Wychodzisz z domu i znikasz. Reszta dzieje się za drzwiami. Donieck udaje normalność, a pod spodem działa drugi obieg: porwania, „piwnice”, przesłuchania. Stanisław Asiejew pisał spod okupacji — i zniknął. To, co później zobaczył w katowni „Izolacja”, opisał już po wyjściu na wolność w książce „Świetlana Droga. Obóz koncentracyjny w Doniecku”. Tam nawet cudzysłów staje się dowodem, a strach ma procedurę. W upale asfalt mięknie jak plastelina, a miasto udaje, że jest normalne. Że nadal jest po prostu dużą aglomeracją w Donbasie, gdzie ludzie kłócą się w kolejkach, dzieci wracają z boiska, a autobusy – jak zawsze – spóźniają się o „pięć minut”, które potrafią trwać pół godziny. Tylko że pod tą codziennością jest drugi obieg. Gęstszy. Cichszy. W nim nie liczy się rozkład jazdy, tylko to, czy dziś po ciebie przyjadą.W tym mieście żyje i pracuje Stanisław Asiejew – ukraiński dziennikarz i pisarz. Zostaje w Doniecku już po 2014 roku, kiedy miasto przejmują wspierane przez Rosję struktury separatystyczne. Nie wyjeżdża „na bezpieczną stronę”. Zostaje tam, gdzie prawda jest kontrabandą, a zwykłe zdanie może zostać potraktowane jak atak. Pisze pod pseudonimem Stanislav Vasin – bo w Doniecku pseudonim nie jest literacką maską, tylko kamizelką z papieru: cienką, ale czasem jedyną, jaką masz. Publikuje m.in. dla Radia Swoboda w ramach projektu Donbas. Realii Donieckiej Republiki Ludowej, a także dla ukraińskich redakcji.I pewnego dnia znika. Urywa się kontakt – i nagle człowiek staje się pustym miejscem: niedostarczonym tekstem, milczącym telefonem, drzwiami, za którymi nikt nie odpowiada. A w Doniecku po 2014 roku taka cisza ma swoją definicję: ktoś cię wziął.To nie jest opowieść z pełnoskalowej wojny 2022+. To wcześniejsza faza konfliktu w Donbasie: Donieck po 2014 roku, lata 2017–2019, okupacyjny aparat, który uczy mieszkańców nowej definicji strachu, z której robi prawo.Miasto, które udaje państwoPo 2014 roku Donieck zaczyna funkcjonować jak „państwo z pieczątką”: ma własne „służby”, własne „sądy”, własne „ministerstwa”, własny język, którym wypada mówić. To jest państwo, które nie musi przekonywać – ono może wymusić. W tej rzeczywistości najważniejsza instytucja nie ma szyldu i nie potrzebuje reklamy. Ona działa „po cichu”, a jej walutą jest strach.ONZ-owscy obserwatorzy praw człowieka w raportach opisują arbitralne zatrzymania, tortury i złe traktowanie w kontekście konfliktu w Donbasie jako zjawisko o skali i wzorcach, które nie wyglądają na przypadek. W samym raporcie OHCHR dotyczącym lat 2014–2021 pojawiają się szacunki tysięcy ofiar tortur i złego traktowania, a także setek przypadków przemocy seksualnej związanej z konfliktem.Asiejew widzi to z bliska. Z podwórka, z przystanku, z klatki schodowej, gdzie czasem ktoś przestaje wychodzić na spacer i już nigdy nie wraca do normalnego rytmu. Jego teksty są rzadkim oknem na życie w okupowanym mieście – właśnie dlatego są niebezpieczne. Pisze tak, jakby mówił: „to nie jest folklor, to nie jest teatr”. A aparat okupacyjny reaguje tak, jak reagują systemy, które nie znoszą świadków: próbuje ich uciszyć.