Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. Staram się raczej nie włączać do chóru narzekających na polską oświatę, być może oswoiłam się już z faktem, że system nie jest idealny, a być może po prostu straciłam nadzieję na to, że kiedyś do ideału się zbliży. Ale w tym roku pojawiła się okazja do tego, by wszystkie „oświatowe” żale wylać i zadać sobie pytanie, czy w tej dziedzinie życia społecznego wciąż „leci z nami pilot”? 18 dni przerwy świątecznej, półtora tygodnia szkoły i kolejne dwa tygodnie laby. W takiej sytuacji są uczniowie mieszkający w województwach: mazowieckim, pomorskim, podlaskim, świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim. Pewnie, że nieliczni się cieszą. W końcu człowiek nie zdążył wrócić na dobre do szkolnej rutyny po świętach, a już musi o niej zapominać, bo racjonalizatorski pomysł na nowy czasowy wymiar ferii, plus totalna kumulacja grudniowych okazji do świętowania sprawiły, że w tym roku pierwszy semestr dla wielu skończył się pewnie koło połowy grudnia, a kolejny zacznie w lutym… Potem szybko Wielkanoc, po miesiącu można już celebrować majówkę, i (z wyłączeniem ósmoklasistów i maturzystów) kolejne wolne dni z okazji egzaminów dwóch wspomnianych grup uczniów.Czytaj też: Ruszają ferie zimowe. Sprawdź, kiedy wypadają w różnych województwach„W szkole syna – październik wycieczka zagraniczna na 1,5 tygodnia. Listopad/grudzień 4-tygodniowe praktyki w technikum. Zaraz święta. I niemal od razu ferie. W międzyczasie jeszcze jakieś listopadowe wolne. Za szybko te ferie”.„Nie liczą się uczniowie, tylko turystyka. Przez ten chory podział nie można odwiedzić rodziny, dzieci nie mogą spotkać się z kuzynostwem itp. Ferie są po to, aby uczniowie odpoczęli - od czego mają odpocząć po 8 dniach? Druga sprawa, oceny za pierwsze półrocze musiały być wystawione w grudniu”.„Pierwszy semestr został zredukowany do 3 miesięcy, bo na początku grudnia już były wystawiane oceny. Jak się odejmie rozbieg we wrześniu, to się robi słabo. Nikt nie myśli o tym, żeby uczyć w normalnym tempie, liczy się jak najszybsze robienie sprawdzianów, kartkówek i wystawianie ocen”.„Czy nie można jak w innych krajach rozłożyć przerwy co 6-8 tygodni skracając realnie wakacje? 6 tyg. ferii letnich w zupełności wystarczy. Między 1 – 11 listopada można wprowadzić ferie jesienne. Ferie zimowe dopiero od końca stycznia i jeden tydzień ferii przy Bożym Ciele”.To tylko kilka komentarzy rozżalonych rodziców, na które natknęłam się na jednej z facebookowych grup walczących z „chaosem w szkole”. I naprawdę tym ludziom się nie dziwię, dołączam do ich chóru, bo ferie startują w poniedziałek, a równolegle startuje też mój maraton kombinowania, jak przy jednoczesnym organizowaniu dziecku czasu (i eliminowaniu naturalnych w tej sytuacji pokus, jakimi jest np. dostęp do elektroniki), móc poświęcić się pracy.A najlepsze w tym wszystkim są głosy zatroskanych psycholożek z sieci, które odbierają rodzicom możliwość komentowania tegorocznego rozdania zimowych dni wolnych, czy – napiszę to wprost – narzekania na nie, bo przecież „najważniejsze są dzieci”.I pewnie, że zgadzam się z tym hasłem, tyle że nawet najbardziej kochający i wrażliwy na dobro dziecka rodzic czasem z bezradności rozkłada ręce, bo brak wsparcia z zewnątrz czy absurdalne pomysły narzucane z góry, którym po prostu musi się poddać, sprawiają, że zamiast szusować na nartach, musi po prostu kombinować, jak przetrwać zimę.Czytaj też: Ostre elementy i uszkodzone przewody. Tu dzieci nie bawią się bezpiecznieOdpocznij od szkoły w… szkoleSuper, że uczniowie mogą tak często łapać oddech, przemęczeni i przebodźcowani dystansować się od szkolnych trudów, ale – że zadam to niepopularne pytanie – co z rodzicami, dla których organizacja roku szkolnego jest dzisiaj logistycznym horrorem? Co z samodzielnymi rodzicami najmłodszych dzieci szkolnych, którzy o takim wymiarze urlopu mogą pomarzyć (zwłaszcza mając 8 tygodni wakacji w perspektywie), albo nie są w stanie sfinansować tylu wyjazdów na obozy, czy opcji w stylu „półkolonie”, bo zwyczajnie z jednej pensji ich na to nie stać? Wypadałoby wspomnieć o stanie portfeli po obfitującym w wydatki grudniu, ale może lepiej się nie dobijać.Ktoś powie, że są „ferie w mieście” czy „lato w mieście”, czyli tańsze odpowiedniki komercyjnych półkolonii, ale wtedy ja odpowiem: Jaki ma sens podtrzymywanie fikcji odpoczynku od szkoły, dystansowani się, resetowania, nabierania ochoty na powrót do szkolnej ławki i dalszą pracę, jeśli to wszystko ma odbywać się w szkole? Może nie zawsze swojej rejonówce, ale i tak jakiejś placówce w pobliżu, najczęściej po sąsiedzku, często pod opieką tych samych pedagogów. I świetnie, że jest to rozwiązanie, ale nie jest ono w mojej opinii żadną odpowiedzią na urodzaj dni wolnych, tę wspaniałą kumulację, z którą mieszkańcy kilku województw mają w tym roku do czynienia.Na koniec zacytuję jeszcze jeden z komentarzy ze wspomnianego wcześniej forum:„Ci, którzy mieszkają na granicach województwa, dramat. Mama pracuje w lubelskim, dwoje dzieci również w lubelskim, średnia szkoła w mazowieckim. Bez szans na wspólne ferie”.To tyle, jeśli chodzi o dobrostan dzieci.