Analiza Marcina Ogdowskiego. Choć dla wielu brzmi to jak fantazja czy prowokacja, wydarzenia ostatnich tygodni każą zastanowić się nad scenariuszem aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Użycie siły na terytorium państwa należącego do NATO wydaje się sprzeczne z podstawowymi zasadami Sojuszu. Historia pokazuje jednak, że NATO nigdy nie było strukturą wolną od napięć, sprzecznych interesów i konfliktów politycznych między jego członkami. Czy w tej sytuacji aneksja rzeczywiście oznaczałaby koniec Sojuszu? Nim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się, jak taka interwencja mogłaby wyglądać. Z dużym prawdopodobieństwem nie przybrałaby formy klasycznej wojny lądowej, lecz krótkiej, wielodomenowej operacji wymuszającej zmianę statusu terytorium. Trzon działań stanowiłyby siły morskie i powietrzne USA, wsparte przez ograniczone komponenty wojsk lądowych – przede wszystkim jednostki piechoty morskiej i sił specjalnych, przygotowane do działania w warunkach arktycznych. Nie byłaby to operacja masowa, lecz precyzyjna i punktowa.Konflikt niskointensywnyScenariusz działań mógłby przebiegać etapami. W pierwszej kolejności doszłoby do zamknięcia morskich podejść do Grenlandii oraz przestrzeni powietrznej. Równolegle – w oparciu o siły, które Amerykanie już mają na miejscu – zabezpieczone zostałyby kluczowe węzły infrastrukturalne – porty, lotniska oraz obiekty o znaczeniu strategicznym, w tym amerykańska baza Pituffik Space Base. Dopiero w dalszej kolejności możliwy byłby ograniczony desant powietrzno-morski, i to wyłącznie w sytuacji, gdyby wcześniejsze działania napotkały opór.Istotnym elementem operacji byłoby postępowanie wobec lokalnej administracji Grenlandii. Zamiast jej fizycznego usuwania bardziej prawdopodobny byłby scenariusz „zamrożenia” kompetencji w obszarze bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, przy jednoczesnym pozostawieniu władz autonomicznych odpowiedzialnych za sprawy wewnętrzne. W praktyce oznaczałoby to utrzymanie ciągłości funkcjonowania instytucji cywilnych przy równoczesnym przejęciu realnej kontroli nad kluczowymi decyzjami przez stronę amerykańską.Równolegle prowadzone byłyby działania osłonowe o charakterze politycznym i dyplomatycznym. Obejmowałyby one intensywną komunikację z sojusznikami w ramach NATO, akcentowanie wyjątkowego charakteru sytuacji oraz argumentację opartą na bezpieczeństwie Arktyki i interesach całego Zachodu. Celem byłoby opóźnienie lub rozmycie ewentualnej reakcji sojuszniczej, zanim powstałyby podstawy do uruchomienia formalnych mechanizmów odpowiedzi.Całość miałaby charakter szybkiej „operacji faktu dokonanego”: zakończonej, zanim doszłoby do jednoznacznej, wspólnej reakcji międzynarodowej. Z wojskowego punktu widzenia byłby to scenariusz niskointensywny, lecz obciążony ogromnym ryzykiem politycznym i strategicznym.Czytaj też: Kolejny kraj wysyła wojska na Grenlandię. Premier Tusk podjął decyzjęRówni czy jednak nie?Ewentualny spór o Grenlandię od początku miałby charakter asymetryczny. USA i Dania pozostają formalnie równoprawnymi członkami NATO, jednak ich realne możliwości polityczne i wojskowe są nieporównywalne. USA dysponują globalnym potencjałem militarnym, zdolnością do samodzielnego prowadzenia operacji we wszystkich domenach oraz dominującą pozycją wewnątrz Sojuszu. Dania, mimo wysokiego poziomu interoperacyjności i aktywnego udziału w misjach NATO, nie posiada narzędzi pozwalających na samodzielne przeciwstawienie się presji ze strony Waszyngtonu.Z punktu widzenia USA kluczowe znaczenie miałaby kalkulacja kosztów politycznych, a nie militarnych. Otwarta konfrontacja z Danią – nawet ograniczona – niosłaby ryzyko kryzysu wewnątrz NATO, osłabienia wiarygodności sojuszniczej oraz napięć z innymi państwami europejskimi – o czym szerzej w dalszej części tekstu. Z drugiej strony Waszyngton mógłby zakładać, że żaden z sojuszników nie byłby gotów na eskalację konfliktu z USA w obronie Grenlandii, zwłaszcza w sytuacji, gdy działania zostałyby przedstawione jako wyjątkowe, związane z bezpieczeństwem Arktyki i rywalizacją globalnych mocarstw.Dla Kopenhagi scenariusz ten oznaczałby ograniczone pole manewru. Odpowiedź stricte wojskowa byłaby nierealna, a presja dyplomatyczna – zależna od zdolności