„Wyrok za cudzysłów”W Doniecku, gdzie język jest częścią władzy, nawet znaki interpunkcyjne mogą być dowodem. Asiejew opisuje mechanizm, w którym „Doniecka Republika Ludowa” zapisana w cudzysłowie staje się sygnałem „nielojalności”. Cudzysłów oznacza dystans. Dystans oznacza, że nie uznajesz. A jeśli nie uznajesz – to znaczy, że jesteś wrogiem. Wrogiem, którego można wpisać w dowolny paragraf: „szpiegostwo”, „ekstremizm”, „działalność przeciw państwowości”. Brzmi jak prawo. Działa jak pałka.Międzynarodowe organizacje dziennikarskie i obrońcy praw człowieka zwracają uwagę, że sprawa Asiejewa od początku była symbolem: to nie jest „proces” w normalnym sensie, tylko próba nadania pozorów legalności czemuś, co w istocie jest represją wobec dziennikarza. Zniknięcie: kiedy człowiek staje się pustkąTo dzieje się nagle jak odcięty kabel. Asiejew przestaje odbierać. Nie odpisuje. Nie ma tekstu, który miał przyjść do redakcji. Nie ma krótkiego „zaraz wrócę”, które uspokaja. Jest cisza, która w Doniecku po 2014 roku nigdy nie bywa neutralna.Dla bliskich zaczyna się czas, który nie ma dat w kalendarzu, tylko kolejne godziny bez sygnału. Najpierw jest jeszcze odruch tłumaczenia: może bateria, może kłopoty z siecią, może ktoś zatrzymał go „do wyjaśnienia”. Potem przychodzi to słowo, którego nikt nie chce wypowiedzieć: porwanie. A wraz z nim próżnia informacyjna – metoda równie skuteczna, jak przemoc fizyczna.Izolacja: od sztuki do katowniŻeby zrozumieć, gdzie trafia Asiejew, trzeba cofnąć się do czerwca 2014 roku. Na obrzeżach Doniecka działała wcześniej przestrzeń sztuki współczesnej: teren dawnej fabryki materiałów izolacyjnych, przekształcony w centrum kultury. To miejsce miało w sobie coś z obietnicy – że nawet w przemysłowym mieście można zbudować wyspę wolności, języka, idei.9 czerwca 2014 roku teren przejmują siły okupacyjne. Od tej chwili Izolacja przestaje być nazwą artystyczną. Staje się nazwą miejsca, o którym mówi się szeptem: nielegalne więzienie, baza wojskowa, przestrzeń, w której ludzie są trzymani bez kontaktu ze światem i poddawani przemocy. Tak opisuje to Fundacja IZOLYATSIA, a w kolejnych latach świadectwa byłych więźniów i organizacji praw człowieka dokładają do tego obrazu kolejne warstwy: tortury, wymuszenia, praca przymusowa. Asiejew trafia właśnie tam, do miejsca, które ma logikę fabryki. Tyle że produktem jest posłuszeństwo. Jak daleko posunięte? Niech za zobrazowanie posłuży choćby fakt, że na dźwięk kroków, więźniowie natychmiast wkładają na głowę czarny worek.Procedura przemocyIzolacja nie jest dlatego tylko nazwą miejsca. To słowo, które działa jak klucz do drzwi, które same się zatrzaskują. Dawna fabryka i schrony, które kiedyś miały chronić przed bombą, stają się scenerią innego rodzaju zagrożenia – codziennego, powtarzalnego, ułożonego w procedurę. Nie ma tu „incydentów”. Jest rytm, który wraca jak zegar: noc, kroki, wezwanie, korytarz. I poczucie, że nie ma dolnej granicy.W „Świetlanej drodze” nie brakuje opisów tortur, jakie stosowano wobec osadzonych To tylko jeden z wielu, który pokazuje, że bez względu, ile czasu więzień siedzi w Izolacji, nie jest w stanie przyzwyczaić się do kreatywności oprawców.„Przez jakiś czas okładali mnie w jedno miejsce, nieco ponad kolanem. Już po kilku minutach skóra pod dżinsami napęczniała jak bańka mydlana. W Izolacji takich ludzi później będzie się nazywać sygnalizatorami, ze względu na efekt. Po całym ciele rozlewa się siniak – najpierw fioletowy, z czasem żółto-zielony. Pewnego razu do sąsiedniej celi wnieśli i złożyli na podłodze sygnalizatora, nakryli go kocem i zabronili przełożyć na pryczę. Przeleżał tak do rana. Ze mnie będzie częściowo sprawny sygnalizator. Przyjmując ciosy, musiałem odpowiadać na pytania czekistów siedzących naprzeciwko, mniej więcej takie: 'Skąd się urwałeś, bydlaku? Jakim prawem negujesz wybór ludzi, którzy chcą mieszkać w oddzielnym kraju?'