogromny wyczyn, spore obciążenie. Ale właśnie to wspólne doświadczenie daje mi poczucie bycia częścią grupy. Choć przecież wiem, że osoby sprawne nigdy nie potraktują mnie w pełni „na równi”, bo niepełnosprawność automatycznie uruchamia konieczność otaczania mnie opieką.Tyle że ja naprawdę nie chcę słyszeć, że coś „nie jest dla nas”, osób niepełnosprawnych. Zresztą ci ludzie, którzy są ze mną w górach, robią to z własnej woli, potrzeby serca, czy chęci doświadczenia czegoś zupełnie nietuzinkowego, czują, że ja tego potrzebuję jak powietrza. Jeśli nie mam celu, moja choroba szybciej zabiera mi siły.Twoim zdaniem w Polsce zmienia się postrzeganie osób z niepełnosprawnościami?Tak, zmienia się. Coraz więcej osób z niepełnosprawnością działa, realizuje się, nie siedzi w domach. Ale są też tacy, którzy z różnych powodów boją się wyjść, albo nie mają takiej możliwości i to też sprawia, że wciąż jesteśmy postrzegani jako „biedni, chorzy, bez autonomii”. Poza tym wszystko zależy od stopnia niepełnosprawności. Ja żyję z niepełnosprawnością od urodzenia, dystrofia mięśniowa sprawia, że jestem niepełnosprawna w stopniu znacznym, dlatego często moje aktywności są komentowane jako coś niesamowitego, a mnie się podziwia, bo przecież „w takim stanie” skaczę ze spadochronem, organizuję górskie wyprawy. A ja chciałabym to normalizować. Dlatego nie powiem, że dziś jesteśmy – jako społeczeństwo – totalnie inkluzywni. To proces. Podam przykład z mojego życia, choć mój mąż traktuje mnie zupełnie normalnie, zapominając o wózku, zdarza się, że moi najbliżsi nadal patrzą na mnie głównie przez jego pryzmat, owijają ochronną otoczką.Nadopiekuńczość cię wkurza?Nie lubię jej. Chcę równych relacji, równych szans. Często się złoszczę, gdy słyszę od kogoś „ale jesteś dzielna”, bo ja wcale nie jestem dzielna, muszę po prostu trwać w tym swoim ciele, nie mam innego wyboru. To nie jest bycie dzielnym, to ciągła walka o przetrwanie. I choć fizycznie naprawdę bardzo mało jestem w stanie zrobić sama, to każdej takiej szansy na samodzielność będę bronić jak niepodległości. Dlatego czasem irytują mnie sytuacje, w których ktoś zaczyna traktować mnie jak dziecko. Mam 40 lat, jestem dorosłą kobietą, która potrafi komunikować swoje potrzeby. Uchodzisz za „fighterkę”, zastanawiam się jednak, jak radzisz sobie ze strachem przed bólem albo porażką? To zabawne, bo paradoksalnie bardzo się boję bólu, porażki, „wychodzenia ze strefy komfortu”. Jestem panikarą. Boję się, że będzie mnie bolało ciało, kręgosłup, ręce, nogi.Czytaj też: Pijany lekarz i zmowa milczenia. „Powinien być monitorowany przez lata”