Cotygodniowy felieton. Z przymrużeniem oka, nieco ironicznie, ale momentami także całkiem poważnie. Subiektywny Tydzień Zawioły. Subiektywny, bo selekcjonowany przez autora i opisywany jego piórem. Bo świat codziennie dostarcza tematów, nie zawsze takich, o których chce się myśleć. – Całe Węgry powinny być wdzięczne Zbigniewowi Ziobrze za darmową reklamę Budapesztu wśród polskich obywateli. Wprawdzie nie mówi się o stolicy Węgier najlepiej w tym kontekście (choć są tacy, którzy za ten kontekst wielbią), ale częstotliwość, z jaką pokazywane jest to miasto w polskich mediach, jest na bardzo wysokim poziomie. A to piękne miejsce i łatwo zachęcić w taki sposób do odwiedzin.A tak serio…wymknął się państwu polskiemu człowiek podejrzany o 26 przestępstw. Do tej pory można było oczekiwać, że uda się byłego ministra sprawiedliwości ściągnąć w jakiś sposób do kraju. Teraz, kiedy uzyskał azyl, jest to niemal niemożliwe. Dlatego wyrażenie „wymknął się” jest adekwatne do sytuacji. Nie wiem, czy wyborcom koalicji rządzącej wystarczy świadomość, że Ziobro się skompromitował i niejako „przyznał do winy” jak mówi Premier Donald Tusk. Wyborcy KO mają inne wymagania: chcieliby zobaczyć Ziobrę w areszcie.I można tu powtarzać wszystko to, co słyszy się od polityków (spodziewane komentarze w zależności od przynależności partyjnej) i publicystów (sytuacja jak w przypadku polityków – wiadomo, kto jak komentuje), faktem jest natomiast, że Ziobro uciekł, wystraszył się i z odległości wielu kilometrów opluwa polski wymiar sprawiedliwości. I z tej samej odległości będzie walczył z „reżimem Tuska”. Zapewne słowem, bo tam mówić będzie mógł wszystko, a zaprzyjaźnione media będą cytować z rozkoszą jako prawdę objawioną. I tylko słowem będzie walczył, bo czynu nie może tu być wiele. To dla niego bardzo wygodne.Porównywanie się do żołnierzy wyklętych czy przywoływanie stanu wojennego i represji wobec opozycji jest zwyczajnie groteskowe i przy tym także obraźliwe dla tych, którzy ginęli lub tracili zdrowie w walce o wolną Polskę.I jeszcze jedno…kiedy Trump porwał Maduro, prawica rzuciła się z pomysłem, by amerykański prezydent zrobił to samo z Tuskiem. Pomyślał ktoś, by Delta Force wpadła do Budapesztu?Czytaj też: Wniosek obrony Ziobry oddalony. Nie będzie zmiany składu sędziowskiego*– Przez kilka dni zastanawiałem się, czy o sytuacji w „Polsce 2050” można na poważnie. Partia, której poparcie spadło zdecydowanie poniżej progu wyborczego, robi wokół siebie sporo zamieszania, ale trudno sobie wyobrazić, że ostatnie wydarzenia przysporzyły jej zwolenników. Przybyło raczej kpiarzy i ludzi zniechęconych.Miały się odbyć wybory przewodniczącego. I odbyły się, ale nie do końca, bo druga tura została anulowana. Nagle zbuntował się system komputerowy albo zaatakowali hakerzy – jedno z dwóch. Zaraz potem pojawił się pomysł, by w wyjaśnienie tej sprawy zaangażować Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jeszcze później do gry wkracza Szymon Hołownia, który kilka miesięcy wcześniej zrezygnował z szefowania i z tego powodu między innymi miało dojść do tych wyborów. Wkracza, by oznajmić, że myśli o powrocie. Czy powiedział już, że zwracano się do niego wielokrotnie z taką prośbą? Jeśli nie, to właśnie tego się spodziewam, bo sam przed sobą Szymon Hołownia musi jakoś swoją decyzję uzasadnić. Z pewnością nie weźmie pod uwagę wszystkich głosów, które głoszą, że większość członków partii nie chce jego powrotu. Uważa się go za polityka przegranego, zwłaszcza po tajemniczym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana. Idealnie pasuje tu polskie powiedzenie „co się stało, to się nie odstanie”. To spotkanie z Hołownią zostanie na zawsze. A on tego nie zrozumie. A jak przegra wybory to się obrazi.*– Groteskowych sytuacji ciąg dalszy. Prezydent Karol Nawrocki witający się z kibicami jak z przedstawicielami wojska polskiego to jednak groteska niebezpieczna, bo jeśli zwierzchnik sił zbrojnych nie widzi różnicy między kibolem a żołnierzem, to nie wiemy czego się spodziewać w przyszłości. Nawrocki jest jednak jak Trump, zatraca się i zapomina etykiety, kiedy spotyka się z bezgranicznym uwielbieniem. Jak Trump uwierzył też w swoją wszechmoc i przyzwolenie na łamanie wszelkich obyczajów i praw. A wszystko w imię Boga. Spotkanie z kibicami, wśród których był przynajmniej jeden przestępca dużego kalibru (nie pierwszy wśród znajomych prezydenta), odbyło się bowiem na Jasnej Górze, podczas pielgrzymki kibiców, czyli święta katolików. Bo na prawej stronie wszystko, co kryje się pod pozorem wiary, przechodzi bez szemrania. Nikt nie zastanawia się, kim jest człowiek, wystarczy, że klęczy, a na ustach ma Boga, Honor i Ojczyznę. Tylko na ustach.