Europa gra w inną grę niż Trump? Przez działania ICE zginęło już niemal 140 osób. Ostatnia ofiara to Alex Pretti, 37-letni pielęgniarz. Był bezbronny, ale administracja kłamie, że był zagrożeniem dla ICE – tak, jak w przypadku zastrzelonej trzy tygodnie temu Renee Good. Pam Bondi, prokuratorka generalna w liście do władz Minnesoty napisała, że presja ICE może zostać zmniejszona, jeśli władze przekażą listy wyborców. – Zaostrzanie działań w Minneapolis, groźby wysłania wojska i ICE do innych miast niebieskich, czyli rządzonych przez demokratów, ma prawdopodobnie spowodować, że ci zniechęceni wyborcy Trumpa jednak staną za nim, kiedy konflikt na ulicach stanie się gwałtowny – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info Jan Smoleński, doktor nauk o polityce, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich. Katarzyna Przyborska: Donald Trump publicznie wyśmiał Emmanuela Macrona, choć ten przez szereg miesięcy był uprzedzająco dyplomatyczny. O Karolu Nawrockim powiedział wprawdzie „fantastyczny człowiek”, ale o polskim wsparciu USA w Afganistanie i Iraku, które kosztowało życie 66 naszych żołnierzy, powiedział „nigdy ich nie potrzebowaliśmy”, „stali z tyłu”. Czy za upokarzaniem europejskich przywódców stoi jakiś plan?Jan Smoleński, doktor nauk o polityce, wykładowca w Ośrodku Studiów Amerykańskich: Donald Trump uważa, że sukces polega na zdominowaniu ludzi, którzy są dookoła niego. A wobec abdykacji Kongresu, wobec słabości Sądu Najwyższego, polityka w Stanach Zjednoczonych stała się zależna od charakteru polityków. Ta administracja rzadko ustępuje, dużo częściej podwaja stawkę. Nie tylko Donald Trump, ale wiele postaci tej administracji, w tym Stephen Miller czy J.D. Vance, ma mentalność takiego bully, po polsku byśmy powiedzieli zbira, a inni idą za tym przykładem.Europa wydaje się bezradna.Europa próbuje przeczekać, zagłaskać. Tymczasem płaci haracz, który będzie tylko coraz wyższy. Doświadczenie pokazuje, że ustępstwa niewiele dają i – przede wszystkim – nie gwarantują, że Trump nie ponowi tych samych żądań. Upokarzanie polityków i ciągłe straszenie cłami jest tego dowodem. Druga wygrana Trumpa powinna też wszystkich pozbawić złudzeń. Po raz drugi zwyciężył polityk, który winą za wszelkie problemy Stanów Zjednoczonych obarczał innych, zwłaszcza sojuszników Stanów Zjednoczonych. Jest jeszcze jedna rzecz. Europa jest ułożona, grzeczna, dyplomatyczna, dla Trumpa dyplomacja to oznaka słabości.Europa gra w inną grę niż Trump?W pewnym sensie tak jest. No i nie zapominajmy, że w Białym Domu wokół Trumpa jest naprawdę silny kontyngent ludzi, którzy po prostu Europy nie lubią. To, co łączy Trumpa z J.D. Vance'em, z Pete'em Hegsethem to zapatrzenie w siłę. Pamiętamy znamienną wymianę wiadomości na Signalu między Vancem i Hegsethem.Czytaj też: Zeznania świadków śmierci Prettiego. Przeczą wersji funkcjonariuszyO „słabej pasożytującej Europie”? Nie lubią Europy za demokrację, nie lubią też amerykańskich demokratów, demokratycznych stanów, miast, które teraz próbują destabilizować, wysyłając oddziały ICE. Pytanie, jak rozumieją oni siłę? Mam wrażenie, że mylą siłę z przemocą.Stephen Miller mówił: „jesteśmy supermocarstwem, jako supermocarstwo zagarniemy Grenlandię, jeżeli nam się to będzie podobało”. Duński polityk Rasmus Jarlov określił to „mentalnością gwałciciela”. Siłę rozumieją jako możliwość zmuszenia kogoś do zrobienia albo powiedzenia czegoś, czego ten ktoś nie chce.Mam jednak wrażenie, że mamy