Felieton Pauliny Sochy-Jakubowskiej. 30 minut po tym, jak w sieci zaapelowałam do rodziców, by nie puszczali dzieci na sanki bez kasków na głowach, narażając się tym samym na komentarze pełne drwin, mój córka zaliczyła zderzenie z lodem. Na sankach właśnie. Gdyby nie kask, najpewniej dziś pisałabym o wstrząśnieniu mózgu, jakimś uszkodzeniu czaszki. Na szczęście skończyło się tylko na urazie nosa, przeciętej wardze i skierowaniu na konsultację laryngologiczną, by sprawdzić, czy przegroda jest cała. Dlaczego dzielę się tą prywatną historią? Bo z przerażeniem obserwuję, jak zachwyceni zimowymi warunkami chcemy zagwarantować dzieciom jak najwięcej zabaw na śniegu, zapominając przy okazji o zdrowym rozsądku. Wiem, że dyskusja na temat kasków elektryzuje nas głównie w sezonie letnim, gdy trzeba zabezpieczyć dzieci przed przejażdżką na rowerze, lub gdy jeżdżą na deskorolce czy rolkach. Zimą pojawia się wtedy, gdy np. Włochy wprowadzają obowiązek noszenia kasku nie tylko przez narciarzy, czy snowboardzistów (i tu mowa o wszystkich grupach wiekowych), ale też przez ludzi uprawiających inne sporty zimowe, jak choćby tych, którzy zjeżdżają na sankach, czy trikke SKKI (sprzęt podobny do hulajnogi, ma trzy płozy), pod rygorem odebrania karnetu narciarskiego i kar pieniężnych w wysokości od 100 do 150 euro. Choć i tak Polacy wybierający się do Włoch radzą sobie w sieci, jak złamać ten system, co – pozwolą państwo – pozostawię bez komentarza.Kaski na sankach – dlaczego to takie ważne?Dyskusji na temat kasków w połączeniu z sankami, w polskich realiach w zasadzie nie ma. Dlatego ją wywołuję.Pamiętają państwo tragedię sprzed 5 lat, gdy 12-letni chłopiec, zjeżdżając na sankach z Górki Szczęśliwickiej, wjechał w ławkę, doznał urazu głowy i zmarł? Ja doskonale pamiętam. I tylko zastanawiam się, patrząc na rodziców, którzy pozwalają swoim dzieciom na zabawy w miejscach totalnie nieprzygotowanych, jazdę po wytyczanych spontanicznie „trasach” zakończonych ławkami, betonowymi śmietnikami, latarniami, czy faktycznie tak trudno sobie wyobrazić, czym zjazd po lodzie z parkowaniem na betonowym klocu może się dla dziecka skończyć?CZYTAJ TEŻ: Szaleli autem po zamarzniętym jeziorze. Skończyło się, jak musiałoZwłaszcza że – w zależności od masy zjeżdżającego i tego, jak bardzo oblodzona jest górka, mówimy o prędkości od 30 do nawet 60 km na godzinę (100-130 km/h to prędkość, którą osiągają zawodnicy trenujący saneczkarstwo, w bobslejach ten zakres zwiększa się do 160 km/h).Zresztą wczoraj słuchałam o historii sprzed kilku dni, o tym, jak „prozaiczne” i „banalne” zjazdy na sankach i dla dorosłych mogą być bardzo niebezpieczne. Jeden tatuś, który zabrał dziecko na bardzo stromą górkę na warszawskim Podzamczu, postanowił sam też z niej zjechać. Wiadomo, od lat nie było takiej zimy, wszyscy stęskniliśmy się za szaleństwem na śniegu. Poza tym, kto powiedział, że sanki są tylko dla dzieci.Tyle że ten mężczyzna zdecydował się na zjazd po trasie zbyt krótkiej, bez odpowiedniego wypłaszczenia na końcu. A przy jego masie ciała prędkość sprawiła, że przejazd zakończył, owijając się wokół latarni. Karetka, ku przerażeniu obserwujących całe zajście, zabrała go do szpitala.Jak się przygotować do zjazdu na sankach? I tak płynnie przechodzę do kolejnej kwestii. Jazda na sankach wiąże się przecież nie tylko z ryzykiem wjechania w jakąś przeszkodę, ale także – a może nawet przede wszystkim – z ryzykiem zderzenia z innym zjeżdżającym. Ekspertką w tym zakresie nie jestem, ale jako matka jestem w stanie chyba ocenić, jak dla kilkuletniego dziecka (bez kasku!) niebezpieczne może być bliższe spotkanie, przy dużej prędkości, z korzystającym ze ślizgawki nastolatkiem, albo – jak wyżej – dorosłym, który zatęsknił za jazdą na sankach.Mam nadzieję, że to wystarczy, by przekonać państwa do lepszego przygotowania dzieci do zjazdów na sankach. Zwłaszcza że mroźna zima w tym roku ma zostać z nami na dłużej, warunki do uprawiania sportów zimowych są naprawdę świetne. Nic, tylko korzystać. Bezpiecznie korzystać.Na początku napisałam, że uczulając, jak ważne są kaski nawet na sankach, naraziłam się na drwiny. Dostałam np. taką wiadomość: „Jeszcze nakolanniki, nałokietniki, gogle ze szkłem hartowanym i w ogóle zbroja na całe ciało”.Odpowiedziałam na nią, że „co kto lubi”. Ale zacznijmy chociaż od kasku, zwłaszcza że tę odrobinę spokoju (zamiast strachu o bezpieczeństwo dziecka) możemy sobie kupić za jakieś 100, może 150 złotych.CZYTAJ TEŻ: Fala zachorowań na grypę. Pojawił się nowy wariant wirusa