Historia mieszczanek Grodna. Kobiety Grodna dopiero jako wdowy zyskiwały przestrzeń do samodzielnego działania. Ich testamenty, dla nas nierzadko zaskakujące, były strategiami przetrwania w czasach wojen z Moskwą i postępującej depopulacji. Jak kropla drążąca szczeliny patriarchatu, lub współcześniej – jak hakowanie systemu. Poznajemy dwie Hanny i Reginę sprzed 4 wiekówW 1638 roku Hanna Cyganowska, mieszczanka z Grodna, ciężko chorowała i nie mogła udać się do urzędu miejskiego. Wezwała trzech świadków – Matysa Swirczewskiego, Jana Radwańskiego i Konstantego Iwanowicza – by w ich obecności podyktować ostatnią wolę. Dokument, potwierdzony przysięgą świadków w sądzie, zabezpieczał opiekę nad jej dziećmi m.in. poprzez datki na parafię. Jako wdowa zarządzała domem i majątkiem ruchomym, w tym przedmiotami codziennego użytku. Część środków przeznaczyła na kościół św. Ducha.W 1640 roku Regina Gawłowiczówna, grodzieńska mieszczanka, sporządziła testament w obecności ławników i pisarza miejskiego. Była wdową i dysponowała nieruchomościami, np. domem przy ulicy Kościelnej, który podzieliła między synów. Ruchomości – naczynia i narzędzia rzemieślnicze – rozdzieliła proporcjonalnie do potrzeb potomków. Zapisała, aby ją pochować w kościele św. Ducha i przeznaczyła fundusze na księgi liturgiczne.W 1641 roku Hanna Tołoczkówna, również grodzieńska mieszczanka, spisała akt ostatniej woli osobiście. Jako wdowa po kupcu posiadała dom przy rynku i podzieliła go na części dla dzieci. Zapisała im ruchomości – futra i naczynia – uwzględniając długi wobec wierzycieli żydowskich. Polecała pochówek w kościele farnym i przeznaczyła fundusze na księgi liturgiczne do parafii.Naszą przewodniczką po świecie sprzed czterystu lat jest Natallia Sliž, współczesna białoruska niezależna historyczka, z zamiłowania astrolog. Zbadała ona testamenty mieszczanek zgromadzone dziś w Narodowym Archiwum Historycznym Białorusi. Grodno wybrała ze względu na pograniczne położenie miasta. Ścierały się tam tradycje i co ważniejsze – mieszały koncepcje prawne Zachodu i Wschodu. Później Sliž publikowała wyniki swoich badań w europejskich czasopismach naukowych, a nam opowiedziała tę historię w pewien deszczowy dzień w Warszawie. „Trzeba zacząć od samego miasta” – stwierdziła Natallia i tak tę historię poprowadźmy.Czytaj też: Podlasie i psy Sienkiewicza, czyli o miedzę Rzędziana za dalekoGrodno, Grodno, cóżeś ty za… paniGrodno, którego nazwa wywodzi się od słowiańskiego „grod” i oznacza miejsce umocnione, wyłoniło się w XII wieku jako osada obronna nad Niemnem, strzegąca przed atakami Jaćwingów i Krzyżaków. W XIII stuleciu stało się częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego i broniło kraju przed najazdami księstw ruskich, Tatarów oraz Zakonu Krzyżackiego. Po unii z Polską w 1385 roku przekształciło się w rezydencję książąt litewskich. Witold stąd właśnie organizował kampanię na Grunwald w 1410 roku, tu ufundował najstarszy kościół farny jako znak katolickiej trwałości w regionie. W XVI wieku Stefan Batory nadał Grodnu status jednej z nieformalnych stolic całej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, rozbudowując zamek i pałac, gdzie zwoływano sejmy i przyjmowano monarchów.Miasto żyło w symbiozie z okolicznymi dworami, takimi jak Kotra, Skidel i Łabno, folwarkami i wsiami. Inwentarze z 1558 i 1578 roku pokazują wzrost zabudowy gospodarczej: nowe stajnie, spichlerze, obory, stodoły i sady z jabłoniami, wiśniami oraz śliwami. Dwory