Wszystkie twarze prezydenta. Przegrane wybory w 2020 roku i rozmaite tej porażki następstwa miały zakończyć jego polityczną karierę. Okazały się jednak… największym błogosławieństwem. Trump wrócił silniejszy i bardziej zdyscyplinowany. Czy się to komuś podoba, czy nie, to był jego rok. Żyjemy w świecie Donalda Trumpa. Pytanie tylko: jak długo jeszcze? Pierwsza kadencja to był czysty chaos. Teoretycznie musiało tak być: władzę w najpotężniejszym kraju świata dostał przecież człowiek, który nie miał nic wspólnego z polityką, a któremu sławę przyniosły kontrowersyjne biznesy i udział w kultowym reality show. Można było liczyć, że otoczy się mądrymi ludźmi, posłucha rad, wyciągnie dla siebie to, co najlepsze, ale… trzeba byłoby nie znać Trumpa. Kluczowe decyzje podejmował więc sam, szybko dopadł go syndrom oblężonej twierdzy, najbliższych współpracowników zmieniał jak rękawiczki, nie docenił mocy koronawirusa i po czterech niezbyt udanych latach przegrał walkę o reelekcję ze słabiutkim Joe Bidenem. Gdy sprowokował swoich zwolenników do ataku na Kapitol na początku stycznia 2021 roku, wydawało się, że jego kariera polityczna jest skończona. Bo przecież musiało tak być. Dość powiedzieć, że znacznie mniej pieniędzy u bukmacherów płacono za to, że jego kolejnym domem będzie więzienie niż Biały Dom. Czytaj też: 100 dni Trumpa. Ameryka raczej nie będzie wielka...Przez cztery lata Republikanie nie wyhodowali jednak żadnego potencjalnego lidera. Ron DeSantis, gubernator Florydy, który długo zdawał się być faworytem w walce o partyjną nominację, w końcowym rozrachunku okazał się za miękki. Amerykańska prawica potrzebowała silnego, stanowczego przywódcy, w obliczu zagrożeń ze strony Chin czy – wewnętrznie – fali migrantów i gwałtownego spadku poziomu bezpieczeństwa. Trump się przegrupował, zradykalizował, gryzł w język jeszcze mniej i… wygrał. W styczniu 2025 roku ponownie zaprzysiężono go na prezydenta USA.Siła w chaosieTrump i jego najbliższe otoczenie dostali cztery lata, żeby wszystko przemyśleć. Wyciągnąć wnioski. Wiele można mu zarzucić, wiele rzeczy może się w nim nie podobać, ale faktem jest, że dokonał rzeczy niezwykłych. Mało komu udaje się dwa razy zostać prezydentem. Zostać nim po czterech latach przerwy? W przeszłości zrobił to tylko Grover Cleveland. Ale czasy były inne, okoliczności tamtego „powrotu” też. Tylko naiwni mogli więc przypuszczać, że powtórzy błędy, które kilka lat wcześniej wypchnęły go z wymarzonej posady. Po niemal roku kadencji wiemy na pewno, że to inny prezydent. Inna sprawa, że wcale nie trzeba było czekać rok. Wszystko było jasne już pierwszego dnia. To wtedy nowy-stary prezydent podpisał 26 rozporządzeń wykonawczych. Każdy dokument, jeden po drugim, wznosił triumfalnie, a zgromadzona w jednej z waszyngtońskich hal publiczność biła brawo i wiwatowała. Żmudną, urzędniczą robotę przerodził w spektakl. I robi tak cały czas, ze wszystkim. Każdy dzień to nowa przygoda. To stracone miliardy dolarów, zagrożone ludzkie życia, ale też rozmaite sukcesy i sukcesiki. Ciągle gdzieś jest, ciągle o czymś pisze, ciągle z kimś rozmawia, wszędzie go pełno. W ciągu 11 miesięcy urzędowania podpisał 223 rozporządzenia – to więcej niż w trakcie… całej pierwszej kadencji (220), która i tak była przecież pod tym względem wyjątkowo płodna. Amerykanie nazywają to ładnie „flooding the zone”. Polskie „zalewanie