Propaganda zamiast analizy. 12 stycznia mija 1418. dzień rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” przeciwko Ukrainie. Dokładnie tyle samo trwała wielka wojna ojczyźniana – mit założycielski współczesnej rosyjskiej tożsamości politycznej, fundament narracji o wyjątkowej roli Rosji w historii XX wieku i główne źródło legitymacji imperialnych ambicji Kremla. Rosyjska propaganda od lat buduje analogię między oboma konfliktami. Ich porównanie ma wzmocnić przekaz o dziejowej misji, o walce dobra ze złem i o konieczności poświęceń. Dziś stało się jednak pułapką, bolesnym ciosem w prestiż Rosji. Odwołania do wielkiej wojny ojczyźnianej nie są wymysłem ostatnich czterech lat. Moskwa czyniła takie porównania już wcześniej – widziałem to na własne oczy, pracując w tzw. Donieckiej Republice Ludowej na przełomie kwietnia i maja 2015 roku. Putinowska propaganda szykowała się wówczas do obchodów kolejnej – co ważne, równej – rocznicy Pobiedy.W dostępnych na Donbasie rosyjskich i prorosyjskich mediach roiło się od materiałów, które miały jedną wspólną cechę. Przekonywano w nich, że współcześni bohaterowie walki z Ukrainą to godni następcy swoich dziadów, którzy również walczyli z faszyzmem. Wcześniej był to faszyzm niemiecki, później ukraiński; zło mające wspólne korzenie. Przyznam, bawiła mnie absurdalność tej analogii, z satysfakcją dostrzegałem, że wielu doniecczan jej nie kupuje. Nie wiem, jak jest dziś – trudno o wiarygodne dane z terytoriów okupowanych. Zapewne lata sączenia propagandy swoje zrobiły. Widzimy to po zwykłych Rosjanach, których publiczne postawy zdają się potwierdzać wiarę w „świętość specoperacji”.(Nie)zdolność do samorefleksjiJej zrównywanie z wielką wojną ojczyźnianą (w rosyjskiej kulturze funkcjonującej też właśnie jako „święta wojna”), na dobre zaczęło się latem 2022 roku. Gdy okazało się, że nie ma mowy o łatwym sukcesie, że wsparta przez Zachód Ukraina broni się zażarcie, ba – że zadaje armii rosyjskiej dotkliwe porażki. Jak to wyjaśnić, a zarazem nie stracić społecznej legitymizacji? – głowili się spece od kremlowskiej propagandy. I wymyślili, że Rosja ponownie znalazła się w sytuacji egzystencjalnego zagrożenia, że niczym kiedyś z wielką III Rzeszą, dziś walczy z całym „kolektywnym Zachodem”, w związku z czym potrzebne jest jej i silne przywództwo i wielka mobilizacja, które – podobnie jak wtedy – nadadzą wojnie właściwej dynamiki i po serii upokorzeń przyniosą marsz na zachód i wielkie zwycięstwo.W Ukrainie tych wielkich zwycięstw nie było, więc je wymyślano – przeszacowując taktyczne sukcesy lub całkiem je kreując. I tak upłynęły ponad trzy lata, po których nawet najbardziej ślepy i głuchy dostrzeże, że z tym propagandowym przekazem było i wciąż jest coś nie tak.Nie, żebym wierzył w jakąś rosyjską zdolność do samorefleksji, spodziewał się społecznego głośno wyartykułowanego „sprawdzam!”; zapewne Putin nie ma się czego obawiać, przynajmniej na razie. Bardziej prawdopodobne, że Rosjanie przełkną kolejne symboliczne upokorzenie, a propaganda im „wyjaśni” umowność tych 1418 dni. Bez bicia się w pierś i szukania rzeczywistych powodów rosyjskich niepowodzeń.Czytaj też: Broń propagandowa Putina. Tak Rosja zakłamuje historię II wojny światowejNieuzasadniony „przemiał”A jakie