To zmęczenie nas spaja. Mimo poczucia znajdowania się w satysfakcjonującym momencie życiowym, część z nas woli się nie wychylać z optymizmem i nie okazywać zbyt wielu pozytywnych emocji. Bo łatwiej postawić się w roli osób, które muszą przełamywać wewnętrzny opór i pokonywać rozmaite bariery, żeby do czegoś dojść – mówi w rozmowie z portalem TVP.Info dr Joanna Lizut, specjalistka współczesnych problemów społecznych, prorektorka Uczelni Korczaka i członkini Zarządu Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej. Paula Szewczyk, portal TVP.Info: Byung-Chul Han w „Społeczeństwie zmęczenia i innych esejach” pisze, że człowiek staje się „maszyną wysiłku”, mającą funkcjonować bez zakłóceń i maksymalizować swoją wydajność. Nic dziwnego, że „maszyna” czuje się zmęczona i wypalona, skoro maszyną nie jest?Joanna Lizut: Nie jest maszyną i w przeciwieństwie do maszyn, człowiek miewa gorsze i lepsze momenty. Znajduje się w różnych fazach życia, bywa bardziej lub mniej sprawny, dotykają go rozmaite problemy życiowe, czasem zdrowotne, czasem natury psychologicznej. Mnóstwo czynników może wpływać na to, że nie będzie funkcjonować na najwyższym poziomie wydajności. Po drugie, natura człowieka nastawiona jest na pewną zmienność i na doświadczanie, w tym emocji, których maszyna nie odczuwa. W świecie maszyn nie ma bodźców emocjonalnych, człowiek – nawet jeśliby się bardzo starał – będzie się z nimi stykał. Nie jest w stanie zaprogramować się na nieczucie.Oczekiwanie od siebie ciągłej wydajności będzie miało swoje konsekwencje. Człowiek musi przecież bodźce odreagować. A w obecnym świecie to dużo trudniejsze niż kiedyś, bo tych jest coraz więcej i świat coraz bardziej się komplikuje.W myśl tezy Byung-Chul Hana, społeczeństwo przyszłości będzie społeczeństwem zmęczenia.My już jesteśmy społeczeństwem zmęczenia, co objawia się chociażby chorobami cywilizacyjnymi, różnego rodzaju typami kryzysów, w tym tych psychicznych czy emocjonalnych. To zarówno teraźniejszość – bo z całą pewnością to doświadczenie naszego pokolenia – jak i przyszłość, która czeka pokolenia kolejne.Myślę, że to już anegdotyczne, że Polki i Polacy pytani, co słychać, odpowiadają – w przeciwieństwie do mieszkańców krajów anglosaskich – „kiepsko”. Wśród znajomych często słyszę: „Zmęczona jestem”. Jakby zmęczenie było już nieodłącznym elementem naszej tożsamości.Na taką odpowiedź składają się zarówno doświadczenia indywidualne, jak i zbiorowe. Nie da się zaprzeczyć, że jesteśmy do pewnego stopnia wyposażeni kulturowo. To, że ktoś – zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – wita nas uśmiechem i zapewnieniem, że jest świetnie, też jest pewną kulturową pozą. Czytaj także: Latała do Dubaju, a nie miała na czynsz. Walka o eksmisję trwała trzy lataPodczas ostatniego kongresu PTPS często padało sformułowanie, że Europa jest zmęczona. Stary kontynent się zestarzał i zmęczył byciem wielkim centrum świata. Stąd wychodziły wynalazki, wielkie odkrycia, to przede wszystkim Europa doświadczyła dwóch wojen światowych. Oczywiście społeczeństwa europejskie się między sobą różnią, a Polska w ostatnich latach stawia czoła nieco innym kryzysom, niż państwa Europy Zachodniej, ale mają wspólne doświadczenie pewnego przesilenia, utraty wspólnego celu. Przede wszystkim jesteśmy w bliskości konfliktu wojennego w Ukrainie i duża część narracji medialnych wokół tego tematu krąży. To nasila poczucie funkcjonowania w zagrożeniu, przyczynia do społecznego odbioru rzeczywistości jako trudnej, męczącej. Odpowiedź „jestem zmęczona” może mieć zatem wiele źródeł.Jednocześnie zmęczenie nas spaja, zbliża?Poczucie, że ze światem dzieje się coś niedobrego, ma społeczny wymiar. A skoro globalnie jest niebezpiecznie, to również w życiu prywatnym mogę odczuwać niepokój. Często takiej niepewności towarzyszy brak poczucia sensu. Wokół – głównie na Starym