zbudowania szerokiego poparcia wśród sojuszników. Jednocześnie Dania znalazłaby się w trudnej sytuacji politycznej: z jednej strony jako państwo odpowiedzialne za terytorium Grenlandii, z drugiej – jako członek NATO, starający się uniknąć otwartego konfliktu z jego najsilniejszym uczestnikiem.W tym sensie potencjalny kryzys wokół Grenlandii byłby nie tylko testem relacji dwustronnych USA–Dania, lecz także sprawdzianem realnych mechanizmów solidarności sojuszniczej. Pokazywałby, w jakim stopniu NATO funkcjonuje jako wspólnota równych państw, a w jakim jako struktura oparta na przywództwie jednego dominującego aktora.Czytaj też: Trump chciał planować atak na Grenlandię. Generałowie powiedzieli „nie”„Jeden za wszystkich…”, ale…Choć artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego bywa postrzegany jako automatyczny mechanizm zbiorowej obrony, w praktyce jego uruchomienie ma charakter polityczny, a nie techniczny. Każdorazowo wymaga jednomyślnej decyzji państw członkowskich NATO, poprzedzonej oceną sytuacji i uznaniem, że doszło do zbrojnej napaści na jedno z nich. W przypadku Grenlandii proces ten od początku byłby obarczony poważnymi wątpliwościami interpretacyjnymi.Po pierwsze, potencjalne działania USA mogłyby zostać przeprowadzone poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego. Ograniczona blokada morska, przejęcie kontroli nad infrastrukturą czy zmiany administracyjne, nawet jeśli byłyby postrzegane jako naruszenie suwerenności Danii, nie musiałyby jednoznacznie spełniać kryteriów „zbrojnego ataku” w rozumieniu Traktatu. To z kolei otwierałoby pole do sporów prawnych i politycznych wewnątrz Sojuszu.Po drugie, podmiotem potencjalnych działań byłyby same USA – państwo pełniące kluczową rolę w strukturach NATO i stanowiące filar jego zdolności wojskowych. Dla wielu sojuszników oznaczałoby to realny dylemat: poparcie formalnego uruchomienia art. 5 przeciwko USA wiązałoby się z ryzykiem głębokiego kryzysu sojuszniczego, którego konsekwencje mogłyby wykraczać poza sam spór o Grenlandię.Po trzecie, reakcja NATO byłaby uzależniona od tempa rozwoju wydarzeń. W scenariuszu szybkiej, punktowej operacji – zakończonej, zanim Rada Północnoatlantycka zdołałaby wypracować wspólne stanowisko – Sojusz mógłby znaleźć się w sytuacji faktu dokonanego. Historia pokazuje, że w takich przypadkach mechanizmy kolektywne reagują wolniej niż działania jednostronne, zwłaszcza gdy brak jest jednoznacznego obrazu sytuacji w pierwszych godzinach i dniach kryzysu.W efekcie NATO mogłoby zostać zepchnięte do roli forum konsultacyjnego, a nie bezpośredniego instrumentu odpowiedzi wojskowej. Nie oznaczałoby to jednak bierności Sojuszu, lecz raczej przeniesienie ciężaru reakcji na dyplomację, presję polityczną oraz próby mediacji – przynajmniej w początkowej fazie kryzysu.Zarządzanie ryzykiemW hipotetycznym scenariuszu działań wobec Grenlandii kluczową rolę odgrywałaby postawa amerykańskich sił zbrojnych. Armia USA jest strukturą silnie sprofesjonalizowaną, opartą na cywilnej kontroli władzy, ale jednocześnie głęboko zakorzenioną w myśleniu sojuszniczym i wielostronnym. Z tego punktu widzenia ewentualna operacja wymierzona w terytorium państwa NATO mogłaby spotkać się z wyraźnym oporem części kadry dowódczej, zwłaszcza na poziomie strategicznym.Ten opór nie musiałby jednak mieć charakteru otwartego sprzeciwu. W realiach amerykańskiego systemu dowodzenia wojsko wykonuje decyzje legalnie wybranych władz cywilnych, nawet jeśli są one postrzegane jako politycznie kontrowersyjne lub obarczone wysokim ryzykiem strategicznym. W praktyce oznacza to, że sprzeciw armii mógłby przybrać formę prób ograniczania skali operacji, nacisku na warianty minimalizujące eskalację lub opóźniania decyzji, a nie odmowy wykonania rozkazów.Nie można przy tym wykluczyć, że część środowiska wojskowego mogłaby zaakceptować taki scenariusz, jeśli zostałby on przedstawiony jako działanie o charakterze wyjątkowym, związane z długofalowym bezpieczeństwem USA w Arktyce oraz rywalizacją z innymi mocarstwami. W takim ujęciu operacja na Grenlandii mogłaby być postrzegana nie jako konflikt sojuszniczy, lecz jako rozszerzenie istniejącej obecności i odpowiedzialności strategicznej.Historia wojny secesyjnej pokazuje, że armia USA ma