. Jeśli zamyśliłem się choćby na sekundę lub próbowałem wyjaśnić, że ból nie pozwala mi się skoncentrować, bili mocniej i z większą częstotliwością. Już to zakrawało na absurd: miałem 'prowadzić konwersację' i udawać, że nie spada na mnie gumowa pałka” – pisze Asiejew.A w innym momencie dodaje: „Każdego dnia łzy, krzyki, cierpienie – nie ma tu ani kropli miłości. Mam dwadzieścia osiem lat, ręce drżą mi jak u starca, a obok mnie siedzą ludzie, którzy w ciągu miesiąca osiwieli. Jeśli Bóg istnieje, to albo jest okrutnikiem, albo nigdy tu nie trafił” – z goryczą dodaje dziennikarz.W Izolacji przesłuchanie nie służy ustaleniu faktów. Ono służy zbudowaniu wersji. Masz mówić, gdy cię biją. Masz odpowiadać, gdy ciało krzyczy „nie”. Masz udawać normalność w miejscu, które normalność z definicji łamie. Pytania bywają logiczne tylko na początku. Potem zaczynają skakać. Od „szpiegostwa” do absurdów. Od polityki do spraw intymnych. Od „dla kogo pracujesz” do „kogo znasz” i „czemu tak mówisz”. Chaos ma swój cel: rozbić ci w głowie to, co trzyma człowieka przy sobie i poczucie, że świat jest logiczny.„Zakazali mi krzyczeć, powiedzieli, że odetną mi kawałek nosa, jeśli wydam jeszcze choćby dźwięk. Potem któryś demonstracyjnie strzelił mnie pokaźnym tasakiem w nasadę nosa, ostrze było jednak tępe. Przyczepili mi kabel do lewego ucha i musiałem odpowiadać ze skurczami mięśni twarzy. Mówiłem – jak łatwo się domyślić – niewyraźnie, więc za karę jeden z oprawców zwiększał napięcie” – wspomina jedno z przesłuchań i rażenie prądem Asiejew.W tej logice prąd nie jest „metodą zdobywania informacji”. Prąd jest komunikatem: „my tu decydujemy, co jest prawdą”. A pałka nie jest „karą”. Pałka jest interpunkcją w zdaniu, które ktoś pisze twoim ciałem. I jeszcze jedno: upokorzenie. Nie jako „skutek uboczny”, tylko jako narzędzie.„Zapytano mnie na przykład, jak często się onanizuję. Koncepcja zasadza się na tym, że zadają ci pytanie tak skonstruowane, że dla nich odpowiedź jest oczywista, a dla ciebie kłopotliwa. Jeśli przesłuchiwany kłamie już na początku, tortury przybierają bardziej okrutną i przewlekłą formę. Poza tym kaci usiłują cię zdekoncentrować – przechodzą na przykład od pytań na temat szpiegostwa (czyli dotyczących oskarżenia) do wiary w Boga i skoków ze spadochronem. Pozorny chaos miał cię zmusić do oczywistego kłamstwa. Na pytanie o spadochron odpowiedziałem: 'Tak', i natychmiast usłyszałem: 'Jaki typ?'. Po odpowiedzi: 'Szybujący', od razu oberwałem prądem i czymś twardym w potylicę. Krzyczeli, że kłamię, Najwyraźniej nie byli wszechwiedzący, liczyło się dla nich jedno – zmusić mnie do zmiany odpowiedzi, żeby pod pretekstem kary za kłamstwo torturować mnie jeszcze ostrzej i dłużej. Pytania o rodzinę i Boga sprawiają, że miękniesz, stwarzają iluzję, że ci odpuszczają, teraz będą 'rozmawiać po ludzku'. Następny impuls elektryczny przysporzy ci znacznie silniejszego bólu”.I wreszcie dochodzisz do ściany, której nie da się przegadać ani