81. rocznica wyzwolenia Auschwitz. Miałem osiem lat, gdy pierwszy raz zobaczyłem krematoria i ścianę śmierci. Trząsłem się, jedną ręką trzymałem się mamy spódnicy, drugą pomagałem jej zapalać świeczki. Gdy chodziliśmy na teren byłego obozu Auschwitz-Birkenau w latach 60., nie było tam żadnego miejsca, które upamiętniałoby Zagładę Romów. Z biegiem lat zrozumiałem, że jeżeli Romowie sami o to nie nie zadbają, nikt tego nie zrobi – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info Roman Kwiatkowski, prezes Stowarzyszenia Romów Polskich. Paula Szewczyk, portal TVP.Info: Pana historia związana jest z miejscem, w którym rozmawiamy. Oświęcim, ulica Berka Joselewicza.Roman Kwiatkowski: Moja historia w tym mieście zaczęła się niedaleko, po drugiej stronie rzeki. Po raz pierwszy przyjechaliśmy do Oświęcimia z taborami w 1968 roku. Pamiętam dobrze, bo był to moment inwazji na Czechosłowację. Romowie myśleli, że znowu jest wojna, niektórzy zaczęli uciekać. Miałem 8 lat, ale pamiętam tę panikę, czołgi, wojsko na ulicach.Urodziłem się w taborze, wcześniej z nim wędrowaliśmy. Gdy osiedliśmy się w Oświęcimiu, wokół było szaro. Nieromskie rodziny z ciekawości podchodziły do naszych wozów. Pojawiliśmy się w mieście nagle, kolorowi. Trochę jak z innej planety. To wtedy zetknąłem się pierwszy raz ze społecznością większościową, poszedłem do szkoły, zakolegowałem się z nie-Romami. I tutaj pierwszy raz miałem kontakt z obozem Auschwitz-Birkenau.Pana rodzice byli ocalałymi.Tato mój zmarł w 1990 roku. Mama 12 lat po nim. Przed wojną ojciec miał duży zakład kotlarski, pamiętam, jak – już w Oświęcimiu – te kotły robiliśmy tu przy rzece. O dziadku wiem dziś niewiele, o babci wiedziałem wszystko. Była bardzo nowoczesna, elegancka, była Europejką. To ona pilnowała, żeby ojciec się kształcił. Urodził się w 1914 roku, miał przedwojenną maturę. Był bardzo szanowanym człowiekiem, oczytanym. To było w tamtych czasach rzadkością, by w romskich rodzinach umieć czytać, mieć książki.Roman Kwiatkowski wstaje od stołu. Podchodzi do komody, wyjmuje zza szklanej gabloty zdjęcie ojca.Nazywał się Władysław Kwiatkowski. Ale moje rodzinne nazwisko jest Strauss i Rosenfeld.Czytaj także: Fikcja, która tylko udaje prawdę. Tak popkultura fałszuje obraz AuschwitzA ten Kwiatkowski skąd?A skąd Tyszkiewicz, Kozłowski, Leopolski? To chyba najbardziej czysto brzmiące i propolskie nazwiska. Ojciec zmienił je celowo, po wojnie niebezpiecznie było mieć nazwisko, które brzmiało z niemiecka. Część z kolei naszej rodziny od strony mamy pochodziła z Wiednia. To byli ludzie światli, wykształceni, potrafili czytać i pisać. Mama nie, ale mądrość? Ojej! Życzyłbym każdemu takich rodziców, jakich miałem.Mamusia się nami opiekowała, było nas ośmioro. Dbała o wszystkie reguły, które w każdej rodzinie romskiej musiały być zachowane od przygotowania posiłków po higienę. Wpoiła w nas wysoką kulturę osobistą, była charyzmatyczna, ale też bardziej konserwatywna niż ojciec. Jak pani wie, mam żonę nie-Romkę. Kiedy powiedziałem o tym ojcu, był wyrozumiały. Mama nie mogła się z tym pogodzić, nie rozumiała dlaczego. Później okazało się, że jej ulubioną synową była właśnie moja