Pisze Marcin Ogdowski. Skala amerykańskiej obecności wojskowej na terytorium RP oraz tempo modernizacji Sił Zbrojnych, opartej w dużej mierze na sprzęcie z USA, sprawiły, że relacje Warszawy z Waszyngtonem weszły w nową fazę. Stany Zjednoczone są dziś nie tylko głównym gwarantem bezpieczeństwa Polski, lecz także partnerem realnie wpływającym na zdolności obronne państwa w perspektywie dekad. Taka koegzystencja „na dziś” wzmacnia odstraszanie, ale jednocześnie niesie poważne ryzyka operacyjne i strategiczne. Po 1989 roku relacje Polski z USA miały głównie wymiar polityczny. Waszyngton odegrał kluczową rolę w procesie włączania Warszawy do zachodnich struktur bezpieczeństwa, zwieńczonym wejściem do NATO w 1999 roku. Przez kolejne lata współpraca wojskowa koncentrowała się jednak na misjach ekspedycyjnych – Iraku i Afganistanie – nie przekładając się ani na stałą obecność wojsk USA w Polsce, ani na głęboką integrację operacyjną. Przełom przyniósł dopiero rok 2014 – rosyjska agresja na Ukrainę uruchomiła proces, który w ciągu dekady radykalnie zmienił znaczenie Polski w amerykańskiej architekturze bezpieczeństwa w Europie.Wzmocniona współpraca obronnaJeszcze na początku lat 2010. obecność wojsk USA w Polsce miała charakter epizodyczny. Dziś mówimy o stałej, choć formalnie rotacyjnej obecności liczonej w tysiącach żołnierzy oraz o infrastrukturze o znaczeniu regionalnym. Kluczową rolę odegrały amerykańskie programy wzmacniania wschodniej flanki NATO – najpierw European Reassurance Initiative, a następnie European Deterrence Initiative. W ich ramach USA sfinansowały przerzut sił, magazynowanie sprzętu, rozbudowę infrastruktury oraz intensyfikację ćwiczeń. Po 2022 roku skala obecności została dodatkowo zwiększona. W efekcie Polska pełni dziś funkcję jednego z głównych węzłów logistycznych i dowódczych dla wschodniej flanki NATO, a na jej terytorium ulokowano elementy amerykańskiego systemu dowodzenia i wsparcia operacyjnego.Ramy prawne tej obecności stworzyła podpisana w 2020 roku umowa o wzmocnionej współpracy obronnej (EDCA). Otworzyła ona drogę do długofalowego planowania obecności wojsk USA oraz wieloletnich inwestycji infrastrukturalnych, współfinansowanych przez stronę polską. Ich łączna wartość liczona jest w miliardach złotych.Silne i wyjątkowe powiązanieZobacz także: Trump wrócił i zamieszał w świecie. A to może być dopiero początekJeszcze dekadę wcześniej struktura importu była wyraźnie bardziej zróżnicowana. Polska korzystała z dostawców europejskich, izraelskich i amerykańskich, a istotną rolę odgrywał przemysł krajowy. Po aneksji Krymu, a szczególnie po 2022 roku, ten model został zastąpiony strategią szybkiej koncentracji zakupów u jednego partnera.Skala tej zmiany jest bezprecedensowa. W latach 2022–2024 Polska podpisała z USA kontrakty zbrojeniowe o wartości liczonej w dziesiątkach miliardów dolarów, obejmujące systemy obrony powietrznej, artylerię rakietową, lotnictwo bojowe oraz ciężkie wojska lądowe. W krótkim czasie amerykańskie technologie stały się podstawą kluczowych zdolności bojowych Sił Zbrojnych RP.Istotne jest nie tylko tempo zakupów, lecz ich struktura. Polska importuje z USA przede wszystkim systemy o znaczeniu strategicznym, a nie jedynie wyposażenie uzupełniające. Oznacza to, że realna gotowość bojowa wojska – od obrony powietrznej po zdolności uderzeniowe – jest