Kontynencie – obserwujemy kryzysy, nie ma pozytywnej wspólnej idei, która by spajała społeczeństwa naszego kontynentu. Aktualnie nas, Europejczyków przede wszystkim łączy wspólny wróg i zagrożenie, jakie stanowi Rosja. A to znów negatywny bodziec, który łączy mocno, ale na dłuższą metę równie mocno męczy.Zgodziłaby się pani ze stwierdzeniem, że zmęczenie buduje także poczucie wspólnoty? Odpowiedź „u mnie świetnie, same sukcesy” raczej izoluje.Odważna teza, bo w dłuższej perspektywie negatywne emocje po prostu osłabiają. Badania społeczne pokazują, że Polacy są raczej entuzjastami. Choć bywa, że mimo poczucia znajdowania się w satysfakcjonującym momencie życiowym, część z nas woli się nie wychylać z optymizmem, nie okazywać zbyt wielu pozytywnych emocji. Narracje są raczej zachowawcze, za co odpowiadają przede wszystkim czynniki kulturowe.Gdy cofniemy się do przeszłości szkolnej, łatwo przypomnieć sobie, że raczej nie socjalizowano dzieci do tego, by się chwalić. By świętować i mocno eksponować sukcesy. Pamiętam, również z własnego doświadczenia, jak wychodziło się z klasówki, mówiąc, że poszło tak sobie, średnio, było ciężko, a nie: wspaniale, spodziewam się świetnego wyniku. To podejście zaszyte jest w opowieściach dziś dorosłych już ludzi: lepiej się nie przechwalić. Nadal jesteśmy raczej nastrojeni, by powiedzieć, że jest gorzej niż lepiej. W efekcie łatwiej podchwycić opowieść, że jesteśmy zmęczeni. Postawić się w roli osób, które muszą przełamywać wewnętrzny opór, pokonywać rozmaite bariery, żeby dobrze funkcjonować, żeby do czegoś dojść.Dotąd myślałam, że za ten stan zmęczenia odpowiada opresyjny system, szef oczekujący ciągle więcej i więcej. Tymczasem Byung-Chul Han stawia tezę, że człowiek – szczególnie w dobie mediów społecznościowych –„konkuruje sam ze sobą, popada w destrukcyjny przymus ciągłego prześcigania siebie”, staje się przy tym ofiarą i swoim oprawcą jednocześnie.To bardzo ważny wątek w rozmowie o kondycji dzisiejszego społeczeństwa. Przez media społecznościowe samodyscyplinujemy siebie, narzucamy sobie ponad miarę obowiązków i aktywności, także dlatego, że porównujemy się z innymi. Dzisiaj mamy dużo więcej punktów odniesienia niż kiedyś. Dawniej dzieci porównywały się między sobą w klasie, młodzi z kolegami na studiach, dorośli do sąsiadów. Teraz w pewnym sensie konkurujemy z całym światem.Czytaj także: Rozwód bez sądu i orzekania o winie? Duże zmiany w przepisach I chociaż niby zdajemy sobie sprawę, że świat mediów społecznościowych jest światem wyidealizowanym, łatwo nam o tym zapomnieć. Patrzymy godzinami na obrazy, które mają niekoniecznie wiele wspólnego z realnymi osiągnięciami ich autorów. To wytwarza w nas mechanizm dążenia do samodoskonalenia, wpadamy w pętlę zachowań, w których narzucamy sobie coraz wyższą poprzeczkę osiągnięć, bierzemy na siebie więcej obowiązków, jeszcze więcej wyzwań. Brzmi jak prosta droga do wypalenia.I do autodestrukcyjnych zachowań, w ramach których sami wywołujemy w sobie nieświadomie różnego typu lęki czy stany napięcia. Ale i prosta droga do czegoś odwrotnego, możemy bowiem doświadczać także utraty dążenia do osiągnięć, bo w pewnym momencie nasz organizm po prostu wyczerpie swoje możliwości. Wynikiem tych procesów są bezczynność, ataki paniki, depresja, myśli samobójcze. To pewien paradoks, że autorami tej niepewności, lęku i nacisku, jesteśmy my sami.Powiedziałabym nawet, że słowem kluczem do określenia dzisiejszego świata jest właśnie „paradoks”. Dobrze widać jego celność na przykładzie mediów społecznościowych, które z jednej strony przynoszą mnóstwo korzyści i ułatwień, z drugiej niosą ze sobą wiele negatywnych zjawisk. Tak samo, jak z korzystaniem z samego internetu, dzięki któremu jako mieszkanka niewielkiej miejscowości mam np. możliwość skorzystania ze wsparcia psychologicznego czy innych specjalistów online, ale