Co nas czeka? Nowy rok tradycyjnie rozpoczęliśmy od orędzi wygłoszonych przez prezydenta i premiera. Karol Nawrocki i Donald Tusk mówili o rozwoju Polski, sytuacji gospodarczej oraz bezpieczeństwie, jednak wyraźnie różnili się w sposobie rozumienia tych kwestii. Prezydent podkreślał swoje relacje z Donaldem Trumpem i zapowiedział, że na zaproszenie prezydenta Stanów Zjednoczonych będzie reprezentował Polskę na szczycie G20. Jednocześnie w jego wystąpieniu zabrakło odniesień do wojny w Ukrainie i zagrożeń płynących ze wschodu. Donald Tusk z kolei mówił, że „choćby świat dookoła do końca oszalał, my musimy być mądrzy, silni, musimy być sobą”. Zwrócił też uwagę na historyczne, niechlubne w polskiej tradycji liberum veto, które porównał do słabości i przegranej. Trudno nie dostrzec w tym drobnej uszczypliwości wobec prezydenta Karola Nawrockiego, wetującego kolejne ustawy.Karol Nawrocki dużo miejsca poświęcił kwestiom socjalnym. Podkreślał, że skoro Polska dołącza do grona dwudziestu największych gospodarek świata, to każdy obywatel powinien to odczuć przy własnym stole. Mówił o polskich pacjentach, emerytach, pracownikach i przedsiębiorcach. Ta narracja – jak zauważył Jakub Majmurek w „Newsweeku” – momentami przypominała wręcz język partii Razem. Pozostaje jednak pytanie, co prezydent przez ostatnie pół roku realnie zrobił, by wspomniane grupy społeczne wesprzeć.Oba orędzia nie pozostawiają jednak większych wątpliwości: współpraca między ośrodkiem rządowym a prezydenckim będzie w nadchodzącym roku wyglądać podobnie jak dotychczas, czyli będzie trudna. I raczej nie ma co liczyć na ocieplenie relacji.Czytaj też: Premier i prezydent wymieniają ciosy. „Wschód albo Zachód”***W ubiegłą sobotę prezydent Karol Nawrocki wziął udział w obchodach 107. rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego. W swoim wystąpieniu podkreślał, że Polska jest otwarta na Zachód, ale jednocześnie „gotowa do obrony zachodniej granicy Rzeczypospolitej”. Ten fragment przemówienia natychmiast wywołał polityczną burzę.Premier Donald Tusk odpowiedział na Platformie X, pisząc: „Prezydent Nawrocki znowu wskazał Zachód jako główne zagrożenie dla Polski. To jest istota sporu między antyeuropejskim blokiem (Nawrocki, Braun, Mentzen, PiS) a naszą Koalicją”. Do sprawy odniósł się także minister spraw zagranicznych i wicepremier Radosław Sikorski, który stwierdził: „Pragnę uspokoić Pana Prezydenta, że dopóki Niemcy są w NATO i UE, a rządzą nimi chrześcijańscy lub socjal demokraci, zagrożenie naszej zachodniej granicy jest żadne”.Oczywiście prezydent Karol Nawrocki odwoływał się w swoim wystąpieniu do historii i źródeł Powstania Wielkopolskiego. Jednak w obecnym, wyjątkowo trudnym momencie geopolitycznym, gdy prawdziwe zagrożenie płynie ze wschodu, a nasze bezpieczeństwo opiera się właśnie na sojuszach z Zachodem, obecności w NATO i Unii Europejskiej, akcentowanie obrony zachodniej granicy wydaje się co najmniej zbędne. A być może nawet politycznie nieodpowiedzialne.***We wtorek Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy dotyczący statusu osoby najbliższej w związku. Jak poinformowała Katarzyna Kotula, sekretarz stanu w Kancelarii Premiera, wcześniej ministra do spraw równości, rząd kieruje do Sejmu projekt koncyliacyjny, dla którego, według rządowych wyliczeń, istnieje dziś większość zarówno w Sejmie, jak i w Senacie. Na jakiekolwiek rozwiązanie regulujące sytuację osób, które nie mogą lub nie chcą zawrzeć małżeństwa, wyborcy koalicji rządzącej czekają już ponad dwa lata, a obecny projekt znacząco odbiega od pierwotnych zapowiedzi i ambitnych propozycji, jednak mimo to nie ma co liczyć na podpis prezydenta Karola Nawrockiego. Szef jego gabinetu, Paweł Szefernaker, zapowiedział na antenie TVN24, że gdyby była to rzeczywiście ustawa o statusie osoby najbliższej, a nie regulacja de facto legalizująca związki partnerskie, miałaby szansę na akceptację. Skoro jednak zdaniem Pałacu Prezydenckiego celem projektu jest wprowadzenie związków partnerskich, los ustawy wydaje się przesądzony. Wszystko więc wskazuje na to, że obiecanych regulacji jak nie było, tak nie będzie.