przemilczeć. Do miejsca, gdzie przestajesz wierzyć, że krzyk coś zmieni – bo tu krzyk jest tylko kolejnym dźwiękiem w procedurze. To jest moment, w którym człowiek zostaje sam ze swoją kruchością – i z pytaniem, które w normalnym świecie można odłożyć na później. Tam „później” nie istnieje. Tam wiara nie jest tematem do dyskusji. Jest czymś, co pęka albo trzyma – a czasem pęka właśnie dlatego, że trzymało zbyt długo.Czytaj też: Łotwa widzi te same sygnały, które Moskwa wysyłała przed atakiem na KijówZerwanie z BogiemW Izolacji wiara nie umiera w jednym geście. Raczej ściera się z dźwiękiem, który wraca noc po nocy. Asiejew tak to zapamiętał:„Doskonale pamiętam moje zerwanie z Bogiem. Nastąpiło jesienną nocą 2017 roku (…) po raz trzeci słyszałem, jak w sąsiedniej monitorce kogoś torturują. Odgłosy wskazywały, że chłopaka bili po genitaliach”.Nie ma tu przestrzeni na „modlitwę na spokojnie”. Jest sąsiednia cela, cienka ściana i rytm, który rozwala głowę. „Nieustannie pytali o jakieś listy: ostry trzask, krzyk, pytanie – i znowu trzask, tak od paru godzin. Głowa pękała, o spaniu nie było mowy”.I wtedy pojawia się myśl, która nie jest filozofią. Jest reakcją na to, co słychać obok: „Od dzieciństwa aż do tamtej chwili regularnie modliłem się przed zaśnięciem. Przez dwadzieścia lat opuściłem wieczorny pacierz zaledwie raz – w dniu, gdy mnie aresztowano i po torturach wtrącono do piwnicy. Jeszcze od czasów szkolnych nosiłem na szyi drewniany krzyżyk, miałem go na sobie w noc zerwania. Przez moją głowę jak błyskawica przemknęła myśl: jeżeli Bóg jest wszechobecny, to znaczy, że teraz siedzi w monitorce obok tego chłopaka i z uśmiechem obserwuje tortury”. I dodaje: „Jeśli Bóg istnieje, to albo jest okrutnikiem, albo nigdy nie trafił na ulicę Świetlanej Drogi 3”.Tyle wystarczy, żeby „Bóg” w tej historii nie był tematem teologicznym, tylko granicą psychiki. Po tej granicy zostaje już tylko system: niepytający o sens, tylko sprawdzający, co jeszcze da się zabrać.Czytaj też: Objęte sankcjami towary trafiają do Rosji. Przejeżdżają przez polską granicęAnton Pałycz. Sadysta, gwałciciel, kat, psychopataW Izolacji nazwiska są jak amunicja: lepiej ich nie rozsypywać. Asiejew trzyma się tej zasady niemal do końca. Nie chce, by straumatyzowani, często też zgwałceni ludzie czytali o sobie w książce Asiejewa. Z kolei co do władz więzienia, dziennikarz tłumaczy to tak: „dopóki nikogo nie ukarano, a oni torturują w najlepsze, czuliby się zaszczyceni, widząc swoje nazwiska w tekście. Wierzcie mi, żaden z nich nie żałuje. Każde słowo tej książki to dla nich żart”.Ale robi jeden wyjątek, bo bez niego nie da się wytłumaczyć, jak działało to miejsce.To wyjątek dla zła absolutnego, pana i władcy Izolacji, zwanego Pałyczem. Bez Pałycza „Izolacja” w ogóle by nie istniała.Pałycz nie jest „kolejnym strażnikiem”. To jest człowiek, który nadaje miejscu rytm i ustawia relacje między ludźmi tak, żeby nikt nawet nie myślał o wspólnym oporze. Asiejew nie bawi się w miękkie określenia, nie łagodzi, nie zostawia furtki. Tnie prosto:„Co można powiedzieć o tym człowieku? […] Zawzięty sadysta, gwałciciel, kat i alkoholik, klasyczny psychopata, a jednocześnie wytrawny psycholog o nietuzinkowym poczuciu humoru. To właśnie on stworzył w Izolacji system, w którym więźniowie zaczynali się nawzajem nienawidzić, co wykluczało choćby cień szansy na bunt”.Władza Pałycza nie jest „brutalnością” w potocznym sensie. To jest władza, która lubi się słyszeć. On potrafi mówić jak ktoś, kto wygłasza program – tylko że jego państwo to korytarz i cele.