„Głos rozpoznawalny od pierwszych dźwięków”. Plakaty z jego zdjęciem wisiały w tysiącach polskich domów, chociaż trzeba uczciwie przyznać, że daleko mu było do typu „wymarzonego zięcia”. To raczej rockandrollowiec z krwi i kości, który potrafił i porwać publiczność, i wywołać skandal na całą Polskę – a wszystko to podczas jednego koncertu. Po dekadach kariery ograniczył nieco szaleństwa, ale rockandrollową duszę ma do dzisiaj. Janusz Panasewicz skończył 70 lat. „Planował zupełnie inną karierę, ale nagle odkrył w sobie miłość do muzyki” albo: „przypadkiem ktoś zorientował się, że ma wielki talent” – tak zaczyna się jakieś 90 proc. opowieści o znanych artystach, nie tylko rockowych. W tym przypadku było nieco inaczej. Panasewicz od dzieciństwa uwielbiał muzykę. Zresztą genów nie da się oszukać. Matka wokalisty sama przez wiele lat śpiewała w chórze, a jego ojciec hobbystycznie zajmował się graniem.Nikogo więc nie zdziwiło, kiedy przyszły gwiazdor też postanowił zacząć śpiewać i chwycił za gitarę, a później również za pałeczki. I nie, to nie pomyłka. Janusz jako nastolatek dorabiał graniem na perkusji… na weselach. W pewnym sensie trochę „oszukał” system. Dlaczego? Wielu artystów w Polsce chce bardzo szybko zaistnieć, ale często pierwsze lata w muzycznym biznesie są – delikatnie mówiąc – trudne. Okazuje się, że nikt na nich nie czeka, wytwórnie kręcą nosem na piosenki – o ile ktoś ich w ogóle posłucha – a na koncie niezmiennie straszy debet. Takie występy dla młodych par oraz ich gości mogą być wtedy zbawieniem. Panasewicz frycowe zapłacił więc jeszcze na długo przed tym, nim dołączył do Lady Pank. Do tego zdobył doświadczenie na scenie, które – to powie chyba każdy muzyk – jest bezcenne, bo żadne próby w domu ani godziny spędzone w studiu nie przygotują nikogo na spotkanie z prawdziwą publicznością. Panasewicz uciekał przed wojskiem. Gdyby nie ono, pewnie nie trafiłby do Lady Pank To w sumie zabawne, że Janusz – jak potem przyznał – przez cały ten czas grał, śpiewał, zakładał zespoły, występował w konkursach, ale nie traktował muzycznej kariery śmiertelnie poważnie, nawet w początkach działalności Lady Pank. A już z pewnością nie przypuszczał, że w wieku, w którym mógłby spokojnie wypoczywać na zasłużonej emeryturze, będzie jeszcze grać koncerty i śpiewać, w tym dla ludzi w wieku swoich dzieci. Tak samo jak nie podejrzewał na przykład, że w amfiteatrze w Zielonej Górze, w którym w młodości wystąpił na festiwalu piosenki radzieckiej – bo przecież nie było wtedy talent shows ani zbyt wielu innych okazji do pokazania się światu – zagra jeszcze wiele razy, ale już z jednym z najpopularniejszych zespołów rockowych w kraju. CZYTAJ TEŻ: Björk krytykuje Trumpa w obronie GrenlandiiIronia losu, prawda? To co powiedzieć o tym, że pewnie nigdy nie zostałby wokalistą Lady Pank, gdyby nie wojsko, przed którym za wszelką cenę chciał uciec? Tak bardzo unikał poboru, że skończyło się to dla niego niemałą karą, bo niemal roczną odsiadką. A wojsko i tak mu nie odpuściło, tyle że tym razem miał sporo szczęścia, bo w czasie służby Janusz… też zajmował się muzyką. Trafił do zespołu Desant, w którym „śpiewał chórki i nosił sprzęt”, ale przynajmniej miał więcej swobody niż podczas standardowej służby w PRL-u. No i najważniejsze: w tym samym zespole śpiewała Urszula, żona tekściarza i producenta Andrzeja Mogielnickiego, którego namówiła do posłuchania Janusza, a on już polecił wokalistę