doświadczenie funkcjonowania w warunkach głębokiego napięcia politycznego i niejednoznaczności lojalności, co pozostaje ważnym, choć pośrednim punktem odniesienia. Współcześnie bardziej prawdopodobny byłby nie rozłam, lecz wewnętrzna debata o granicach odpowiedzialności wojska w realizacji decyzji politycznych. Kończąc wątek najrozsądniej uznać, że armia USA nie byłaby ani jednolitym hamulcem, ani bezrefleksyjnym narzędziem eskalacji. Jej rola sprowadzałaby się raczej do zarządzania ryzykiem, ograniczania kosztów politycznych i militarnych oraz realizacji decyzji władz cywilnych w możliwie najbardziej kontrolowany sposób.Czytaj też: Trump podsyca niepokój w NATO. Mówi, że ogranicza go tylko własna moralnośćGrecko-tureckie i francuskie precedensyHistoria NATO pokazuje, że Sojusz od początku funkcjonował w warunkach napięć i rozbieżnych interesów między państwami członkowskimi. Przykładem są wieloletnie spory między Turcją a Grecją, obejmujące kwestie Cypru, granic morskich i kontroli przestrzeni powietrznej. Mimo okresowych kryzysów i incydentów wojskowych NATO nie zostało sparaliżowane, a konflikty te były zarządzane poprzez mechanizmy polityczne i dyplomatyczne, bez uruchamiania zbiorowej obrony.Innym istotnym precedensem była decyzja Francji z 1966 roku o opuszczeniu zintegrowanych struktur wojskowych NATO. Choć krok ten podważał wówczas spójność Sojuszu i budził obawy o jego przyszłość, nie doprowadził ani do jego rozpadu, ani do zerwania współpracy politycznej. NATO dostosowało się do nowej sytuacji, a Francja po latach powróciła do struktur dowodzenia, co potwierdziło zdolność Sojuszu do długofalowej adaptacji.Oba te przypadki prowadzą do wspólnego wniosku: NATO nie jest organizacją wolną od konfliktów wewnętrznych, lecz strukturą zdolną do ich absorbowania i zarządzania nimi, o ile nie dochodzi do jednoznacznej, otwartej wojny między państwami członkowskimi. Spory, nawet bardzo głębokie, nie muszą automatycznie prowadzić do dezintegracji Sojuszu, lecz często skutkują jego ewolucją – zmianą mechanizmów współpracy, redefinicją ról i przesunięciem akcentów politycznych.Z tej perspektywy hipotetyczny kryzys wokół Grenlandii byłby wydarzeniem bezprecedensowym pod względem skali i znaczenia, ale nie całkowicie sprzecznym z dotychczasową logiką funkcjonowania NATO. Stanowiłby raczej skrajny test zdolności Sojuszu do zarządzania konfliktem wewnętrznym niż automatyczny wyrok na jego dalsze istnienie.Większy nacisk na zdolności narodoweW hipotetycznym scenariuszu aneksji Grenlandii kluczowym problemem dla NATO nie byłaby sama utrata terytorium przez Danię, lecz uderzenie w wiarygodność Sojuszu jako gwaranta bezpieczeństwa. NATO opiera się bowiem nie tylko na realnych zdolnościach wojskowych, ale przede wszystkim na przekonaniu potencjalnych przeciwników, że naruszenie suwerenności któregokolwiek z jego członków spotka się z reakcją całej wspólnoty.W tym sensie kryzys grenlandzki miałby charakter precedensowy. Jeśli bowiem agresorem byłoby państwo stanowiące filar militarnej potęgi NATO – Stany Zjednoczone – a Sojusz nie byłby w stanie wypracować jednoznacznej odpowiedzi, podważałoby to fundamentalne założenie odstraszania zbiorowego. Z punktu widzenia państw trzecich oznaczałoby to, że art. 5 nie jest gwarancją absolutną, lecz mechanizmem zależnym od politycznej koniunktury i relacji sił wewnątrz Sojuszu.Najbardziej wrażliwe na taki sygnał byłyby państwa wschodniej flanki NATO. Dla nich wiarygodność Sojuszu nie jest abstrakcyjną kategorią polityczną, lecz realnym elementem odstraszania wobec Rosji. Jeśli NATO nie byłoby w stanie skutecznie zareagować na konflikt wewnętrzny z udziałem USA, mogłoby to wzmocnić przekonanie Moskwy o „selektywnej solidarności” i ograniczonej gotowości Sojuszu do ponoszenia kosztów obrony słabszych członków. W efekcie rozochocić ją do ataków na mniejszych członków wspólnoty.Skutkiem takiego ryzyka byłaby zmiana zachowań państw członkowskich: większy nacisk na zdolności narodowe, intensyfikacja współpracy regionalnej oraz poszukiwanie dodatkowych gwarancji bezpieczeństwa poza formalnymi ramami Sojuszu. NATO funkcjonowałoby nadal, ale w bardziej ostrożnym, mniej ambitnym politycznie kształcie.Czytaj też: Napięcie wokół Grenlandii rośnie. „Najpierw będziemy strzelać”