one są? Nim odpowiemy na to pytanie, ustalmy rzeczy niepodważalne. W czasie wielkiej wojny ojczyźnianej Armia Czerwona – mimo katastrofalnych klęsk pierwszych miesięcy – była w stanie przejść głęboką transformację. Po 1418 dniach wojny w 1945 roku stała w Berlinie, a III Rzesza była fizycznie i politycznie unicestwiona. Po takim samym czasie walk Federacja Rosyjska nie zdołała zrealizować żadnego z deklarowanych celów strategicznych. Nie zniszczyła ukraińskiej państwowości, nie złamała oporu społeczeństwa, nie narzuciła Kijowowi swojej woli politycznej. Co więcej, nawet na poziomie czysto militarnym rosyjskie postępy okazały się ograniczone i nietrwałe.W pierwszych tygodniach inwazji Rosja zajęła znaczne obszary Ukrainy, jednak kolejne miesiące przyniosły serię odwrotów i kontruderzeń sił ukraińskich. Dziś kontrola terytorium, którą Moskwa przedstawia jako „historyczne zdobycze”, w istocie sprowadza się do części Donbasu oraz pasa ziem na południu kraju. W dodatku linia frontu od dawna nie przypomina dynamicznego teatru działań znanego z II wojny światowej, lecz raczej wyczerpującą wojnę pozycyjną, w której każdy kilometr zdobywa się kosztem setek ludzi i ogromnych zasobów. Także tu analogia do wielkiej wojny ojczyźnianej zaczyna obracać się przeciwko swoim autorom. Wielkie straty Armii Czerwonej dało się usprawiedliwić ogromnymi zdobyczami, „przemiału” rosyjskiej armii już nie sposób.Propaganda zamiast analizyJednym z kluczowych elementów tej porażki jest struktura ludzka armii. Związek Radziecki prowadził wojnę totalną, opartą na potencjale całego imperium. Armia Czerwona była formacją wielonarodową, w której Rosjanie stanowili rdzeń, ale ogromną rolę odgrywali przedstawiciele innych republik. Wśród nich szczególne miejsce zajmowali Ukraińcy. Historyczne dane wskazują, że w latach 1941–1945 zmobilizowano ich 6-7 milionów, co czyniło z nich jedną z największych grup narodowych w sowieckich siłach zbrojnych. W świadomości wojskowej funkcjonowali jako żołnierze solidni, odporni psychicznie i dobrze przystosowani do realiów frontowych. Ukraińcy stanowili znaczną część kadry liniowej, technicznej i podoficerskiej. Współczesna Rosja została tego zasobu całkowicie pozbawiona. Co więcej, dawni „najlepsi żołnierze imperium” – uchodzący za takich jeszcze w czasach carskich – walczą dziś po drugiej stronie frontu.Drugim systemowym problemem jest sposób dowodzenia. W czasie II wojny światowej Armia Czerwona była strukturą skrajnie scentralizowaną i brutalną, lecz mimo to zdolną do uczenia się w warunkach wojny. Katastrofalne błędy z 1941 roku kosztowały ją miliony ofiar, ale w kolejnych latach doprowadziły do realnych korekt w planowaniu, organizacji i prowadzeniu działań bojowych. Współczesna armia rosyjska funkcjonuje w odmiennym, znacznie mniej elastycznym modelu. Strach przed odpowiedzialnością paraliżuje inicjatywę dowódców na wszystkich szczeblach, a przekazywanie w górę informacji o problemach bywa traktowane jako przejaw nielojalności wobec przełożonych i władzy politycznej. W efekcie propaganda zastępuje rzetelną analizę sytuacji, a kryterium politycznej lojalności wypiera kompetencje wojskowe. System, który nie dopuszcza krytycznej oceny własnych działań, traci zdolność do adaptacji – a w warunkach