swojemu dobremu koledze – Jankowi Borysewiczowi. – Lady Pank się wtedy zawiązywało, a Borysewiczowi na początku marzyło się, że będzie gitarzystą i wokalistą, niczym Sting w The Police. Początki Janusza to przede wszystkim zasługa szczęśliwego zbiegu okoliczności. Zwrócono uwagę na jego nieprzyzwoicie dobrą dykcję. Początkowo miał pewne problemy z akcentem, trochę zaciągał, co do rocka niezbyt pasuje, ale szczęśliwie szybko pozbył się tego nawyku. Natomiast jednym z kluczowych elementów sukcesu Lady Pank było to, że Panasewicz znakomicie interpretował teksty Andrzeja Mogielnickiego. Przydawał im odpowiedniej barwy, ironii i mogę powiedzieć, że było w tym czuć nawet jakieś predyspozycje aktorskie – co zresztą się troszeczkę po latach sprawdziło, bo stworzył kilka filmowych kreacji, jak choćby ta w filmie „Nic” Doroty Kędzierzawskiej, notabene bardzo udana. Później do tego wszystkiego doszła konsekwencja, postawił na wizerunek charyzmatycznego frontmana. Widać było, że dużo czerpał z Micka Jaggera, czego zresztą sam Panasewicz się nie wstydzi. Bo też nie ma czego się wstydzić – powiedział portalowi TVP.Info Michał Grzesiek, autor książki „Lady Pank. Biografia nieautoryzowana”. Grali po trzy koncerty dziennie, a bilety i tak znikały błyskawicznie „Amok”Dla Panasewicza dołączenie do grupy oznaczało jeszcze jedną życiową zmianę: z Jana stał się Januszem. Od razu było wiadomo, że „w tym zespole nie ma miejsca dla dwóch Janków”, bo przecież ludzie ciągle by ich mylili. Dlatego Jan Borysewicz pozostał Janem, a „Panas” stał się Januszem. Kiedy w stacjach radiowych zaczęły pojawiać się piosenki Lady Pank, choćby „Minus 10 w Rio” czy „Mała Lady Pank”, pewnie nikomu nie robiło to jeszcze różnicy, bo niewielu wiedziało, kto kryje się za tym szyldem. Jeszcze. Sytuacja zmieniła się dosłownie w ciągu kilku miesięcy, zresztą trudno było spodziewać się innego scenariusza, jeśli zespół wydał po kolei „Kryzysową narzeczoną”, „Mniej niż zero” i „Zamki na piasku”. Niemal z dnia na dzień Janusz i jego koledzy stali się gwiazdami, chłopakami z plakatów. Bilety na koncerty Lady Pank w wielkich halach wyprzedawały się w mgnieniu oka, a fani potrafili tak szaleć podczas występów, że zdarzały się domy kultury, które po wizycie grupy nadawały się do natychmiastowego remontu. „Amok” – podsumował tamte czasy Panasewicz. CZYTAJ TEŻ: Jedynka niezmiennie liderem oglądalności. Te pozycje były hitami– Nie pamiętam samych początków zespołu Lady Pank, ponieważ jestem niemal jego rówieśnikiem. Ale już „Mniej niż zero” było frazą, która przewijała się w rzeczywistości dźwiękowej mojego dzieciństwa. W końcu lat 80. podobnie zapamiętałem „Kryzysową narzeczoną”, potem, z początkiem lat 90., to było już oczywiście „Zawsze tam gdzie ty”. Zespół Lady Pank był więc jednym z głównych narratorów tamtych lat dla dziecka, które chłonęło muzykę. Pamiętam ich koncert w Stargardzie, w Hali Spójni. Stałem za szybą, bo byłem wtedy dzieciakiem, więc oczywiście byłem za mały, żeby wejść samodzielnie, zresztą nie miałem nawet na bilet. Oglądałem plecy Janusza i Jana, bo scena była ustawiona tyłem do okna. Potem miałem lat 16 i – powtórzę klasyk internetowy – „to było na Inwazji Mocy”. W Stargardzie grała Kaśka Nosowska, nie pamiętam, czy z grupą Hey, czy solo – no i Lady Pank. Wtedy pomyślałem: „ok, to jest rockandroll” – przyznaje Michał Wiraszko, wokalista zespołu Muchy, a do tego solowy artysta i autor tekstów