do czynienia z blefem. Donald Trump w Davos opowiadał, jak wspaniale rozwija się amerykańska gospodarka, a tymczasem inflacja jest znaczna. Ludzie płacą więcej za zakupy w spożywczym, niż płacili kiedyś. Rządzący przeliczyli, że za 3 dolary można kupić kawałek kurczaka, kawałek brokuła i tortillę, i tyle ma Amerykanom wystarczyć. To oburza.Cały model biznesowy, cała kariera Donalda Trumpa polegał na tej metodzie. Blefował sukcesy, a jeśli one się nie materializowały, tym bardziej kłamał, jeżeli zaś ktoś mu kłamstwa chciał udowodnić, wykonywał uderzenie uprzedzające, np. pozywał dziennikarzy, którzy jego zdaniem niewystarczająco wysoko oszacowali jego bogactwo, pozywał banki, które odmawiały mu kredytów. Teraz Donald Trump może kraje europejskie straszyć nie tylko pozwami, ale siłą militarną. A mając mentalność dość autokratyczną, nie przejmuje się tym, co ludzie myślą. Europejskie rządy tymczasem wiedzą doskonale, że muszą odpowiadać przed swoimi obywatelami. Na tym polega demokracja.W USA też są wybory. W listopadzie mają być wybory połówkowe do Senatu i Izby reprezentantów. Tymczasem administracja eskaluje konflikt. Po Minneapolis grasuje 3000 agentów ICE, zielonych ludzików, którym wszystko wolno. To już dawno nie jest formacja walcząca z nieuregulowaną migracją. Wprowadzają terror, porywają ludzi, w tym amerykańskich obywateli, dzieci, przetrzymują ich miesiącami w obozach, wysyłają do obozów na innych kontynentach, zabijają. Zginęło już blisko 140 osób. Cierpią przez nich całkowicie przypadkowe osoby, jak rodzina z szóstką dzieci, wracająca z meczu bejsbolowego. Rzucili w ich kierunku granat dymny, najmłodsze 6-miesięczne dziecko nie może oddychać samodzielnie, trójka starszych też jest w szpitalu.Część wyborców Trumpa staje się sceptyczna wobec jego polityki, nie tylko z powodu drożyzny, ale z powodu interwencji w Wenezueli. Tego miało już nie być. Amerykańscy żołnierze mieli już nigdzie nie wyjeżdżać. Zaostrzanie działań w Minneapolis, groźby wysłania wojska i ICE do innych miast niebieskich, czyli rządzonych przez demokratów, ma prawdopodobnie spowodować, że ci zniechęceni wyborcy Trumpa, jednak staną za nim, kiedy konflikt na ulicach stanie się gwałtowny.Poprą Trumpa w imię przywrócenia porządku i spokoju. Czyli Donald Trump tworzy problem, żeby móc go potem rozwiązać?Sytuacja jest nerwowa, sondaże nie wyglądają najlepiej. A jednym ze sposobów, który dotychczas działał na wyborców republikańskich, była gra na polaryzację. Im bardziej spolaryzujemy społeczeństwo, im bardziej zaostrzymy sytuację, tym większa szansa, że będą myśleli w kategoriach „my versus oni” i ta identyfikacja okaże się ważniejsza niż niezadowolenie z władzy. Jednocześnie Trump się chyba przeliczył, bo ludziom nie podoba się brutalność agentów wobec zwykłych ludzi, nawet tych nieudokumentowanych czy nielegalnie przebywających w Stanach imigrantów. Nawet policja w Minnesocie jasno stwierdziła, że ICE przekracza granice. Wypowiedziała się w sposób bardzo jednoznaczny przeciwko metodom stosowanym przez ICE, a wiemy dobrze, że w Stanach Zjednoczonych istnieje coś takiego jak blue wall of silence. Nawet jeżeli dochodzi do pewnych napięć między różnymi agencjami, to nie publicznie.Przeciwna metodom ICE jest też policja nowojorska. Armia miała nie przedstawić planu inwazji na Grenlandię, jest sceptyczna wobec ataku na kraj NATO. To nie jest tak, że Trump ma wszystkie karty w ręku.Trump ma kart coraz mniej. Posuwa się coraz dalej i