długotrwałej wojny oznacza to narastanie tych samych błędów zamiast ich korygowanie.Czytaj też: Ukraiński front to śmiertelne połączenie starej i nowej wojnyRzeczywistość improwizacjiTrzecim czynnikiem jest korupcja, która z patologicznym uporem przeniknęła wszystkie szczeble rosyjskich sił zbrojnych. Wojna obnażyła skalę fikcyjnych kontraktów, niedoborów sprzętu i zapasów istniejących jedynie w dokumentach. W wielu jednostkach stan etatowy, ilość uzbrojenia czy poziom zaopatrzenia funkcjonowały poprawnie wyłącznie na papierze, podczas gdy na froncie brakowało podstawowych środków walki i ochrony. Zjawisko to ma charakter systemowy, ponieważ korupcja nie jest w Rosji patologią wymagającą usunięcia, lecz elementem mechanizmu lojalności i kontroli, tolerowanym tak długo, jak długo nie zagraża bezpośrednio władzy politycznej.Dla porównania Armia Czerwona funkcjonowała w realiach skrajnie represyjnego państwa, w którym nadużycia i niekompetencja w warunkach wojennych często kończyły się odpowiedzialnością karną, a nawet fizyczną eliminacją. System stalinowski był brutalny i bezwzględny, ale działał i wymuszał realne dostarczanie sprzętu, amunicji i zapasów na front. Dziś jest inaczej, a korupcja nie tylko osłabia zdolności logistyczne i techniczne armii, ale także podkopuje morale żołnierzy, którzy na froncie konfrontują propagandowy obraz potęgi z rzeczywistością niedoboru i improwizacji.Symboliczne dziedziczenieI na koniec jeszcze jeden element: skala i jakość zewnętrznego wsparcia. Związek Radziecki, mimo że w propagandzie przedstawiał zwycięstwo jako wyłącznie własny triumf, korzystał z ogromnej pomocy sojuszników. Program Lend-Lease dostarczył ZSRR setki tysięcy pojazdów, lokomotyw, wagony kolejowe, samoloty, środki łączności, paliwo lotnicze, a nawet żywność, bez której Armia Czerwona nie byłaby w stanie prowadzić operacji na taką skalę. Była to pomoc systemowa, długofalowa i oparta na potędze przemysłowej Stanów Zjednoczonych, działających w ramach szerokiej koalicji antyhitlerowskiej.Dzisiejsza Rosja znajduje się w sytuacji diametralnie odmiennej. Jej zaplecze międzynarodowe ogranicza się do relacji z państwami takimi jak Chiny, Iran czy Korea Północna. Owszem, Moskwa otrzymuje od nich drony, amunicję czy komponenty podwójnego zastosowania, lecz jest to wsparcie fragmentaryczne, obciążone politycznymi warunkami i dalece niewystarczające, by zrównoważyć presję sankcyjną i skalę zużycia sprzętu na froncie. Chiny unikają otwartego zaangażowania militarnego, Iran działa w granicach własnych ograniczeń produkcyjnych, a Korea Północna dysponuje zasobami, które bardziej pasują do wojny XX niż XXI wieku. W przeciwieństwie do ZSRR Rosja nie ma dziś za sobą koalicji zdolnej zasilać ją przemysłowo w sposób ciągły i masowy. Jest słaba także sojuszami, co unaocznia, jak daleko współczesna Federacja Rosyjska odeszła od realnej potęgi, którą próbuje symbolicznie dziedziczyć. W 1945 roku Związek Radziecki wychodził z wojny jako jedno z dwóch globalnych supermocarstw. W 2026 roku Rosja, po identycznym czasie walk, pozostaje państwem uwikłanym w konflikt, którego nie potrafi zakończyć ani wygrać, a którego sens coraz trudniej wytłumaczyć własnemu społeczeństwu.Czytaj też: ZSRR jako mem, czyli sowieckie kłamstwa