„– Wiem, będziesz pisać, że my tu bijemy, że się znęcamy, żeśmy nie ludzie, a zwierzęta. […] – Zapamiętaj sobie – mówił coraz szybciej […] – cała ta wojna trzyma się na takich jak ja. […] – Ja tu jestem Bóg, przywódca i sędzia. Zgadza się, katuję, ale wyniki mam bez zarzutu. […] Łapiesz, dziennikarzyno?”Czytaj także: „Globalna awaria” w Aerofłocie. Problemy z odprawą pasażerów i biletamiSeks. „Podmyj się” jako sygnałSeks w Izolacji nie jest tematem, tylko narzędziem. Takim samym jak kabel, taśma, pałka – tylko trudniejszym do opowiedzenia, bo ma zostawić człowieka z piętnem, które działa długo po wyjściu na wolność. Asiejew pisze o tym bez ozdobników: tu nie chodzi o pożądanie ani „więzienny folklor”, tylko o kontrolę, upokorzenie i strach. W tym miejscu ciało jest częścią przesłuchania. Granice – elementem regulaminu, który oprawca może przesunąć, kiedy chce.Asiejew notuje, że to, co działo się w Izolacji, „przerażało nawet ludzi z dwudziestoletnim stażem łagrowym”, a „pan tego obozu koncentracyjnego miał fioła na punkcie seksu” – rozumianego „na sposób dewianta”, „ze wszystkimi właściwymi mu zboczeniami”, co „skutkowało złamanym życiem dziesiątek ludzi”. Dziennikarz podkreśla, że ta obsesja była wszędzie: w słownictwie i w zachowaniu. Opisuje sceny, w których Pałycz potrafił otworzyć drzwi do łaźni podczas kąpieli dwóch więźniów i zrobić z tego publiczne upokorzenie: miał krzyczeć „na całą Izolację”, że widzi „gejów”, „którzy właśnie robią sobie nawzajem dobrze”, a „komunikat” – ze „specyficzną intonacją” – był „naszpikowany przekleństwami”. I dopowiada, że Pałycz uważał się przy tym za dowcipnego.Przy kobietach – pisze – mechanizm był równie prosty, tylko bardziej „adresowy”: Pałycz „szydził niemal identycznie”, a w drzwiach padała „propozycja umycia krocza bądź seksu oralnego”. Dalej Asiejew pokazuje, jak w tym miejscu nawet neutralne słowa stają się kodem. Cytuje hasło, po którym w celi robi się ciszej: „Podmyj się”. Wyjaśnia, że te słowa znaczyły, iż „którąś z lokatorek sąsiedniej, damskiej celi zaprowadzą dziś na pierwsze piętro”, a dla kobiet „pierwsze piętro było równoznaczne z gwałtem”. Tam miał być „pokój pana Izolacji”; tam prowadzano więźniarki, którym rozkazywał „starannie się umyć” przed wizytą na górze.Asiejew dodaje, że przemoc seksualna była też używana jako groźba wobec niego – jako dźwignia w „czynnościach”. Opisuje moment, w którym „pod koniec tortur” pada sugestia, że zostanie odprowadzony do celi i „od razu pierwszej nocy” go tam „przecwelą”; że jeśli chce siedzieć „w jedynce”, ma jak najszybciej „wszystko podpisać”. I zaznacza: później okazało się, że ta groźba „nie była blefem”. Pisze też o ludziach „od tej roboty”, których kaci mieli trzymać przy sobie, a potem ukrywać w oddzielnych celach, „żeby nie rozerwano ich na kawałki”.Na końcu wraca do rzeczy, która wszystko spina: poczucie absolutnej bezkarności – i do materiału, który, paradoksalnie, bezkarność dokumentował. Asiejew pisze o „skrupulatnej dokumentacji”: że „w każdej celi, w karcelach, w każdej piwnicy zamontowano kamerę wideo”, że są „terabajty