jednocześnie mogę doświadczyć w sieci hejtu czy cyberprzemocy. Podobnie jest ze sztuczną inteligencją, wiele pozytywnych aspektów, łączy się z ryzykami.Paradoksem jest też, że „mamy wszystko”, a nie potrafimy być szczęśliwi? Pokolenie dziadków mówi „nie mieliśmy nic i jakoś nie było depresji”.Można powiedzieć, że mamy do czynienia dziś ze światem we mgle. Pełno w nim przede wszystkim emocji, ale bardzo często to emocje negatywne. Emocjonalne komunikaty wypierają informacje rzetelne i oparte na wiedzy. Są silniejsze, łatwiej wokół nich budować i aktywizować różne grupy społeczne. Krótkotrwale kierunkują aktywność osób je odczuwających, dając złudne przekonanie sprawczości. Na nich opiera się populizm, jesteśmy przeciwko czemuś, przeciwko komuś. Brakuje w tym jednak tego, co najważniejsze, poczucia sensu.Mówiąc o współczesności, często zwracamy uwagę właśnie na utratę poczucia sensu. Właśnie to funkcjonowanie we mgle, utracenie celu, do którego byśmy indywidualnie, ale też społecznie zmierzali. W książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” psychiatra Viktor Frankl, były więzień obozu koncentracyjnego, wyróżnił trzy elementy decydujące jego zdaniem o tym, co nadaje naszemu życiu sens.Pierwszy element to praca i osiągnięcia, w tym praca twórcza, w której można się spełnić jako artysta, malarz czy pisarz. Praca, dzięki której człowiek pozostawi po sobie coś trwałego, uniwersalnego. Drugi element to relacje z innymi, które rozumiał w szerszym kontekście, niż myślimy o relacjach dzisiaj. Frankl pisał, że polegają one także na tym, że dwoje ludzi przechodzi wspólnie przez różnego rodzaju kryzysy, czasem sprawiają sobie wzajemnie cierpienie. Trzeba jednak umieć sobie z nimi poradzić, potrafić rozmawiać, coś w swoim zachowaniu zmienić, by relację utrzymać lub na nowo ją kształtować. Trzecim elementem jest kwestia postawy wobec cierpienia, gdy zetkniemy się z sytuacjami trudnymi, takimi jak choroba czy śmierć osoby bliskiej. Nie możemy zmienić okoliczności, w których się znaleźliśmy, możemy natomiast przyjąć wobec nich określoną postawę.Dzisiaj w chwili kryzysu, „zmęczeni”, wolimy zniknąć, odciąć się, czasem odejść?Bo obecnie relacje często wyobrażamy sobie jako składające się z samych pozytywnych emocji. W dzisiejszym świecie wybieramy proste rozwiązania, szybkie. Dopóki jest nam dobrze z drugą osobą, jesteśmy przy niej. W chwili kryzysu często przerywamy relację, zrywamy więzi, bo nie umiemy sobie z trudnymi emocjami poradzić. Frankl podkreślał, że łatwość w byciu w relacji z innym człowiekiem nie jest miarą jej głębokości czy wartości. I jeszcze trzeci fundament to kwestie związane z cierpieniem. Autor, jako Ocalały z Zagłady, pisał, że cierpienie jest nieodłącznym elementem naszego życia i od tego, co z tym cierpieniem zrobimy i jak sobie z nim radzimy, zależy poczucie sensu. Jeśli dostrzegamy, że w danym momencie musimy przejść przez jakiś trudny moment w swoim życiu, ale umiemy nadać mu znaczenie, prawdopodobnie w dłuższej perspektywie życia będziemy potrafili zobaczyć w nim sens, mieć poczucie, że nasze życie jest spełnione.Czytaj także: Wpłacili kaucję i czynsz za miesiąc. Właścicielce napisali: Na tym koniecDzisiaj unikamy sytuacji trudnych. Słyszymy jednoznaczny przekaz, jakoby cierpienie było czymś złym i powinniśmy sobie z nim jak najszybciej poradzić. Frankl przenosi ten ciężar, pisze, że czasami z cierpieniem po prostu trzeba się zmierzyć. Bo jak pisała w popularnej książce „Dar” psycholożka Edith Eger, również z doświadczeniem obozowym za sobą, nieważne co nas w życiu spotkało, ważne co z tym zrobiliśmy.Paradoksem w kontekście „społeczeństwa zmęczenia” jest także to, że średnio 64 proc. z nas doświadczyła już wypalenia, a jednocześnie inne badania pokazują, że Polacy nie potrafią odpoczywać. 