dociera do progu, za którym są rzeczy do niedawna niewyobrażalne. To powoduje, że jest pewien opór. Nie jest to ta mityczna siła amerykańskich instytucji, tylko raczej domaganie się przekroczenia granic, których ludzie nie chcą przekraczać. Amerykańscy żołnierze nie chcą strzelać do wojskowych, z którymi walczyli ramię w ramię w Afganistanie ani dopuścić się zdrady wobec sojuszników. Jeśli chodzi o ICE, to stosowane przez tych agentów metody mają niekorzystne skutki dla policji i innych służb siłowych. Ich praca bez zaufania obywateli, bez powszechnego przekonania, że organy ścigania faktycznie służą temu, żeby egzekwować prawo równe dla wszystkich, staje się znacznie trudniejsza i bardziej niebezpieczna.Agenci ICE noszą kominiarki, nie mają naszywek z nazwiskami, identyfikacji, noszą ubrania, które każdy może sobie kupić na Amazonie.Tak jest, mamy też doniesienia o tym, że ludzie podszywają się pod ICE po to, żeby dokonywać przestępstw, co powoduje, że policja ma jeszcze więcej pracy, trudno znaleźć sprawców, informacje o tym, że policja współpracuje z ICE albo może współpracować z ICE, powodują, że ludzie coraz mniej chętnie zgłaszają się do niej. Zaufanie do funkcjonariuszy podważa też marne przeszkolenie agentów. To są często osoby, które nie trafiły do policji i do wojska, bo nie spełniały kwalifikacji. Choć agent, który zastrzelił Renee Good miał niemal dwie dekady doświadczenia. To pokazuje, że nie tylko brak przeszkolenia jest problemem, ale też dotychczasowy sposób szkolenia agentów.A czy Donald Trump może chcieć tak eskalować konflikt w Minneapolis, za chwilę w Filadelfii, w Kalifornii, żeby wprowadzić Insurrection Act? Straszy tym otwarcie, a to oznacza tłumienie protestów z pomocą wojska. Wtedy wybory trzeba byłoby przesunąć. Tak robi Netanjahu, prowadzi wojnę, by pozostać u władzy.Jeżeli faktycznie takie są pomysły tej administracji, to eskalacja ma sens, dlatego że im bardziej będą przyciskać, tym mocniejszy będzie bunt. Spektakularny wybuch oporu uzasadni i prawnie i w oczach wystarczającej liczby wyborców wprowadzenie stanu wyjątkowego po to, żeby utrudnić przeprowadzenie wyborów. Odwołanie wyborów nie byłoby możliwe, natomiast możliwe jest przejęcie kontroli nad prowadzeniem wyborów, a znamy powiedzenie, że nie jest ważne, kto głos oddaje, ważne, kto głosy liczy.Czy Donald Trump jest gotów oddać władzę?Znamienny był 6 stycznia 2021 roku, czyli atak na Kapitol, oraz próby podważenia wyniku wyborów z 2020 roku, które miały miejsce wcześniej. Wygląda na to, że Donald Trump i ludzie za nim stojący gotowi są posunąć się daleko, byle nie oddać władzy. Oczywiście współcześni autokraci lubią wybory, znamy to z Węgier, z Turcji, znamy to nawet z Rosji. Lubią wybory wtedy, kiedy je wygrywają. Jeśli nie mogą ich wygrać w sposób uczciwy, to zmieniają zasady tak, żeby było im łatwiej, a jak nawet to nie jest wystarczającą gwarancją, dochodzi do fałszerstw. A ludzie z administracji Trumpa mają coraz więcej do stracenia. Zauważmy, że każdemu z nich można postawić zarzuty.Ludzie pozywają na drodze cywilnej agentów ICE, o zniszczenie mienia, o koszty leczenia. J.D. Vance obiecał im bezkarność. Czy jest możliwe rozliczenie polityków, w tym Donalda Trumpa czy Stephana Millera?Stwierdzenie wiceprezydenta, że ICE ma kompletny immunitet, nie ma żadnych skutków prawnych. Moim zdaniem Vance miał na myśli to, że niezależnie od tego, o co agenci zostaną oskarżeni, to prezydent ich ułaskawi. A precedens stworzył Joe