danych”, „setki godzin materiału dla międzynarodowych trybunałów”. I stawia pytanie wprost, jakby sprawdzał granice świata: „czy można „przez sześć lat kpić ze wszystkich raportów ONZ i bezczelnie nagrywać swoich przestępstw”? Mogą? W takim razie Izolacja udziela odpowiedzi na pytanie o to, czym jest nasz świat. Cały absurd, całe okrucieństwo i cała niesprawiedliwość skoncentrowały się tutaj: przy ulicy Świetlanej Drogi 3. Brak kary i brak odwetu, kpiny z pokonanych – z nas. Wiele osób z wytęsknieniem oczekuje przyszłego sądu, ostatecznego. Ja w niego nie wierzę. W co wierzę? W rechot tych ludzi w piwnicy, kiedy przyklejają kogoś taśmą do stołu”.Uwolnienie. Ręce dalej drżą jak u 70-latka29 grudnia 2019 roku Donbas wygląda jak miejsce, w którym nawet powietrze ma procedury. Na punkcie kontrolnym w okolicach Majorskiego ludzie wysiadają z autobusów i przez chwilę nie wiedzą, czy wolno już oddychać normalnie. które wracają z nicości.Wtedy dochodzi do wymiany przetrzymywanych między Ukrainą a okupowanym Donbasem. Na liście jest Stanisław Asiejew. Wraca na wyczekiwaną wolność, ale tylko w sensie geograficznym. Nie wraca do świata, w którym da się po prostu zamknąć drzwi i zapomnieć. Bo Izolacja działa jak procedura także po wyjściu: zostawia w pamięci rytm kroków, w ciele odruchy, w języku pauzy. Ktoś, kto długo był „zniknięty”, uczy się na nowo najbardziej banalnych rzeczy: że telefon dzwoni i to nie jest sygnał do paniki; że cisza w mieszkaniu nie oznacza, że zaraz otworzą się drzwi.„Teraz będę zajmował się zdrowiem, jest szereg problemów” – to jedno z pierwszych zdań, które wypuszcza w świat po wyjściu z niewoli. Nie ma w nim triumfu. Jest rachunek strat i natychmiastowe ustawienie priorytetów: ciało do naprawy, głowa do odzyskania, a obok tego ci, którzy zostali. „W najbliższej przyszłości pierwszym zadaniem będzie uwolnienie tych, którzy wciąż zostają w niewoli” – deklaruje.Wolność nie działa jak przełącznik. Asiejew mówi o niej, jak o czymś, do czego trzeba się dopiero nauczyć wracać. „Jeszcze nie. Widzę cały szereg problemów psychologicznych” – przyznaje, gdy pytają, czy już „normalnie” żyje. Zwykłe, telewizyjne studio potrafi uderzyć jak obce terytorium: „Nawet format w studiu to dla mnie mikroszok”.I dlatego pierwsze tygodnie „po” nie wyglądają jak odpoczynek, tylko jak próba odzyskania głosu w warunkach, w których głos przez lata był używany przeciwko niemu. Asiejew wraca do swoich notatek jak do dowodu na to, że to, co przeżył, nie zostanie zasypane cudzymi wersjami. „Przed wymianą schowałem w jego listach własne rękopisy… dziś mi je przekazał” – mówi o sposobie, w jaki ratował teksty przed konfiskatą. Ten gest jest ważny nie tylko literacko. To logika świadka: ocalić zapis, żeby potem nie trzeba było udowadniać, że w ogóle istniałeś jako człowiek, a nie jako „sprawa”.Z czasem widać, że skutki niewoli nie siedzą wyłącznie we wspomnieniach. Ciało zdradza emocje szybciej niż słowa: „Ręce drżały mi jak u 70-latka. I teraz też drżą – zostało” – mówi po roku po wyjściu na wolność.Jednak wolność z 2019 roku przestaje być finałem, a staje się jednym z rozdziałów dłuższej walki. Asiejew w sierpniu 2024 r. mówi o strachu przed ponownym uwięzieniem, już w realiach kolejnych lat wojny: „Strach, że Rosjanie znów mnie uwiężą, ściska mnie”. W tym jednym zdaniu jest cała jego