żona.Ojciec się ukrywał, uciekł z getta w Kielcach, był w partyzantce. Mama była w getcie do końca, zdążyła uciec tuż przed wywózką, zabrała ze sobą najmłodszego brata i siostrę. Babcia – jak i dziadek, i jej rodzeństwo, i pozostałe dzieci – trafiła do Auschwitz.Gdy przyjechaliście do Oświęcimia, wiedział pan, co to za miejsce?W naszym taborze było kilku Ocalałych, w tym byli więźniowie obozu. Opowieści o Auschwitz-Birkenau były w mojej rodzinie obecne od zawsze. Mama też opowiadała nam o swoich bliskich, którzy zostali tam zamordowani w komorach gazowych. Przerażało mnie to, ale byłem najmłodszym dzieckiem, takim wychuchanym i wszędzie z mamą chodziłem. Kiedy szła na teren obozu, też mnie ze sobą zabierała.Pierwszy raz byłem w miejscu po obozie Auschwitz-Birkenau jako kilkulatek. Poszliśmy zapalić w miejscu po krematorium czwartym świeczki, takie malutkie, dziadkom – ja, mama, ciotka i wujek, który też przeżył Zagładę. Pamiętam, szliśmy drogą wzdłuż torów. Bardzo się bałem. Miałem takie spodeneczki krótkie na jednej szelce, trzymałem się mamy spódnicy. Jak tylko weszła na teren obozu, zaczęła płakać, wszyscy płakali. Ściskałem ze strachu tę mamy spódnicę i płakałem z nimi. Te ruiny, te druty, zostały ze mną do dziś. I specyficzny zapach. Kiedy to sobie przypominam, widzę dym nad Birkenau, a przecież nie mogło go tam wtedy być. Chyba tak jako ten kilkulatek musiałem sobie tę grozę w pamięci zapisać.Chciał pan słuchać, czy próbował od tych strasznych przecież dla dziecka historii uciekać?Chciałem, byłem ciekaw. Zawsze na 1 listopada przyjeżdżał na teren byłego obozu mój wujek, Jan Pawłowski. Mengele robił na nim eksperymenty. Pamiętam jego potworne krzyki i jak mój ojciec go uspokajał: „Spokojnie, już dobrze. Już dobrze”. Dla mnie to był wtedy starszy, elegancki pan, zawsze pod krawatem. Po czym wchodził na teren Auschwitz i jakby tracił świadomość. Widać było w jego oczach, jak wraca to przerażenie, jakby znowu tam był.Czytaj także: Rozwód bez sądu i orzekania o winie? Duże zmiany w przepisachInna scena: przyjeżdża moja ciocia, ona była z kolei w Ravensbrück i Bergen-Belsen. Jest rok 1993, jesteśmy przed wejściem, już mamy wchodzić, a ona zaczyna do nas krzyczeć. „Nie wchodźcie! Tam są prochy! Tam jest krew naszych bliskich”. Wtedy ściągnęła buty i błagała nas „nie wchodźcie w butach, nie depczcie po nich”. To w człowieku siedzi.Pan jest drugim pokoleniem Ocalałych, przekazali panu swoją traumę?Absolutnie tak. Jesteśmy jej spadkobiercami. Nie zapomnę tego pierwszego razu, gdy widziałem ścianę śmierci. Jak się trząsłem, wołałem „mamo, mamo”, jedną ręką trzymałem się tej jej spódnicy, a drugą pomagałem zapalać świeczki.Powiem pani szczerze, do dziś mi się wiele śni. To się działo wtedy w dzieciństwie i dzieje się – choć może nie tak często – do dziś. Czasami potrzebuję oddechu, kiedy sam wchodzę na teren Auschwitz. Nieraz coś nagle się we mnie zmienia, nie umiem tego oddać w słowach. Bywały momenty, że nie mogłem o Zagładzie czytać, brałem książkę do ręki i nie dawałem rady. Zbierałem się, jakbym fizycznie musiał nabrać do tego sił.Gdy chodziliście na teren byłego obozu w latach 60., nie było tam żadnego miejsca, które