coraz silniej powiązana z amerykańskimi łańcuchami logistycznymi, serwisowymi i szkoleniowymi.Na tle innych państw regionu skala tej koncentracji jest wyjątkowa. Rumunia czy państwa bałtyckie również zwiększyły zakupy w USA, jednak w ich przypadku amerykański sprzęt nie dominuje całej struktury sił zbrojnych. Polska, modernizując niemal wszystkie kluczowe komponenty armii w krótkim czasie, przyjęła model, w którym jeden dostawca odgrywa rolę systemową.Z punktu widzenia krótkoterminowego bezpieczeństwa jest to rozwiązanie skuteczne: przyspiesza modernizację, zwiększa interoperacyjność z NATO i wzmacnia odstraszanie. W dłuższej perspektywie oznacza jednak koncentrację ryzyka. Im większy udział jednego państwa w kluczowych zdolnościach bojowych, tym większe znaczenie mają decyzje podejmowane poza granicami kraju – nie tylko polityczne, lecz także budżetowe, prawne i przemysłowe.Interoperacyjne bywa… słabszeSkala zakupów uzbrojenia z USA nie oznacza automatycznie utraty suwerenności decyzyjnej. Oznacza jednak rosnącą zależność funkcjonalną, która ujawnia się nie na etapie podpisywania kontraktów, lecz podczas eksploatacji sprzętu – w czasie pokoju, kryzysu i wojny.Nowoczesne systemy bojowe nie są samowystarczalne. Ich realna wartość zależy od dostępu do serwisu, części zamiennych, oprogramowania i amunicji. W przypadku sprzętu pochodzącego z USA oznacza to uzależnienie od certyfikowanych procedur, decyzji administracyjnych oraz zdolności przemysłu zbrojeniowego poza Polską. Nawet krótkotrwałe ograniczenia w tym obszarze mogą wpływać na gotowość bojową.Kolejnym obszarem ryzyka jest amunicja i logistyka. Zaawansowane systemy uzbrojenia są projektowane pod konkretne typy amunicji, produkowane w ograniczonej liczbie zakładów. Jeśli państwo nie posiada własnych mocy produkcyjnych lub licencji, tempo prowadzenia działań bojowych staje się pochodną dostępności dostaw z zagranicy.Zależność dotyczy także szkolenia i kadr. Obsługa najbardziej zaawansowanych systemów wymaga długotrwałych programów szkoleniowych i certyfikacji, często realizowanych z udziałem zagranicznych instruktorów. Zdolność do szybkiego zwiększenia liczby wyszkolonych załóg w sytuacji kryzysowej jest więc ograniczona nie tylko zasobami ludzkimi, lecz także procedurami.Wreszcie pojawia się wymiar planowania operacyjnego. Głęboka interoperacyjność z siłami USA i NATO zwiększa skuteczność wspólnych działań, ale jednocześnie sprawia, że część zdolności jest projektowana pod scenariusze sojusznicze. Samodzielne użycie sił w warunkach ograniczonego wsparcia staje się bardziej wymagające – technicznie i logistycznie.Nie jest to zależność polityczna w klasycznym sensie. Nikt nie podejmuje decyzji za Warszawę. Jest to jednak zależność systemowa, w której realna sprawność wojska coraz silniej zależy od czynników zewnętrznych. W sprzyjających warunkach wzmacnia to bezpieczeństwo. W mniej sprzyjających – ogranicza pole manewru.Zobacz także: Opolska komentuje. Kto chce interwencji Trumpa w Polsce?Trwałość mniej oczywistaRelacje Polski ze Stanami Zjednoczonymi są pochodną globalnej strategii Waszyngtonu, a ta w coraz większym stopniu koncentruje się na rywalizacji z Chinami. Niezależnie od tego, kto sprawuje władzę, Indo-Pacyfik pozostaje dla USA priorytetem długoterminowym, a Europa – w tym wschodnia flanka NATO – coraz częściej traktowana jest