Biden. To on uniewinnił ludzi związanych z komisją do spraw 6 stycznia, zanim Trump po wygranej zdążył postawić im zarzuty. To Biden ogłosił, że mają „presidential pardon”, trochę jak Andrzej Duda wobec Macieja Wąsika i Mariusza Kamińskiego. Administracja Trumpa, w tym Stephan Miller, Pam Bondi, Chrisine Noem pozwalają sobie na wiele, bo wiedzą, że nic im się nie stanie, nawet jeśli republikanie stracą większość w obu izbach po wyborach połówkowych. Demokraci muszą zdawać sobie z tego sprawę, ale nie mogą tego głośno powiedzieć, bo to by było demobilizujące. Kongres może wzywać na przesłuchania a kongresowe komisje będą prowadzić swoje śledztwa i najpewniej na tym się skończy. Możliwe, że wezwania przed Kongres będą ignorowane. Wtedy Kongres może przegłosować ukaranie osób, które się uchylają, ale kto je aresztuje? Przecież nie FBI, na którego czele stoi Kash Patel, bliski współpracownik Trumpa. Inne służby podlegają Departamentowi Sprawiedliwości, za który odpowiada Pam Bondi. To już nie jest instytucja zajmująca się egzekwowaniem prawa, ale narzędzie represji politycznych. Departament Sprawiedliwości chciał wszcząć proces przeciw żonie Renee Good. To się nie udało, dlatego że troje prokuratorów federalnych w Minnesocie zrezygnowało. Ale wiemy, że kongresmenka LaMonica McIver, która w New Jersey, chciała skontrolować punkt detencyjny, została oskarżona o napaść na funkcjonariusza ICE. Grozi jej 17 lat więzienia. A ona wykonywała swoje konstytucyjne zadanie. Tom Homan „car granic” stwierdził, że FBI powinno otworzyć śledztwo przeciwko AOC, za to, że informowała ludzi, jak się mają zachowywać, gdy są zatrzymywani przez ICE. To wszystko są represje polityczne i próby zastraszenia przeciwników.A jednak Kongres właśnie przegłosował kolejne 28 milionów dolarów na ICE. „Za” głosowało również 8 demokratów. Demokraci chyba potrzebują jeszcze więcej czasu, żeby się zorganizować?Czasami mam wrażenie, że demokraci niczego się nie nauczyli po pierwszej kadencji Trumpa. Uznali, że wystarczy wrócić do tego, co było. Odetchnęli, kiedy prezydentem został Biden. Nie patrzyli poza granice USA, na Polskę, Węgry, Turcję, Rosję. Gdyby patrzyli, rozumieliby, że jeśli Trump wróci do władzy, będzie tylko gorzej.Sytuacja w USA jest analogiczna do tej w Polsce. Strona demokratyczna jest tak silna, jak słaba jest strona autorytarna. Czy republikanie nie tracą, nie tylko na brutalności, ale i na takich wydarzeniach jak bal psów w Mar-a-Lago, z maskami psów i strojami z czasów Marii Antoniny? Rozumiem, że bal był charytatywny, ale bogaci płacą coraz mniejsze podatki, przepaść między finansowymi elitami i zwykłymi wyborcami jest wprost karykaturalna. Domaga się rewolucji.Nie wydaje mi się, żeby te sceny miały jakiekolwiek znaczenie, bo przede wszystkim do wyborców Trumpa raczej nie dotrą. Spora ich część ma dostęp tylko i wyłącznie do konserwatywnych mediów albo czerpie wiedzę z FB. Rozjazd między elitami a zwykłymi ludźmi jest szokujący dla nas, ale zwykli ludzie mogą też powiedzieć, no dobra, ale co złego jest w tym, że się założył maskę psa? Tym bardziej, że to bal charytatywny. Tym, co może zachwiać poparciem, jest raczej wzrost cen.Demokraci mogą na tym skorzystać?Już korzystają, ale największym problemem demokratów jest zbudowanie kanałów dotarcia do ludzi i język, jakim się komunikują. Nie mogą oczekiwać, że wygrają wybory, jeżeli poparcia udzieli im George W. Bush, Clintonowie, czy ktokolwiek z elit politycznych czy celebryckich. Co