upamiętniałoby Zagładę Romów.Jako że w rodzinie mieliśmy Ocalałych z Auschwitz, to oni pokazywali nam, gdzie co stało. Opowiadali, którędy szli do pracy, jakie były komanda. Osłuchałem się tych historii. Myśmy wcześniej żyli w taborze, zupełnie inaczej, niż się żyło potem. Myślę dzisiaj, że mama zabierała mnie ze sobą, bo nie była świadoma, jak to może na dziecko wpłynąć.Do muzeum nie wolno było mi wejść, wpuszczano dzieci od 13. czy 14. roku życia. Ale tego, kto wchodził poza jego teren, nikt nie sprawdzał, a to właśnie tam zbieraliśmy się z Ocalałymi Romami i Romkami.Ale ja się cieszę, że im wtedy towarzyszyłem. Bo chociaż ten ciężar potem pozostaje w człowieku, mnie to, co widziałem i co od nich usłyszałem, kształtowało. I gdy już jako dorosły, widziałem, jak Ocalali Żydzi upominali się o pamięć, poczułem, że też powinienem, że upominanie się o pamięć o romskiej Zagładzie to mój moralny obowiązek. I jakoś na początku 1990 roku poszedłem do Muzeum Auschwitz-Birkenau, zapytałem: „Dlaczego nie ma w nim nic o Romach?”.I jaką dostał pan odpowiedź?„A kim pan jest?”. Próbowałem tłumaczyć, że moja babcia została tu zamordowana, moi wujkowie, ciotki, moja rodzina. Usłyszałem jeszcze: „Pan nie jest dla nas partnerem do rozmów”. To mnie tak zabolało, że nie chcieli ze mną rozmawiać... Wiedziałem, że będzie trzeba inaczej podejść do sprawy. I że potrzebuję do tego organizacji. To był zalążek Stowarzyszenia Romów Polskich.Ale nawet jego założenie nie udało się od tak, także dlatego, że potrzebowałem na to zgody tak zwanej romskiej starszyzny. Romom i Romkom pokolenie wyżej niż ja, organizacje kojarzyły się źle. Za komuny niemal wszystkie współpracowały z władzą, a to było w naszej społeczności zakazane. Poza aprobatą musiałem starszyznę zapewnić, że będę działał na rzecz Romów, a nie przeciwko nim. Na pierwsze spotkanie w tej sprawie przyszło do mojego domu kilkadziesiąt osób, wśród nich także Ocalali. „Rób dziecko, to ważne” – powiedzieli mi. Chcieli, żeby kolejne pokolenia Romów i nie-Romów wiedziały, co przeszli. I tak zostałem jednocześnie jednym z pierwszego pokolenia, które z taborów przesiadło się w garnitury.Czytaj także: Ojciec znęcał się nad nią latami. „Nie chodziło o religię, tylko o przemoc”Ile czasu zajęło, by w muzeum pojawiła się informacja, że Romowie również byli więźniami Auschwitz i ofiarami Zagłady?Proszę pani, kilka lat. Po drodze przeżyłem ogromną dyskryminację, ogromną. Ale paradoksalnie – ja przynajmniej tak mam – kiedy człowieka ciągle walą po głowie, to dostaje mocy. Mi te odmowy dawały siłę do walki. Tym większą, że zrozumiałem wtedy, iż jeżeli Romowie sami nie zadbają o własną historię, nikt tego nie zrobi.Upamiętnienie Zagłady Romów i Sinti w Auschwitz to był długi proces. Nie udałby się bez dziesiątek osób, które po drodze spotkałem i które decydowały się na różnych etapach wesprzeć działania Stowarzyszenia. Kiedy lobbowanie nie działało – gdy czekaliśmy choćby w 1998 roku na decyzję w sprawie utworzenia części wystawy stałej dotyczącej Zagłady Romów w miejscu po tzw. Zigeunerlager – próbowaliśmy innych metod. Zagroziliśmy wówczas strajkiem głodowym. Tak zrobili niemieccy Romowie i Sinti