strefy” brzmi nieelegancko, więc przyjmijmy – za kinowym hitem sprzed trzech lat – że to polityka „wszystko, wszędzie, naraz”. Chaos jest tak duży, że pewnie nawet sztuczna inteligencja miałaby problem, by połapać się w tym, o co Trumpowi właściwie chodzi, dokąd zmierza i czego można się po nim spodziewać. I – przekonują eksperci – taki był właśnie jego cel. Opozycja jest zdezorientowana. Cały świat jest zdezorientowany. Trudniej powiedzieć komuś: „hej, robisz źle”, jeśli… nie wiadomo do końca, co tak naprawdę robi. Koniec raju coraz bliżej?Wobec tego, jak słaba była prezydentura Bidena, Trump przystąpił do rządzenia, mając za sobą również poparcie Kongresu. Nie wiadomo, jak długo to potrwa: amerykański system skonstruowany jest bowiem tak, że gdy prezydent przesadza (lub po prostu słabo sobie radzi), to w połowie kadencji następuje tzw. przykręcanie śruby i hamowanie zapędów. Podczas wyborów midterm (nie ma dobrego odpowiednika w języku polskim), które przypadają na listopad 2026 roku, jego władza może – choć nie musi – zostać dość mocno ograniczona. Trump dobrze o tym wie, więc nie traci ani chwili, by układać wszystko na swoją modłę. Amerykańscy komentatorzy coraz chętniej piszą więc o „imperialnej prezydenturze”, bo – to paradoks – w najpotężniejszej demokracji świata więcej jest dziś monarchii. Od narastającego złotego przepychu w Gabinecie Owalnym, przez parady wojskowe, po łuk triumfalny budowany przed cmentarzem w Arlington, nowe okręty wojenne klasy „Trump” dla marynarki, przemianowanie waszyngtońskiego centrum koncertowo-teatralnego na „The Donald J. Trump and John F. Kennedy Memorial Center for the Performing Arts”, nieustanną pogoń za Pokojową Nagrodą Nobla i ciągłe uniżone hołdy ze strony sponiewieranej Partii Republikańskiej w Kongresie – wszystko to wygląda bardziej jak rządy cesarskie niż prezydenckie. Trump kładzie ogromny nacisk na demonstrowanie i poszerzanie władzy. Jego podstawowe założenie brzmi: pokój i dobrobyt najlepiej zapewnia silne USA z silnym liderem, który nie boi się używać narzędzi, jakie ma. „Propaganda czynu” – i propaganda wspierająca czyn – są dla niego i jego wizji amerykańskiej potęgi kluczowe.Zmiana kursuWidać to wyraźnie w zaostrzeniu polityki migracyjnej.Południowa granica została zamknięta, ludzie po prostu przestali napływać, a część imigrantów, którzy już są w USA, „samodeportuje się”, byle nie ryzykować surowszego traktowania przez ICE (Immigration and Customs Enforcement) – agencję, która gwałtownie rośnie, jest napompowana pieniędzmi i jest na dobrej drodze, by stać się największą amerykańską formacją egzekwującą prawo pod względem liczby funkcjonariuszy.Tak, były ofiary. Niektórzy obywatele USA zostali deportowani, inni zagazowani, postrzeleni albo pobici przez funkcjonariuszy ICE. Obóz o zaostrzonym rygorze w Salwadorze, do którego deportowano domniemanych członków gangów, jest miejscem wstrząsającym. Administracja twierdzi jednak, że nie ma wyjścia: musi działać ostro i „bez ceregieli”, żeby osiągnąć rezultaty, których chce – ona i ludzie, którzy na nią głosowali.W polityce zagranicznej też pozmieniało się sporo. Głośno było o cłach, którymi przypadkowo objęte zostały nawet pingwiny, ale to może się jeszcze (już poniekąd tak jest) odbić Trumpowi czkawką. To, co z polskiej perspektywy ważniejsze, to stosunek do trwającej za naszą wschodnią granicą wojny. Stosunek, który