56 proc. z nas wieczorami, w weekendy i urlopy pracuje, a co 10 Polak – to zaskoczyło mnie najmocniej – w ogóle nie bierze urlopu.Jesteśmy na pewno intensywnie pracującym społeczeństwem, co związane jest z punktem, w jakim się znajdujemy. Przez wiele lat byliśmy społeczeństwem na dorobku, goniliśmy Zachód, chcieliśmy wieść podobny poziom życia. To sprawiło, że przyjęliśmy kulturę ciężkiej i wielogodzinnej pracy. Dopiero się ona zmienia dzięki młodym pokoleniom, które dużą uwagę zwracają jednak na sferę dobrostanu i nie chcą pracować tak ciężko, jak ich rodzice.Druga sprawa to higiena cyfrowa, czyli dbałość o siebie w sieci w kontekście technologicznej aktywności. To w naszej uczelni również kierunek studiów podyplomowych. Brakuje nam higieny cyfrowej, dzięki której nauczylibyśmy się, jak korzystać z telefonów i sieci w sposób nienaruszający dobrostanu. Niby wiemy, jak to robić, ale niekoniecznie się do pewnych zasad stosujemy.Zdecydowanie brakuje w tym obszarze edukacji, i młodym, i dorosłym. Poziom świadomości autohigieny cyfrowej jest bardzo różny, a brakuje systemowego podejścia, czy powszechnego programu realizowanego przez instytucje publiczne, który dałby podstawowy poziom wiedzy na temat zachowań i skutków korzystania z osiągnięć technologicznych dostępnych w życiu codziennym.Trudno też rozdzielić cyfrowe życie zawodowe od cyfrowego życia prywatnego, bo te sfery często się przenikają, szczególnie na skutek pandemii.Na pewno była czynnikiem, który błyskawicznie przyczynił się do wzrostu cyfrowych zachowań i tu mamy kolejny paradoks. Wiele pozytywnych historii zdarzyło się dzięki wykorzystaniu cyfrowego przyspieszenia, począwszy od teleporad, które skróciły czas oczekiwania do specjalisty, po pełne wykonywanie obowiązków zawodowych bez wychodzenia z domu. Zatarł nam się natomiast podział między światem prywatnym a zawodowym, duża część z nas nadal pracuje przecież w trybie hybrydowym, przez co czas, który poświęcamy na telepracę w domu, zlewa się z tym, co prywatne.Te procesy już się toczą, ta rzeka już płynie. Jesteśmy w tej rzece wszyscy i płyniemy w nieznanym nam kierunku. Dlatego to nie pytanie, czy tę rzekę regulować, tylko jak? Czy iść trybem, którym poszła Australia z zakazem korzystania z mediów społecznościowych przez młodzież poniżej 16 roku życia czy może innym? Czy wprowadzać ograniczenia czy wyłącznie zalecenia? To kwestia czasu, ale będziemy musieli uczyć dzieci korzystać z cyfrowych osiągnięć w ten sam sposób, w jaki uczymy je korzystania z toalety czy mycia rąk.Czy brak umiejętności odpoczynku, odłączenia się od sieci i samonapędzanie się, by działać więcej, łączy się z poczuciem winy, że inni robią więcej? Czy to lęk, że coś nas ominie, a my stracimy kontrolę?Poczucie winy to jedna z tych silnych emocji, które towarzyszą nam w świecie paradoksów i niepewności. Żyjemy w przekonaniu, że chwilowa nieobecność wyłączyłaby nas z ważnych procesów społecznych, czy też np. zahamowałaby w rozwoju kariery zawodowej. Dlatego podświadomie cały czas jesteśmy w połączeniu ze światem wirtualnym i ze światem informacji.Czytaj także: Ojciec znęcał się nad nią latami. „Nie chodziło o religię, tylko o przemoc”Drugą, jeszcze silniejszą emocją w świecie niepewności, ale i jasno wyznaczonych celów, jest lęk, przeświadczenie, że odejście od ekranów mogłoby sprawić, że być może coś nas ominie. Nieustannie śledzimy, co dzieje się wokół nas, bo nie mamy pojęcia, jak świat za chwilę się zmieni. To pociągnęłoby za sobą, że za chwilę i nasza osobista sytuacja mogłaby ulec zmianie. Odcięcie się naraża nas, że nie dotrzemy na czas do ważnej informacji, nie zdążymy zareagować i ochronić siebie czy bliskich przed nieprzewidywalną sytuacją. Stąd też ta nieumiejętność odpoczynku składają się na społeczeństwo zmęczenia. Gdy chwytamy za telefon, skrolujemy, śledzimy na bieżąco różnego typu informacje, nie odpoczywamy.Napisz do autorki: paula.szewczyk@tvp.pl