piętnaście lat wcześniej w Dachau, domagając się uznania swoich krzywd. Pomogło. Polskie władze nie chciały powtórki z historii i skandalu i nagle decyzję, której latami nie mogliśmy się doczekać, podjęto w ciągu czterech dni.Wcześniej Ocalali sami postawili na terenie obozu nieoficjalny pomnik upamiętniający romskie ofiary Zagłady?Stał od 1973 roku, postawili go byli więźniowie, którzy przeżyli Zagładę, przyjechali do Oświęcimia z Niemiec. Zrobili to z własnych pieniędzy, za zgodą ówczesnego dyrektora muzeum. Tylko że po dekadzie, dwóch niszczał, a nowe władze nie poczuwały się do dbania o niego. Kiedy o to zapytałem ówczesnej dyrekcji, usłyszałem, że pomnik jest „nielegalny”. I kolejna walka o jego „legalizację”.Mimo że Władysław Bartoszewski pełniący wtedy funkcję przewodniczącego Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej dał nam zielone światło, znowu czekaliśmy. Dopiero po trzech latach wreszcie udało się nam dopiąć formalności, odnowić go – ze środków zdobytych przez Stowarzyszenie na własną rękę – i zorganizować pierwszą oficjalną uroczystość przy okazji 50-tej rocznicy pierwszego transportu Romów do KL Auschwitz w 1993 roku.Upamiętnienie i wystawa w miejscu po byłym tzw. Zigeunerlager, to też pana inicjatywa.Przygotowanie wystawy stałej w bloku 13. było wyszarpywane przez lata. Pamiętam, jak zbieraliśmy do niej informacje. Zacząłem szukać dokumentów, zdjęć, wspomnień. Mniej więcej wiedziałem, kogo szukam. I akurat w Kozach nieopodal Bielsko-Białej odbywało się wesele, było mnóstwo gości. Pojechałem tam z tym, co udało mi się ustalić i po numerach obozowych dochodziłem, kto kim jest. Później ci Ocalali prowadzili mnie do kolejnych, podając przy tym nazwiska tych, którzy w Auschwitz zginęli.Później walczyliśmy przez długie lata o uznanie tzw. krematorium piątego, w którym zginęło 23 tysiące Romów i Sinti. Wie pani, po ilu latach się to udało? Dwunastu. I dziś można przeczytać o ich Zagładzie w tym miejscu po polsku, romsku, angielsku i hebrajsku. A co roku od tamtego czasu 2 sierpnia oficjalnie obchodzony jest Dzień Pamięci o Zagładzie Romów i Sinti.Czytaj także: Życie z HIV. „To po prostu infekcja. Żyję jak wszyscy wokół”Robiłby pan to, gdyby nie stał jako ten kilkulatek przy spódnicy mamy i nie słyszał wtedy płaczu obecnych?Gdybym nie widział tego jako dziecko, gdyby to mnie tak głęboko nie dotknęło, pewnie zająłbym się w życiu czym innym. Czasami bywałem cztery razy w tygodniu w Warszawie. Z pewnością w jakiś sposób odbiło się to na moim życiu prywatnym, na dzieciach. Dziękuję żonie, że ze mną wytrzymała tyle lat, bo właściwie nie było mnie w domu. Ale pomimo że spotkało mnie przez te lata tyle przykrości, nie miałem nawet moment buntu czy rezygnacji. Nigdy. Mimo frustracji, zmęczenia chciałem – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – zmieniać ten świat. Nie myślę dziś, żebym zrobił coś wyjątkowego, walczyłem tylko o to, co uważałem za słuszne. Teraz przyszłość należy do kolejnych pokoleń.***Roman Kwiatkowski – prezes Stowarzyszenia Romów Polskich, powołany przez Premiera RP do Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej.Napisz do autorki: paula.szewczyk@tvp.pl