zdawał się zmieniać co miesiąc, nie mieć żadnego sensu i był bardziej „testowaniem granic” niż realną dyplomatyczną strategią. Wreszcie, w listopadzie, to pozornie niespójne podejście do UE, Rosji, Ukrainy i dużej części świata zostało skodyfikowane w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Skrajnie dla Starego Kontynentu nieprzychylnej.Dokument przesuwa amerykańską politykę zagraniczną w sposób głęboki, odchodząc od dziesięcioleci praktyki powojennej – szczególnie tej po zimnej wojnie.W tekście czytamy m.in.: „Nasze elity fatalnie przeliczyły gotowość Ameryki do wiecznego dźwigania globalnych ciężarów, z którymi zwykli Amerykanie nie widzieli związku z interesem narodowym. Przeceniły zdolność Ameryki do finansowania jednocześnie ogromnego państwa opiekuńczo-regulacyjno-administracyjnego oraz ogromnego kompleksu wojskowego, dyplomatycznego, wywiadowczego i pomocy zagranicznej”.Postawiły na globalizm i tzw. ‘wolny handel’ w sposób błędny i destrukcyjny, który wydrążył klasę średnią i bazę przemysłową, na których opierają się gospodarcza i militarna przewaga USA. Pozwoliły sojusznikom i partnerom przerzucać koszty ich obrony na Amerykanów, a czasem wciągać nas w konflikty i spory centralne dla ich interesów, ale peryferyjne lub nieistotne dla naszych.Przywiązały amerykańską politykę do sieci instytucji międzynarodowych, z których część kieruje się otwartym antyamerykanizmem, a wiele transnacjonalizmem, który wprost dąży do rozpuszczenia suwerenności państw.Krótko mówiąc: nie tylko dążyły do celu zasadniczo niepożądanego i niemożliwego, ale robiąc to, podkopały środki niezbędne do jego osiągnięcia: charakter naszego narodu, na którym zbudowano jego potęgę, bogactwo i przyzwoitość” – kończy dokument.Misją Trumpa jest teraz „skorygowanie” tego kursu.Unia Europejska jest postrzegana jako przeszkoda, więc w strategii dostaje czterostronicową serię ciosów. Rosja, która prowadzi największą wojnę w Europie od II wojny światowej, jest wspomniana w jednym zdaniu – że interesem USA jest „stabilność strategiczna” między Europą a Rosją.Futbolizacja prezydenturyJeszcze jednym benefitem przegranej w 2020 roku jest to, że Trump będzie prezydentem, gdy USA (wraz z Kanadą i Meksykiem) będą gospodarzem mundialu. To już za kilka miesięcy. Trump jest wystarczająco sprytny, by rozpoznać globalną siłę piłki nożnej i podpiąć się do niej dla efektu wewnętrznego i międzynarodowego (jak kiedyś Silvio Berlusconi, miliarder, który został politykiem we Włoszech).Szef FIFA Gianni Infantino zachęca Trumpa do tej gry, pozwalając mu trzymać puchar Klubowych Mistrzostw Świata w Gabinecie Owalnym czy wręczając prezydentowi świeżo wymyśloną „nagrodę pokoju FIFA” podczas losowania mistrzostw świata w Kennedy Center (jeszcze przed zmianą nazwy). Piłka nożna jest dziś w USA dobrze zakorzeniona, a tak bliska relacja z tym sportem w nadchodzącym roku raczej Trumpowi nie zaszkodzi.Warto obserwować, jak ta relacja będzie się rozwijać (zwłaszcza że Infantino zorganizował mundial w Arabii Saudyjskiej w 2032 roku).Ta „futbolizacja” Trumpa to kolejny sygnał, że jego prezydentura jest skrajnie niestandardowa, ale dobrze współgra ze sportową koncepcją polityki: kibice zostają przy swojej drużynie niezależnie od tego, czy ma rację, czy nie; obiektywne wyniki znaczą mniej niż tożsamość plemienna i różnica wobec „tamtych”.Ameryka, jak nigdy (?) wcześniej, to