jako obszar, w którym większą odpowiedzialność powinny przejmować państwa sojusznicze.Ten trend wzmacnia czynnik politycznej nieprzewidywalności. Powrót do władzy lub trwały wpływ postaci takich jak Donald Trump przypomina, że amerykańska polityka bezpieczeństwa może podlegać gwałtownym korektom, uzależnionym nie tylko od interesów strategicznych, lecz także od kalkulacji wewnętrznych i bieżących sporów politycznych. W takim modelu relacje sojusznicze stają się bardziej transakcyjne, a ich trwałość – mniej oczywista.Dodatkowym źródłem niepewności pozostaje proces decyzyjny w USA, w którym kluczową rolę odgrywa Kongres Stanów Zjednoczonych. Finansowanie obecności wojskowej, wsparcia sojuszników czy sprzedaży uzbrojenia coraz częściej staje się elementem wewnętrznych sporów politycznych. Ostatnie lata pokazały, że nawet w warunkach realnego zagrożenia decyzje te mogą być opóźniane lub warunkowane czynnikami niezwiązanymi bezpośrednio z bezpieczeństwem Europy.Nie wszystko na jedną kartęReasumując, obecny model relacji Polski z USA nie polega na utracie politycznej suwerenności, lecz na rosnącej zależności funkcjonalnej: od zagranicznych łańcuchów logistycznych, decyzji przemysłowych, procedur eksportowych oraz tempa procesów decyzyjnych w Waszyngtonie. To zależność, która w warunkach stabilnych wzmacnia bezpieczeństwo, ale w scenariuszach mniej sprzyjających może ograniczać swobodę działania państwa. Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi, czy Polska powinna opierać swoje bezpieczeństwo na sojuszu z USA. To pytanie zostało rozstrzygnięte dawno temu. Problem dotyczy proporcji i struktury całego systemu bezpieczeństwa.Państwo, które buduje swoje zdolności obronne wyłącznie w oparciu o jeden zewnętrzny filar, zwiększa swoją podatność na zmiany globalnych priorytetów, wewnętrzne turbulencje polityczne sojusznika oraz czynniki, na które nie ma bezpośredniego wpływu. Z perspektywy interesu narodowego oznacza to konieczność równoległego wzmacniania innych wymiarów bezpieczeństwa: własnych zdolności przemysłowych i logistycznych, a także sieci relacji sojuszniczych i partnerskich, które zmniejszają ryzyko koncentracji zależności w jednym punkcie.Optymalnym rozwiązaniem pozostaje więc model równoległy: utrzymanie ścisłego sojuszu operacyjnego z USA przy jednoczesnym konsekwentnym pogłębianiu współpracy w ramach struktur sojuszniczych i regionalnych. W praktyce oznacza to nie tylko aktywną rolę Polski w NATO, lecz także rozwijanie formatów kooperacji dwustronnej i wielostronnej z państwami europejskimi, zwłaszcza w obszarach takich jak logistyka, produkcja uzbrojenia, zapasy amunicji czy szkolenie wojsk. Tak budowana sieć współzależności nie osłabia relacji z USA, lecz zmniejsza asymetrię i zwiększa odporność całego systemu.Granica między sojuszem a zależnością nie jest linią, którą przekracza się jedną decyzją. To proces, rozłożony na lata i kształtowany przez konkretne wybory polityczne, przemysłowe i budżetowe. I to od decyzji podejmowanych w Warszawie zależy, czy Polska pozostanie w nim aktywnym podmiotem, zdolnym do kształtowania własnego bezpieczeństwa w ramach sojuszy, czy też stanie się jedynie dobrze wyposażonym, lecz strukturalnie uzależnionym ogniwem cudzej architektury bezpieczeństwa.Czytaj więcej: Aneksja Grenlandii będzie oznaczała koniec NATO? Wątpliwości interpretacyjne