powojenna biografia: wolność jako zadanie, pamięć jako obowiązek i życie „po” jako ciągłe sprawdzanie, czy świat nauczył się czegokolwiek z miejsca, które miało nie istnieć.Pałycz przed sądem w KijowieListopad 2021 roku przynosi w tej historii ważny zwrot: Pałycz przestaje być tylko przezwiskiem krążącym w relacjach i zaczyna mieć status podejrzanego w realnym, ukraińskim postępowaniu. SBU ogłasza jego zatrzymanie w Kijowie 9 listopada 2021 r. – Denis Kulikowski (prawdziwe nazwisko Pałycza), wskazywany jako były komendant Izolacji, trafia w ręce służb już po latach działania katowni w okupowanym Doniecku.Od tego momentu sprawa idzie dwutorowo. Zarzuty dotyczą jego roli w systemie nielegalnego przetrzymywania ludzi, tortur i przymusu pracy w Izolacji, a postępowanie staje się jednym z nielicznych przypadków, w których „Izolacja” wychodzi z mroku świadectw i wchodzi do akt sądowych. Ale nie obchodzi się bez kontrowersji: część obrońców praw człowieka i autorów publikacji stawia pytania o to, jak Kulykovskyi funkcjonował po 2019 roku i czy mógł mieć relacje z ukraińskimi służbami.3 stycznia 2024 r. zapada wyrok. Sąd w Kijowie skazuje Denisa Kulikowskiego na 15 lat więzienia z konfiskatą mienia. Media relacjonują to jako przełomowy moment: pierwszy tak wyraźny sygnał, że za Izolację można dostać realną karę, a nie tylko złą sławę. W materiałach podkreślano też, że proces toczył się w dużej mierze za zamkniętymi drzwiami, ale sam werdykt ogłoszono oficjalnie.Potem jest jeszcze jedna próba „rozszczelnienia” tej sprawy – apelacja. Pod koniec października 2024 r. sąd apelacyjny nie uwzględnia skargi obrony i utrzymuje wyrok w mocy.To nie zamyka historii „Izolacji”. Zamyka tylko jeden, bardzo ważny wątek: Pałycz przestaje być legendą z piwnic, a staje się skazanym z numerem sprawy. I właśnie dlatego ten wyrok działa jak klin: nie rozlicza całego systemu, ale wbija w niego datę, nazwisko i odpowiedzialność.Historia, która stała się teraźniejszościąA potem przychodzi 24 lutego 2022 roku – .pełnoskalowa wojna Rosji z Ukrainą. Mechanizm, który w Doniecku działał latami po cichu, nagle rozlewa się szerzej – w raportach, w relacjach rodzin, w listach z kolonii karnych, w powtarzalnym słowniku. Zmieniają się nazwy miejsc, zmieniają się mundury, ale nie zmienia się logika: człowiek ma zniknąć z pola widzenia. Ma stać się „sprawą”, numerem, „materiałem do wymiany”, a najlepiej – ciszą. Świat to widzi: kamery, satelity, zdjęcia, komunikaty, rezolucje. I jednocześnie widzi coś jeszcze – że wiedza nie zawsze jest hamulcem. Czasem jest tylko tłem, na którym dzieje się dalej.Dlatego Izolacja nie jest historią z archiwum. Jest instrukcją ostrzegawczą. Jeśli raz uznasz, że piwnica może być „metodą”, a tortury „narzędziem”, to następnego dnia ktoś zastosuje to samo wobec kolejnych – już nie w jednym okupowanym mieście, tylko na całej mapie wojny.Wyrok dla „Pałycza” jest potrzebny, bo nazywa sprawcę. Ale równie potrzebne jest coś, co nie mieści się w aktach: upór, by nie zgubić ofiar w szumie informacji. Bo dopóki ktoś wciąż siedzi w niewoli – w Rosji i na okupowanych terytoriach – dopóty ta historia nie ma kropki. Ma tylko pytanie, które wraca jak dźwięk syreny w więziennym korytarzu: ile jeszcze razy świat obejrzy to samo i nazwie to „kolejnym raportem”, zamiast potraktować jak alarm.