miały ogrody warzywne z kapustą, czosnkiem i cebulą, a także pasieki z ulami. Zabudowania były drewniane, kryte słomą lub gontem, z izbami, komorami i sieńmi. W Kotrze stały dwór z 5 izbami, browar, łaźnia i spichlerz; w Skidlu folwark z oborą na 100 krów i stodołami; w Łabnie dwór z sadem i pasieką. Produkty sprzedawano na grodzieńskim rynku: miód po 10 groszy za garniec, woły po 20-30 kop groszy, czyli 1200-1800 groszy, siano po 2 grosze za wóz. Zarobki robotników folwarcznych wynosiły 10-15 groszy tygodniowo, a żniwiarzy 5 groszy dziennie. Przeliczenie ówczesnych płac na dzisiejsze złotówki to nie lada łamigłówka. Jeśli jednak przyjmiemy przelicznik oparty na cenie podstawowych produktów – to miesięczny dochód robotnika folwarcznego odpowiadałby obecnej kwocie od 1500 do 2500 zł. To jednak porównanie bardzo zwodnicze: wówczas niemal cała ta suma szła na skromne jedzenie i najprostszą odzież.Wróćmy jednak do Grodna sprzed wieków. Ulice miasta odbijały jego wielokulturowy charakter. Główna arteria, biegnąca z Horodnicy, dzielnicy, która rozwinęła się później, w połowie XVIII wieku, ku Niemnowi, została zabudowana domami dla zagranicznych rzemieślników i artystów, sprowadzonych do manufaktur, którzy szkolili miejscowych w rzemiośle i sztuce. Domy drewniane, parterowe lub piętrowe, z podcieniami i dachami gontowymi. Ulica Kościelna (dziś o ironio, Sowiecka) tętniła życiem warsztatów, głównie tkackich. Rynek pulsował handlem, a synagogi wraz z kościołami i cerkwiami podkreślały mieszankę tradycji.Koniecznie trzeba powiedzieć też o kościele św. Ducha, bernardyńskim, o którym wspominają kobiety w swoich testamentach. Wzniesiony za Batorego w latach 1584-1587, uosabiał katolicką obecność w mieście. Cieszył się opinią ulubionej świątyni królewicza Kazimierza. Był też jeszcze kościół farny, zwany farą witoldową, ufundowany przez Witolda w 1389 roku i odbudowany przez Batorego. To najstarsza katolicka parafia w Grodnie, pod wezwaniem Zwiastowania NMP, ale z jakichś powodów świątynia ta nie cieszyła się takim zaufaniem kobiet.Nadeszła jednak wojna z Moskwą w latach 1654-1667. Zniszczone zabudowania, zdewastowany zamek, popalone archiwa. Korupcja w magistracie nasiliła się wśród urzędników. W efekcie liczba mieszkańców z 10 tys. zmniejszyła się o połowę. Wielu z tych, którzy zostali, dotknęło ubóstwo.Czytaj też: Szaszłyki na szampurach, menu Stalina i... rosyjskie zbrodnieMagdeburski system operacyjnyKluczem do zrozumienia testamentów kobiet, od których rozpoczęliśmy tę historię – dwóch Hann, Reginy i Maryny i jeszcze kilku, o których przyjdzie nam powiedzieć – jest prawo magdeburskie. Dziś można by je porównać do systemu operacyjnego w urządzeniach elektronicznych i stanowiącego rdzeń funkcjonowania całego mechanizmu i zarządzającego zasobami i procesami bez widocznej ingerencji użytkownika. Prawo to rządziło więc Grodnem od 1496 roku, nadane przywilejem wielkiego księcia litewskiego Aleksandra Jagiellończyka. Taki spis reguł, wywodzących się z modelu niemieckiego z Magdeburga, przyjęto najpierw w Wilnie i Brześciu w XIV wieku, a potem w innych ośrodkach, w tym w Grodnie. Podstawę stanowiły dwa zbiory norm: Speculum Saxonum (Saskie Zwierciadło) i Ius municipale (Prawo miejskie). Dla średniowiecza były one nowoczesne, ale w XVI i XVII wieku uznawano je za przestarzałe moralnie – nie nadążały za zmianami w społeczeństwie i gospodarce.Prawo magdeburskie dawało miastom autonomię. Samorząd składał się z rady (wybieranej przez mieszczan), ławy (sędziów) i wójta (przewodniczącego). Mieszczanie zyskali wolność handlu, ochronę własności i własne sądy, niezależne od prawa książęcego w sprawach cywilnych i karnych. Sąd gajny – nazwa wywodzi się od staropolskiego „gaj” (las, majątek ziemski) lub „gaić” (otwierać, stąd „zagaić rozmowę”) – specjalizujący się w sprawach nieruchomości, spadków i gruntów, różnił się od burmistrzowsko-radzieckiego, który rozstrzygał codzienne spory, jak konflikty sąsiedzkie czy drobne kradzieże. Takie rozróżnienie sprzyjało rozwojowi rzemiosła: mieszczanie mogli swobodnie zakładać warsztaty, zawierać umowy i chronić własność, co zachęcało do inwestycji i przyciągało kupców. W czasach kryzysu prowadziło jednak do korupcji wśród urzędników, bo brak nadzoru zewnętrznego ułatwiał nadużycia.Tu ujawniała się jednak zasadnicza słabość tego systemu. Prawo magdeburskie najsilniej ograniczało kobiety. Definiowało je jako istoty zależne, z niepełną zdolnością prawną – zawsze pod opieką mężczyzny. W patriarchalnym porządku dominował mąż, ojciec lub brat. Kobieta miała prawo dziedziczyć majątek, przekazywać go spadkobiercom, sprzedawać czy kupować. Jednak wszystkie te transakcje wymagały kontroli opiekuna, co uniemożliwiało samodzielne decyzje. Nie mogła zarządzać warsztatem na własną rękę ani zasiadać w radzie miejskiej. Udział w rzemiośle i handlu był minimalny – głównie jako pomocnice mężów. Prawo podkreślało jej podległość: w małżeństwie traciła autonomię, a jako panna zależała od ojca.I dopiero wdowieństwo otwierało pewną przestrzeń niezależności.Portret kobiet z testamentuA teraz zajrzyjmy do samych testamentów grodzieńskich mieszczanek. W księdze wójtowsko-ławniczej Grodna z lat 1638-1644, którą badała Sliž, zachowało się siedem takich dokumentów; najczęściej były spisane jako odpowiedzi na pytania ławników i pisarza miejskiego, Kazimierza Petransewicza. Językiem dokumentów była polszczyzna – urzędowy język Grodna – miejscami wzbogacona o zapożyczenia łacińskie (np. testatrix, czyli „testatorka”) oraz starobiałoruskie wyrazy (np. siabrowstwa, czyli „bractwa” lub „stowarzyszenia”).Wyszczególnione w nich inwentarze wskazują nie tylko na stosunkowo wysoki status majątkowy tych konkretnych mieszczanek, ale i ich dużą dbałość o szczegóły. I tak Helena Zgleczewska (żona burmistrza Andrzeja Szmiarowskiego) zapisała synowi dom przy ulicy Mostowej, a przywołana na początku Hanna Tołoczkówna posiadała folwark w Mączynie.W opisach ruchomości roi się od konkretów. W testamencie niejakiej Maryny Siemionówny znajduje się szczegółowy wykaz wyposażenia izby przekazanego synowi Stanisławowi: „kobierców 2 – jeden nowy, drugi stary, namiotek [czyli baldachim] zielony koło łóżka i kołder dwie, pościeli wszystkiej: pierzyn 5, poduszek 8 puchowych z powłoczkami białymi, kilimów 4 do koła w izbie obite, zwierciadło, łóżko kosztowne, za które nieboszczyk dał talarów 30 [dziś odpowiadałoby to ok. 30-60 tys. zł], obrazy”. Ten cały dobytek znajdował się w domu w rynku, który również otrzymał syn.Czytaj też: Demon-kobieta. Więcej niż kryminał z Galicji WschodniejInne kobiety precyzyjnie rozdzielały legaty, a więc zapisy testamentowe, na kościoły i bractwa, często w nietypowej dla nas monecie – np. takiej jak sól, mierzona w łasztach (jedna jednostka to aż 3000-3800 litrów). Przykładowo Regina Gawłowiczówna, która pojawiła się już na początku tej historii, zapisała kościołowi bernardyńskiemu, bractwu św. Franciszka i bractwu