dla wielu polskich muzyków. „Janusz operuje głosem, który jest rozpoznawalny od pierwszych dźwięków”Ponad dwie dekady po tym koncercie Wiraszko odebrał telefon z prośbą, żeby napisać coś dla Lady Pank. – Zawsze będę podkreślał, że to do mnie zadzwonili – śmieje się artysta i dodaje: – To jest poważna pozycja w moim CV. Oczywiście mówię to wszystko z ogromnym szacunkiem do Janusza i Jana. Natomiast rzeczywiście, kiedy dostałem zadanie napisania tekstów dla Lady Pank, musiałem to „rozchodzić”. Zrobiłem więc porządny research, przesłuchałem wszystkie płyty z naciskiem na teksty, sprawdziłem autorów i robiłem notatki. Na koniec wyszedł mi jeden wspólny mianownik – zawsze o wielkich sprawach małymi słowami. Z tym mottem zabrałem się do tej wyróżniającej pracy. Chciałem zrobić to dobrze. Niewielu artystów i muzyków w Polsce jest w stanie zgromadzić tłumy, co dopiero gromadzić te tłumy już przez piątą dekadę. Nie mogłem im przecież tego zepsuć. – Na pewno Janusz operuje głosem, który jest rozpoznawalny od pierwszych dźwięków. Wiadomo od razu, że to śpiewa Panasewicz i wie to każdy człowiek urodzony w Polsce przed rokiem 2010 (śmiech). Janusz ma niepodrabialną barwę i to też jest jedno z moich życiowych olśnień. Ten moment, kiedy kończysz piosenkę, piszesz tekst dla Lady Pank, słyszysz zmiksowany utwór i nagle dociera do ciebie, że to Janusz Panasewicz, właśnie tym swoim głosem, śpiewa słowa, które ty napisałeś. To jest naprawdę jedna z największych satysfakcji zawodowych dla tekściarzy – opowiada Wiraszko. Jak przystało na rockandrollowców, którym zawsze bliżej było mentalnie do The Rolling Stones niż The Beatles, członkowie Lady Pank potrafili też nieźle zaszaleć. O ich imprezach za kulisami i w hotelach krążyły legendy. Nawet kiedy grupa grała po 2-3 koncerty dziennie – pierwszy już o 16:00 – zawsze znalazł się czas na dobrą zabawę. Bywało, że te szaleństwa przenosiły się na scenę – i to już w późniejszych latach działalności, a naturalnie najwięcej emocji budziły wyczyny wokalisty. Januszowi zdarzało się wychodzić na scenę „pod wpływem”, zapłacił nawet karę za to, że podczas jednego z takich koncertów rzucił w publiczność butelką wody, która uderzyła w głowę dziewczynę robiącą zdjęcia. Fani potrafili skrytykować, ale nie odchodzili. „Mam wrażenie, że przyszło otrzeźwienie”– Panasewicz to absolutna ekstraklasa wśród polskich rockmenów, od lat cieszy się statusem celebryty, a wiadomo, że tacy znajdują się cały czas pod obstrzałem wścibskich mediów. Ludzie niebędący postaciami publicznymi, mają takie same chwile słabości, tyle że to nie dzieje się na oczach kamer. Wspomnijmy tu choćby niesławny koncert w Tarnobrzegu w 2014 roku, który był transmitowany na żywo. Było tam wyraźnie widać niedyspozycję wokalisty. Fani podeszli do tego żałosnego występu bardzo krytycznie, ale nie odwrócili się od idola. I mam wrażenie, że potem przyszło otrzeźwienie, od kilku lat panowie trzymają wysoki poziom swoich koncertów, bo wiemy, że z Borysewiczem kilkanaście lat temu też różnie bywało pod tym względem – przypomina Grzesiek. CZYTAJ TEŻ: Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego. Znamy finalistówWiraszko przytacza historię innego muzyka, który też ma „to coś”, co sprawia, że ludzie są w stanie przymknąć oko na jego wybryki: – Jest taki film w internecie, jak Keith Richards z The Rolling Stones odbiera Nagrodę Literacką Normana Mailera z rąk Billa Clintona. Widać, że