Tyler Swift może powiedzieć ludziom mieszkającym w Iowa albo w Oklahomie? Ona nie ma z nimi nic wspólnego. Obawiam się, że jest potrzebna istotna wymiana partyjnych elit. A to będzie trudne. Nie jest przypadkiem fakt, że Chuck Schumer, senator, jeden z najbardziej probiznesowych, zblatowanych z korporacyjną Ameryką demokratów, niemalże do samego końca odmawiał poparcia Zohrana Mamdaniego, obecnego demokratycznego burmistrza Nowego Yorku.Schumer tak jak Nancy Pelosi jest symbolem oderwania demokratycznych polityków od realiów życia ludzi, których poparcie uważali za oczywiste.Politycy republikanów nie są oderwani?Oczywiście, że republikańskie elity są też oderwane, tylko że one przynajmniej udają, że jest im blisko do wyborców, jeżeli chodzi o takie wartości jak bycie pro-life, anty-LGBT+, itp. Wydaje mi się, że tutaj Partia Demokratyczna będzie miała dużo więcej roboty do wykonania, zwłaszcza że język, którym lewica Partii Demokratycznej się posługuje, to nie jest język wyborców ze środka Stanów Zjednoczonych.To znaczy?Jeżeli powiesz im o państwie opiekuńczym, odwrócą się, bo będzie im się to kojarzyło z socjalizmem, a oni nie chcą socjalizmu, nie chcą europejskiego państwa dobrobytu, oni chcą tylko i wyłącznie, żeby było uczciwie. A ich zdaniem jest uczciwie wtedy, kiedy ciężko pracujesz, płacisz podatki i z tych podatków masz coś dla siebie.To brzmi dokładnie jak definicja państwa dobrobytu.Owszem, ale oni nie chcą tego w tym języku słyszeć. Ciężka praca, która jest uczciwie wynagradzana, to jest wartość amerykańskiej klasy pracującej, ale demokraci muszą nauczyć się o tym mówić językiem, który zostanie przez ludzi zrozumiany. Druga rzecz, to skąd demokraci mają wziąć pieniądze na uprawianie polityki? Potrzebne są w tej chwili miliony dolarów, żeby się liczyć. Nie przelicytują drobnymi darowiznami od wyborców wielkich korporacji. Peter Thiel kupił sobie wiceprezydenta, Elon Musk kupił sobie wstęp do gabinetu owalnego.Nie ma demokratycznych miliarderów?Są, ale to w dużej mierze korporacyjne elity, które mają swoje interesy i te interesy nie pokrywają się z interesami biedniejszych Amerykanów. Weźmy protrumpowski zwrot krzemowej doliny. Decyzję o poparciu Trumpa podjęto po tym, jak Biden nie chciał się wycofać z pomysłów uregulowania kryptowalut, w które tamtejsza oligarchia dużo zainwestowała. To oczywiście najbardziej jaskrawy przypadek. ale chodzi o to, że Partia Demokratyczna musiałaby pozostać partią probiznesową. Jeśli natomiast miałaby zwrócić się ku tzw. klasie pracującej, to musiałaby poważnie zastanowić się nad powrotem do pewnych rozwiązań z połowy XX wieku. To był czas relatywnie silnych związków zawodowych i bardzo wysokich progresywnych podatków z marginalną stawką osiągającą poziom 90 proc. Obecnie takie podatki dochodowe nie byłyby wystarczające, trzeba byłoby opodatkować zyski z kapitału. Trudno mi sobie wyobrazić, by po dekadach przywilejów miliarderzy nagle zaczęli popierać pomysły dobrania się do ich pieniędzy i to nie tylko w celu ustabilizowania rynków, ale przede wszystkim w celu redystrybucji. Establiszment partii demokratycznej wydaje się obawiać, że jeśli podniesie tę kwestię, to straci źródło finansowania. Tego nie boi się partyjna lewica, ale oni uważają, że miliarderzy nie powinni istnieć. Ten dylemat nie jest nie do przeskoczenia, ale mam wrażenie, że partyjna elita obawia się nawet podjęcia tego wysiłku.Czytaj też: Ambasador USA o Trumpie: Polska nie ma większego przyjaciela