Wspomnienia z frontu. Nie milkną echa skandalicznych słów Donalda Trumpa, który zakwestionował wkład sojuszników z NATO, sugerując, że w Afganistanie „trzymali się z tyłu”. I że Ameryka ich nie potrzebowała. Wypowiedź spotkała się z ostrymi reakcjami polityków z Wielkiej Brytanii, Włoch czy Niemiec, przeprosin oczekują weterani i rodziny poległych z kilkudziesięciu krajów. Amerykańskie służby dyplomatyczne starają się ugasić pożar. Ambasady USA, także ta w Polsce, wydają pojednawcze oświadczenia. Ale sam Trump, póki co, pokajał się jedynie przed Brytyjczykami; resztę sojuszników ignoruje. Jakby historie, o których tu wspomnę, w ogóle się nie wydarzyły… 2 czerwca 2011 roku z bazy Giro wyruszył kilkudziesięcioosobowy patrol kołowy. Polacy zmierzali ku głównej arterii, szosie Highway 1, mijając po drodze m.in. wioskę Bahar. Tam kolumna dostała się pod ogień. Początkowo ostrzał nie był ani intensywny, ani groźny, mimo to nie można go było zignorować. Incydenty bez odpowiedzi tylko rozzuchwaliłyby talibów.Polacy zaczęli napierać na wioskę, a ogień rebeliantów zgęstniał do tego stopnia, że niezbędne okazało się wezwanie samolotów. Dwa amerykańskie F-15 poprzestały na niskich przelotach – użycie działek czy rakiet w gęsto zamieszkałym rejonie nie wchodziło w grę. Pokaz siły nie przyniósł jednak oczekiwanych efektów – Afgańczycy się nie wycofali.Rosomaki podjechały jak najbliżej zabudowań i wysadziły desant. Jedną z drużyn, która od razu ruszyła między domy, dowodził starszy kapral Jarosław Maćkowiak z 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej. Zaczęło się przeczesywanie terenu – sprawdzanie każdego domu, każdego budynku gospodarczego. Od czasu do czasu rozlegały się serie z broni maszynowej, gdy dochodziło do kontaktu z przeciwnikiem. W którymś momencie drużyna „Maćka” zatrzymała się przy końcu muru jednego z domostw. Pójście dalej oznaczało wyjście w otwartą przestrzeń. Afgański policjant i tłumacz Polaków chciał ruszyć jako pierwszy. Maćkowiak, widząc, że Afgańczyk nie ma kamizelki kuloodpornej, sam zajął jego miejsce.– Pójdę jako pierwszy – powiedział i ruszył, a za nim kolejni. I wtedy rebeliancka seria skosiła dwóch biegnących na czele Polaków.Mimo ognia koledzy wynieśli rannych w bezpieczniejsze miejsce, w pobliże jednego z Rosomaków. Wozem dowodził starszy kapral Tomasz Byczek, który ogniem z kaemu osłaniał ewakuację rannych.– Skupiłem się na celach, by nas nie podeszli – opowiadał mi kilka lat później. – Gdy spojrzałem w bok, medyk już „Maćka” pompował…Maćkowiak dostał w udo, pocisk przerwał mu tętnicę. Był nieprzytomny, gdy ładowano go na pokład śmigłowca ewakuacji medycznej, zmarł w szpitalu w Ghazni.– Gdy go zabierali, wiedziałem, że jest źle, ale nie sądziłem, że widzę chłopa ostatni raz żywego… – relacjonował kapral Byczek.Podczas akcji w Bahar zginęło 15 talibów. Skala i intensywność potyczki wzięły się stąd, że tego dnia do wioski zjechało wielu bojowników na wesele jednego z nich.***Czytaj też: Echa słów Trumpa z Davos. „Bezcześci pamięć weteranów. Powinien przeprosić”10 września 2009 roku afgańsko-amerykański patrol wpadł w zasadzkę w pobliżu jednej z wiosek w dystrykcie Andar. Zaatakowani wezwali wsparcie, najbliżej były siły szybkiego reagowania stacjonujące w obozowisku Four Corners. Polacy, pluton żołnierzy z 6 Brygady Powietrznodesantowej (wówczas powietrzno-szturmowej), wśród nich starszy szeregowy Piotr Marciniak.Gdy „czerwone berety” dotarły na miejsce, sojusznicze oddziały przejęły inicjatywę. Zaczęło się „czesanie” wioski – znane z poprzedniej opowieści sprawdzanie każdego pomieszczenia. Drużyna, w której był Marciniak, natrafiła na krwawy ślad prowadzący do jednego z domów. Ranny talib prawdopodobnie był w środku, zapewne nadal uzbrojony i niebezpieczny. To było zadanie dla Piotra. „Foka” już tak miał, wspominali po latach koledzy, że największe ryzyko brał na siebie. Tak było i tym razem – kopniak, szybkie wejście i… paskudnie długie serie z dwóch karabinów.Marciniak upadł, ale ogień nie słabł i Polacy musieli się wycofać. „Foka” – towarzysze mieli nadzieję, że tylko ranny – został w środku. Niezwłocznie nadbiegli kolejni żołnierze, spadochroniarze się przegrupowali. Ustalili, że uderzą dwoma zespołami – jeden miał szturmować drzwi główne, drugi zajść bojowników od tyłu.