***Z sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” wynika, że gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę, wygrałaby je Koalicja Obywatelska z wynikiem 34,2 proc. Drugie miejsce zajmuje Prawo i Sprawiedliwość z poparciem 29,8 proc. Na trzecim miejscu znalazła się Konfederacja z wynikiem 10,1 proc., dalej Nowa Lewica – 7,3 proc. oraz Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 7,2 proc.To badanie pokazuje nie tylko utrzymującą się przewagę Koalicji Obywatelskiej, ale przede wszystkim rosnącą siłę skrajnej prawicy spod znaku Grzegorza Brauna. I to może być jeden z kluczowych czynników politycznych w nadchodzącym roku. Niewykluczone, że część polityków PiS zacznie coraz śmielej puszczać oko do elektoratu Brauna, przesuwając narrację w stronę antyeuropejską, antyukraińską i populistyczną. Pytanie tylko, czy Koalicja Obywatelska zdoła wykorzystać wysokie poparcie dla skrajnej prawicy jako argument mobilizujący własny, dziś coraz bardziej zniechęcony elektorat, ten sam, który masowo poszedł do urn w 2023 roku, a w 2025 częściowo został w domach. Wizja Grzegorza Brauna wchodzącego do przyszłej koalicji z PiS i obejmującego ministerialne stanowiska może okazać się wystarczająco silnym argumentem, by liberalny wyborca dał obecnie rządzącej koalicji jeszcze jedną szansę.***Michał Kobosko zrezygnował ze startu w wyborach na przewodniczącego Polski 2050 Szymona Hołowni. Oznacza to, że w wyścigu o przywództwo w partii pozostali: Paulina Hennig-Kloska, Rafał Kasprzyk, Joanna Mucha, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Ryszard Petru oraz Bartosz Romowicz.W liście do członków ugrupowania Kobosko nie owijał w bawełnę: „Gdzie dziś jesteśmy, widać gołym okiem. Szorujemy po dnie w sondażach, mamy osłabione i zdemotywowane struktury, programowo jesteśmy rozwodnieni i nierozpoznawalni”. Jego zdaniem partia potrzebuje „zmiany totalnej na szczytach”, zerwania z dotychczasowym sposobem działania i nowego otwarcia. Jednocześnie zadeklarował, że trzyma kciuki za Paulinę Hennig-Kloskę, Joannę Muchę i Ryszarda Petru.Nie ulega wątpliwości, że Polska 2050 znajduje się dziś w najpoważniejszym kryzysie w swojej krótkiej historii. Coraz częściej pojawiają się głosy, że po wyborach w 2027 roku tego ugrupowania w parlamencie może już nie być. To z kolei rodzi pytania o polityczną przyszłość jego posłów i posłanek, którzy – co zrozumiałe – będą chcieli nadal funkcjonować w polityce. Na razie jednak partia, balansująca w sondażach na granicy błędu statystycznego, wciąż dysponuje 31 posłami i realnie wpływa na decyzje podejmowane przez koalicję rządzącą.Czytaj też: Polska 2050 w politycznym niebycie. Kto wykorzysta masę upadłościową?***Do osobliwej wymiany zdań doszło na platformie X między Anną Marią Żukowską z Nowej Lewicy a byłym (lewicowym!) premierem Leszkiem Millerem. Wszystko zaczęło się od wpisu Millera, w którym wspominał zmarłą kilka dni temu Brigitte Bardot. Były premier przywołał jej słowa, że „nie była ofiarą molestowania seksualnego” oraz że „miło jej słyszeć, iż jest piękna albo że ma ładny tyłek”. W odpowiedzi posłanka Nowej Lewicy określiła Leszka Millera mianem „obleśnego dziada”. Ten nie pozostał dłużny i zarzucił Żukowskiej, że „rozsiewa wokół siebie zgniły zapach”. To nie był jednak koniec uprzejmości, Anna Maria Żukowska stwierdziła bowiem: „Mój tyłek też pan komentował, co wiem od jednej z koleżanek zasiadających wtedy z panem w prezydium. Stąd wiem, że jest pan obleśnym, seksistowskim dziadem. I nie jestem jedyną kobietą z SLD, która to wie z własnych doświadczeń. Pańskie seksistowskie teksty są legendarne”. Ot, kolejny dzień w polskiej polityce.