św. Anny po 1 łaszcie soli, bractwu Różańca Świętego – 4 łaszty soli, kościołowi farnemu – 8 łasztów, ojcom jezuitom – 4 łaszty, szpitalowi św. Ducha – łaszt soli dla ubogich. Dary na pewno cenne, choć trudne do jednoznacznego oszacowania, bo cena soli zależała od wielu czynników, ale można przyjąć, że dziś 1 łaszt soli wart byłby nie mniej niż 40 tys. zł. Osobno Gawłowiczówna przeznaczyła dla wdów przy kościele i panien służących kościołowi po pół beczki żyta, a panu Sasinowi, jako bogomolcy, a więc osobie szczególnie pobożnej, pełną beczkę żyta.Znana już nam Hanna Cyganowska zapisała na kościół grunt, letnik, czyli tkaninę, na ornat oraz 20 złotych; kwotę, która dziś odpowiadałaby około 20 tys. zł. Helena Zgleczewska przekazała zaś po 20 złotych na kościół farny, bernardyński, jezuitom i dominikanom, 10 złotych na kościół brygidek i 10 złotych dla cerkwi Sobornej.Dyspozycje dotyczące pogrzebu były nie mniej konkretne. Kolejna Hanna, niejaka Łubianka, wdowa po Bartoszu Ćwikliczu, przeznaczyła na pogrzeb 100 złotych (z czego 30 na opłacenie mszy). Hanna Tołoczkówna na pokrycie kosztów pogrzebu zapisała „pas srebrny złocisty” i zaleciła, aby pochował ją mąż. Najbardziej radykalna okazała się Jagnieszka Narkiewiczówna, która nakazała zięciowi i synowi wziąć pieniądze „ze wszystkiej majętności” na pokrycie kosztów pogrzebu.Testamenty ujawniają także troskę o rodzinę i zobowiązania. Łubianka zapisała dom przy ulicy Jezierskiej na rzecz syna z pierwszego małżeństwa, Szymona Gemzińskiego. Z testamentu dowiadujemy się, że wcześniej kupiła ten budynek od braci zmarłego męża.Pojawiają się także wzmianki o zobowiązaniach. Przy spisywaniu ostatniej woli Maryny Siemionówny protestował niejaki Jan Ćwikla i twierdził, że 600 złotych był mu winien jej nieboszczyk mąż, Hanus Fandeberk. Wartość porównywalna z ceną ówczesnej kamienicy.Czytaj też: Zabić posła. Warszawski kryminał z podlaskim sercemKapitał relacyjny grodzieńskich siłaczekNatallia wróciła na Białoruś, a my próbujemy podsumować tę historię.W świecie, gdzie prawo magdeburskie nakładało na kobiety ograniczenia, testament pozwalał wdowom może po raz pierwszy w ich życiu na samodzielne rozporządzenie dorobkiem.Ale byłoby jeszcze coś. Zapisy na kościoły i klasztory – wysokie, czasem wręcz zaskakujące – nie muszą być odczytywane wyłącznie jako przejaw dewocji. W kontekście ówczesnych wojen i kryzysów, darowizny te często mogły mieć charakter strategicznej, nieformalnej umowy. Przekazując majątek instytucji kościelnej, kobieta inwestowała w kapitał relacyjny – liczyła, że w zamian Kościół zapewni opiekę nad jej najsłabszymi dziećmi. W ten sposób testament stawał się narzędziem zabezpieczenia przyszłości tam, gdzie kończyła się pomoc rodziny. O systemowej pomocy społecznej nie było jeszcze przecież mowy.Ekonomista dodałby kolejne spostrzeżenie. Kobiety działając w szczelinach patriarchalnego systemu, osiągały przy okazji podwójny cel. Obok budowy sieci społecznego zaufania, ich precyzyjne rozporządzenia – podział domów, narzędzi, zapasów – były aktem mądrej akumulacji i transferu majątku. Zabezpieczały tak materialne dziedzictwo rodu, czyniąc je trwałym fundamentem dla kolejnych pokoleń. Ich siła nie leżała więc w otwartym sprzeciwie, lecz w tej podwójnej precyzji: inwestowania jednocześnie w więzi i w trwały dobytek. W świecie, który im mówił „nic nie możesz”, one potrafiły odpowiedzieć „ale zabezpieczę rodzinę” – i robiły to ze strategiczną dalekowzrocznością.