dziś przecież „my” kontra „oni”.Gospodarka, głupcze!Mimo wszystkich zawirowań związanych z cłami gospodarka kończy rok mocno: wzrost PKB w trzecim kwartale w ujęciu rocznym wyniósł 4,3 proc. według danych opublikowanych tuż przed świętami. Rynek pracy ma się dobrze, ale pewne problemy sprawia wysoka inflacja. To jednak nic. Do świadomości Amerykanów najbardziej trafia fakt, że… coraz trudniej im o nowy samochód. Symbol w USA nie tyle „luksusu”, ile po prostu wolności i praktycznej konieczności, zdaje się być poza zasięgiem milionów młodych ludzi.Dane opublikowane tuż przed świętami pokazują, że średnia cena nowego auta w USA przekroczyła 50 tys. dolarów – to wzrost o 33 proc. w ciągu zaledwie pięciu lat.To skłania konsumentów do brania dłuższych kredytów: dealerzy zaczęli wypisywać nawet 100-miesięczne pożyczki. Jeden z nich przyznał „Wall Street Journal”, że rata 300 dolarów miesięcznie właściwie zniknęła – teraz to raczej… 700 dolarów.Trump robi, co może. Skasował obowiązki dotyczące elektryków, w które branża wpompowała miliardy dolarów, a i tak nie była w stanie rywalizować z Chinami. Ford odpisał w straty 19,5 mld dolarów inwestycji w elektryki, ale ogłosił, że jest zachwycony skasowaniem wsparcia dla EV: widzi przyszłość w hybrydach.Ogrom USA utrudnia szybkie rozwinięcie infrastruktury ładowania, centra danych potrzebują energii, a przemysł naftowy – uwolniony przez hasło „drill baby, drill!” – rusza budować amerykańską dominację energetyczną w oparciu o paliwa kopalne.Jak nie wiadomo, o co chodzi…Wróćmy jednak do tego kontrolowanego chaosu. Trump robi dużo, robi często, ale – tu bez niespodzianki – nie za darmo.Forbes śledzi jego majątek od wielu dekad. We wrześniu wycenił go na 7,3 mld dolarów. Przed wyborami było to nieco ponad 4 mld. Wzrost o 3 mld wynika głównie z kryptowalut: rodzina Trumpów uruchomiła i wspiera kilka przedsięwzięć crypto, mocno finansowanych przez branżę w kampanii wyborczej.Od dnia wyborów wartość majątku Trumpa wzrosła o 70 proc. Dla porównania: akcje Nvidii, producenta kluczowych chipów dla AI i najcenniejszej spółki świata, poszły w tym czasie w górę o 35 proc.Forbes szacuje, że majątek Erica Trumpa wzrósł z 40 mln do 750 mln dolarów w 2025 roku.Portfel Dona Jr. miał urosnąć z 50 mln do 500 mln, 19-letni Barron miał zainkasować 80 mln i nadal trzymać aktywa krypto warte 150 mln.Najlepszy rok w życiuO ile Trump wciąż ma wielu sympatyków, to dla tych ze środka, którzy tłumnie poparli go w starciu z Kamalą Harris, stał się trochę zbyt radykalny. Zbyt głośny. Wiele wskazuje na to, że w listopadzie straci Kongres i stanie się – jak to ładnie określają Amerykanie – „kulawą kaczką”, niezdolną do samodzielnego rządzenia. Czy będzie umiał chodzić na kompromisy? Czy dogada się z Demokratami? Wielu ma co do tego wątpliwości.Zanim to jednak nastąpi, amerykańskiego prezydenta czeka prawdopodobnie… najlepszy rok w życiu. W czerwcu, tuż przed wielkim finałem mistrzostw świata w jego ukochanym Nowym Jorku (no, kilkanaście kilometrów pod NYC), skończy 80 lat. Przed Białym Domem mają bić się na wielkiej gali najwybitniejsi zawodnicy UFC. Świat – czy tego chce, czy nie – będzie „skakał” wokół Trumpa, bo tak trzeba, tak lepiej, tak się bardziej opłaca. On wie, że to ostatnie podrygi i ani przez minutę nie zawaha się, by ten złoty okres wyciskać do maksimum. A to niekoniecznie dobra wiadomość.