– Byłem w tej drugiej grupie – opowiadał mi po latach Adam Lewkowski, w 2009 roku szeregowiec. – Gdy tylko pojawiliśmy się przy drzwiach, poszedł ogień. Kolega na przedzie oberwał w szyję. Dostał też w klatkę piersiową, ale uratowała go kamizelka. Po chwili sam poczułem silne szarpnięcie w okolicy prawej łydki i zorientowałem się, że zostałem trafiony.Grupa Lewkowskigo odstąpiła. On, z dwoma innymi spadochroniarzami, schował się za murkiem oddalonym od budynku o pięć metrów. Wówczas rzucony przez taliba granat zranił kolejnego Polaka. Poszkodowani zaczęli się odczołgiwać na bezpieczniejszą odległość, przez radio słysząc, że atak z przodu budynku również się nie powiódł.Do akcji weszły amerykańskie śmigłowce Apache. Polacy dostali rozkaz, żeby się wycofać, załoga jednego ze śmigłowców zamierzała zrównać pozycję talibów z ziemią. Tymczasem w środku był Piotr; zapewne już nie żył, ale nie dało się tego w żaden sposób potwierdzić. Podjęto kolejną próbę szturmu i strzały nagle umilkły.W środku nie było nikogo – był za to otwór, którym talibowie uciekli do karezów, podziemnych tuneli łączących domy i całe wioski. Na szczęście nie zdołali zabrać ze sobą ciała Piotra Marciniaka.Tego dnia, oprócz jednego zabitego, Polacy mieli jeszcze czterech rannych żołnierzy.Czytaj też: Nawrocki reaguje na słowa Trumpa. „Polscy żołnierze to Bohaterowie”***Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy; 44 z nich wróciło w trumnach, setki z ranami i traumą. Znałem osobiście pięciu żołnierzy, weteranów Wojska Polskiego, którzy po powrocie do kraju przegrali zmagania z PTSD i popełnili samobójstwo. Nie znamy dokładnej liczby śmiertelnych ofiar stresu pourazowego, ale z całą odpowiedzialnością mogę napisać, że jest ich co najmniej kilkadziesiąt. W skali koalicji (nawet bez Amerykanów) – tysiące. I już choćby dlatego słowa Donalda Trumpa o tym, że sojusznicy w Afganistanie byli „niepotrzebni”, są nie tylko fałszywe, lecz także moralnie obrzydliwe.Afganistan był wojną Ameryki. Zaczęła się ona po 11 września 2001 roku, w odpowiedzi na atak wymierzony w Stany Zjednoczone. To w takich okolicznościach, po raz pierwszy w historii, NATO uruchomiło artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego.Polacy nie bronili w Afganistanie Warszawy ani Krakowa, Taliban nie był dla nas zagrożeniem. Nasi żołnierze bronili wiarygodności NATO, wierząc, że solidarność działa w obie strony. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; dziś my pomagamy wam, jutro, jeśli zajdzie taka potrzeba, to wy pomożecie nam – o to w tym wszystkim chodziło. Takie same motywacje przyświecały Brytyjczykom, Duńczykom, Francuzom, Włochom czy Niemcom.Waszyngton doskonale wiedział, że bez sojuszników ta wojna byłaby politycznie nie do obrony i wyglądałaby jak kolejna imperialna ekspedycja, dlatego bardzo zabiegał o obecność sojuszniczą, w tym polską. Także w tym kontekście owo „niepotrzebni” jest obrzydliwym kłamstwem.Byłem kronikarzem „polskiego Afganistanu” – dziennikarzem, który spędził tam długie miesiące. Poznałem setki żołnierzy, utrzymywałem kontakt z rodzinami wielu z nich, także z bliskimi poległych. To te relacje sprawiły, że uczestniczyłem w ich żałobie i widziałem z bliska, jak mierzą się z traumą straty. Widziałem domowe ołtarzyki, które w mieszkaniach rodziców poległych chłopaków stawały się centrum codziennego życia. Wiem, jak wielkie znaczenie dla pogodzenia się ze stratą miało przekonanie, że te śmierci miały sens – i mogę się tylko domyślać, jak bardzo bolą dziś słowa Donalda Trumpa, że w gruncie rzeczy były niepotrzebne.***W artykule wykorzystałem własne fragmenty książki pt.: „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa), której jestem współautorem.