jest „odklejony od planety”, natomiast jest tak uroczy, tak ciepły, taki „do zjedzenia”, że przemawia przez kilka minut i ludzie biją mu brawo, mimo że najprawdopodobniej nie jest zupełnie trzeźwy. Co trzeba w sobie mieć? Nie wiem, czy to jest jakiś układ genów, czy to jest nabyte, ale na pewno trzeba tym dysponować, jeśli myśli się o porywaniu tłumów. Janusz Panasewicz postanowił jednak kilka lat temu rzucić alkohol, co zresztą publicznie przyznał. Muzyk zdradził, że dzięki tej decyzji zyskał nową energię. – Biologia jest nieubłagana i nie można w okolicach siedemdziesiątki zachowywać się jak dwudziestolatek. Panasewicz najwyraźniej wziął to sobie do serca, podobnie zresztą jak Borysewicz. Gdyby nadal co chwilę wychodzili na scenę pijani, po prostu wypadliby z branży. Cyganeryjna epoka lat 80. to już zamierzchła przeszłość, rynek uległ profesjonalizacji i wyeliminuje każdego, kto nie dostosuje się do jego reguł. Tu nie ma miejsca na sentymenty, te niech pozostaną domeną fanów, nostalgicznie wzdychających do czasów swej młodości – przekonuje Michał Grzesiek. Idol czy chłopak z sąsiedztwa? „Ma to gdzieś z tyłu głowy”Wokalista, mimo popularności i sukcesów, przez wiele osób nadal jest uważany za chłopaka z sąsiedztwa. W czym tkwi tajemnica? Michał Wiraszko nie zastanawia się długo: – To jest właśnie ten wewnętrzny urok i aura. CZYTAJ TEŻ: W Paryżu bez języka?„Pomogło mi dziecko do wykarmienia”Autor nieoficjalnej biografii Lady Pank ma jeszcze jedną teorię. – Przypuszczam, że tutaj główną rolę gra pochodzenie. On zresztą z dumą podkreśla swoje związki z Mazurami. Spójrzmy na najsłynniejszy skład zespołu, z pierwszej płyty. Większość muzyków dorastała w wielkich miastach, a Panasewicz – w prowincjonalnym Olecku. Wydaje mi się, że również dzięki temu nie groziła mu klasyczna „sodówka”, bo wszedł do artystycznego światka z dużą dozą pokory, może nawet pewnych kompleksów. Od początku robił wrażenie chłopaka zza miedzy i – z tego, co mi wiadomo – taki jest do dzisiaj, pomimo kilkudziesięciu lat sukcesów i popularności. Nadal gdzieś z tyłu głowy ma to, że pochodzi z małego miasteczka, z całym szacunkiem oczywiście. I myślę, że między innymi to odgrywa dużą rolę w tym, jakim jest człowiekiem – mówi. „Żywe dowody na to, że rockandroll konserwuje”Panasewicz nie przepada za określeniem „legenda rocka”, ale pewnie również dlatego, że legenda kojarzy się z przeszłością, a on wcale nie myśli o muzycznej emeryturze.– Wśród zespołów, które wystartowały na początku lat 80., Lady Pank wydają się być w najlepszej formie. Część kapel dawno przeszła do historii, część jest skonfliktowana, skłócona, są różne odłamy. Mamy dwa zespoły-wariacje na temat Perfectu, TSA, Kombi, Oddział Zamknięty i Jary Oddział Zamknięty, przykro się czasem na to patrzy. Natomiast w Lady Pank niepodzielnie od blisko 45 lat panuje duet Borysewicz-Panasewicz pod jednym i tym samym szyldem. Spośród kapel, które wtedy „wypłynęły”, chyba jako jedyni trzymają fason – ocenia Michał Grzesiek. – Myślę, że panowie z Lady Pank, mówię o Januszu, ale o Janie też, to są żywe dowody na to, że rockandroll konserwuje, ponieważ oni mają niezmiennie aurę i energię nastolatków, studentów. Tak zawsze było i mam nadzieję, że zawsze będzie. Dla mnie Janusz Panasewicz jest właściwie światem zastanym i oby to trwało jak najdłużej – podsumowuje Michał Wiraszko. CZYTAJ TEŻ: Wpływy nie tylko z filmu. Tyle Culkin zarobił za rolę Kevina