*– Donald Trump wciąż czepia się Grenlandii. Celowo użyłem słowa „czepia”, bo to wygląda dokładnie tak niepoważnie, jak to słowo. To jak w podstawówce, największy i najsilniejszy z uczniów dokucza najmniejszemu i najsłabszemu. Ciągle grozi, szturcha i podstawia nogę. Trump to właśnie jeden z tych, co zabierał innym zabawki w piaskownicy, bo już raz mu się udało i nikt go za to nie ukarał. Uwierzył zatem w swoje możliwości i chce iść dalej, bo uważa, że mu się należy. A ze słabszych dość żałośnie żartuje, mówiąc, że zamiast bicepsów mają sflaczale piłeczki pingpongowe. Tu obrazi, tam obrazi, ale kompletnie tego nie czuje. To właśnie o to chodzi w zdaniu, w którym Trump kpi z sił obronnych Grenlandii, mówiąc o dwóch psich zaprzęgach. Tyle że na dalekiej północy psie zaprzęgi to genialny środek transportu, dużo lepszy od wszelkich zdobyczy technologii, w które wyposażona jest armia amerykańska. Bo Grenlandia to nie Wenezuela ani Bliski Wschód, w którym Amerykanie są przyzwyczajeni operować.Czytaj też: Aneksja Grenlandii będzie oznaczała koniec NATO? Wątpliwości interpretacyjne*– Tydzień temu poznaliśmy najlepszego sportowca 2025 roku. Zaskoczeniem niewątpliwie był fakt, że w plebiscycie nie zwyciężył nikt z trójki: Świątek, Lewandowski, Zmarzlik. Ale dodatkową niespodzianką było zwycięstwo przedstawicielki tak niszowej dyscypliny, jak kajakarstwo górskie. Zaskoczenie było tak duże, że posypały się komentarze sugerujące ustawienie wyników czy też manipulowanie przy głosowaniu. To dlatego, że wygrała dziewczyna, która o wielkiej popularności mówić jeszcze nie może, a przecież w ostatnich latach decydowały w tym plebiscycie nie tylko wyniki sportowe, ale też częstotliwość, z jaką sportowiec pojawiał się w mediach. Klaudia Zwolińska nie jest anonimowa, ale daleko jej do popularności Igi Świątek czy nawet Natalii Bukowieckiej. Jednak wyniki w minionym roku osiągnęła znakomite. Może więc po prostu kibice docenili wysiłek kajakarki? Trudno w to uwierzyć patrząc na dzisiejszy, skomercjalizowany świat, w którym najbardziej liczy się klikalność, ale chcę wierzyć, że sukces sportowy jest w cenie bardziej niż rozpoznawalność.*– Wspomniana Iga Świątek już w tym roku ma pierwszy tytuł, choć sama do jego zdobycia przyczyniła się najmniej. Przegrała bowiem swój pojedynek w meczu finałowym United Cup, prestiżowego turnieju będącego poniekąd rozgrzewką przed wielkoszlemowym Australian Open. Zawody są drużynowe, więc porażkę Świątek odrobili pozostali członkowie ekipy: Hubert Hurkacz i mikst Katarzyna Kawa/Jan Zieliński. Słusznie zachwytów nie ma końca, bo turniej był trudny. Trzeba było pokonać kilka bardzo solidnych reprezentacji, czasem po przegranym pierwszym pojedynku, co nakłada na zawodników dodatkową presję. Sukces duży, ale jeszcze bardziej cieszy forma, z jaką wraca do gry Hubert Hurkacz. Pauzował kilka dobrych miesięcy i nikt nie wiedział, w jakiej dyspozycji pojawi się na korcie. United Cup był jego powrotem w pełnym wymiarze i to niezwykle udanym. Australian Open zapowiada się arcyciekawie.Czytaj też: Do trzech razy sztuka. Polska triumfuje w United Cup!*– Czy wszyscy pożegnaliśmy Kamila Stocha? Powinniśmy, bo on nam wszystkim dał bardzo dużo radości, zdobywając medale igrzysk olimpijskich. Kamil kończy karierę po tym sezonie, więc niemal każdy kolejny konkurs jest swoistym pożegnaniem. Zakopane było miejscem wyjątkowym, bo żegnał się u siebie – był i jest tu królem. Wygrał tu pięć razy zawody Pucharu Świata i za każdym razem witany był z największymi honorami. Stoch pojawił się w polskich skokach na dobre jeszcze w czasach, kiedy dyscyplina kojarzyła się głównie z Adamem Małyszem. Nie był wtedy liderem, czuł, że i tak wszyscy patrzą na skoczka z Wisły, ale kiedy ten odstawił narty, Kamil poczuł w sobie siłę. Dorównał Małyszowi, który wprawdzie pozostanie na zawsze symbolem, ale w igrzyskach olimpijskich go przerósł. Małysz nie zdobył złota, Stoch ma w kolekcji aż trzy.Kamil jeszcze dokończy sezon, startując w szóstych igrzyskach olimpijskich. A potem…stanie się symbolem. Jak Małysz.Ciąg dalszy nastąpi za tydzień...