Tajemnice zimnej wojny. Ściśle tajne urządzenie szpiegowskie z generatorem zawierającym około 2 kilogramów plutonu – jedną trzecią tego, co włożono do bomby atomowej, która spadła na Nagasaki – zawieruszyło się gdzieś w Himalajach. Ustrojstwo zostawiła misja CIA ponad 60 lat temu. Fascynująca zagadka zimnej wojny czy miecz Damoklesa, który zawisł nad setkami milionów mieszkańców Indii? Jak w życiu, jedno i drugie po trochu. Zimna wojna to nie tylko konflikt Wschodu z Zachodem, komunizmu z demokracją, Moskwy z Waszyngtonem, świata zmuszanego do całowania butów wyznawców zbrodniczej ideologii z „wolnym” światem. Była to wojna o wpływy, ale przede wszystkim okres pełen koszmarnych i tragikomicznych absurdów. Ludzkość za sprawą chorych ambicji kilkudziesięciu osób znalazła się na krawędzi zagłady.W 1947 roku – kilka miesięcy po słowach Winstona Churchilla, że „od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Morzem Adriatyckim zapadła żelazna kurtyna, dzieląc nasz Kontynent” – gdy zimna wojna zaczynała gorzeć, naukowcy przygotowali symboliczny Zegar Zagłady. Pomysł opracowany przez badaczy zrzeszonych w „Bulletin of the Atomic Scientists” na Uniwersytecie Chicagowskim zakładał, że północ to nuklearna zagłada ludzkości, zaś różne działania przywódców mogą to zagrożenie oddalać lub przybliżać.W swojej pierwotnej wersji zegar wskazał najbardziej niepokojącą godzinę – 23.58 – w 1953 roku. W listopadzie poprzedniego roku Stany Zjednoczone przeprowadził swój pierwszy test termojądrowy w ramach Operacji Ivy. Bomba King miała siłę około 500 kiloton (dla porównania bomba zrzucona na Hiroszimę miała 15 kiloton).W sierpniu następnego roku, już po śmierci Józefa Stalina, na poligonie w Semipałatyńsku (obecnie Semej w Kazachstanie) Rosjanie przeprowadzili testową eksplozję własnej bomby wodorowej. RDS-6S – znana na Zachodzie jako „Joe-4” – miała siłę 400 kiloton, co wystarczyło, by zniszczyć budynki w promieniu 4 km czy przesunąć most kolejowy o 200 metrów.Zegar zagładyTakie igranie wprawiało w ruch Zegar zagłady w okresie zimnej wojny i wprawia dziś po dołożeniu nowych zagrożeń jak zmiana klimatu. Bandycka agresja Rosji na Ukrainę i wojna hybrydowa Kremla wobec Zachodu, rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia, zagrożenia biologiczne czy postęp technologiczny sprawiają, że obecnie mamy godzinę 23.58 i 31 sekund. To oznacza, że jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko zagłady.Głównymi osiami zimnej wojny były wyścig zbrojeń i wojny zastępcze, czyli konflikty zbrojne toczone w Azji, Afryce czy Ameryce Łacińskiej, gdzie Stany Zjednoczone i Związek Sowiecki wspierały przeciwne strony. Najsłynniejszą była oczywiście wojna w Wietnamie, podczas której rywalizacja Waszyngtonu i Moskwy na szczęście nie eskalowała napięć do etapu zrzucenia na rywala bomby atomowej.Od kiedy wojskowi zwęszyli potencjał z uwalniania energii z atomu, nuklearny miecz Damoklesa na zawsze zawisł nad ludzkością. Okres zimnej wojny to czas, gdy rozmaite idiotyczne pomysły mogły zakończyć się hekatombą. Wiele na lata zostało utajnionych. Dziś jednocześnie fascynują, ale i przerażają. Jednym z takich incydentów było zgubienie przez Amerykanów urządzenia nuklearnego w Himalajach. Ono do dziś gdzieś tam jest.Przenieśmy się do 1965 roku. Lekka odwilż, godzina 23.48 na Zegarze zagłady – od dwóch lat funkcjonuje Układ o zakazie prób broni nuklearnej w atmosferze, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą, podpisany 5 sierpnia 1963 roku w Moskwie, między Związkiem Sowiecki, Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią. W tym czasie jednak zaczyna się wybijać nowe mocarstwo atomowe – komunistyczne Chiny.Komunistyczne Chiny stawiają na atomKilkanaście lat po ukonstytuowaniu Chińskiej Republiki Ludowej kraj zacofany dołączył do grona mocarstw jądrowych. Mao Zedong szybko postawił na program atomowy, oceniając, że jego rodacy bardziej go potrzebują niż jedzenia, szkół czy szpitali. Zwieńczeniem pierwszego etapu był detonacja pierwszej bomby 16 października 1964 roku na poligonie Lop Nor w prowincji Xinjang.Bomba została wybudowana przy pomocy sowietów, choć już wtedy, po śmierci Stalina, relacje na linii Moskwa-Pekin uległy znaczącemu ochłodzeniu. Amerykanie nie bardzo mieli pomysł jak wykorzystać ten rozłam, dalej wspierali Tajwan, utrzymując z kontynentalnymi Chinami stosunki co najwyżej umiarkowane.Ponieważ był to czas zimnej wojny, amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza miała masę co lepszych pomysłów, jak podejść Chińczyków. Jednym z najbardziej oryginalnych i tajnych – a trzeba pamiętać, że wtedy wszystko było tajne przez poufne – było zainstalowanie anteny zasilanej atomowym generatorem na szczycie w Himalajach.Było tak. Generał Curtis LeMay, szef sztabu Sił Powietrznych USA – pomysłodawca najbardziej zabójczego nalotu w historii, i nie były to Hiroszima czy Nagasaki – uczestniczył w pewnym przyjęciu koktajlowym. Był na nim też Barry Bishop, fotograf pracujący dla magazynu „National Geographic” i wspinacz, który miał na koncie między innymi Mount Everest. Bishop zachwalał widoki ze szczytów w Himalajach, z których rozpościera się piękny widok na setki kilometrów głąb Tybetu i Chin. LeMay dodał dwa i dwa.Tajna operacja CIAGenerał szepnął komu trzeba i do fotografa zgłosili się agencji CIA. Poprosili o zorganizowanie tajnej ekspedycji pod przykrywką badań naukowych. Zadaniem Bishopa było znalezienie śmiałków i stworzenie przykrywki. Alternatywną operacją była fikcyjna „Sikkimska Ekspedycja Naukowa”. Zatrudnienie zapalonego wspinacza Jima McCarthy'ego to tajnej akcji było już na serio. Płacono mu niebagatelny tysiąc dolarów miesięcznie za „zadania w zakresie bezpieczeństwa narodowego”.Namówienie indyjskiego rządu do udzielenia pomocy nie nastręczało trudności. Delhi chętnie przystało na propozycję. Obawiano się bowiem wzrostu znaczenia komunistycznych Chin, szczególnie po przegranej wojnie jesienią 1962 roku. Porażka kosztowała utratę Aksai Chin i Północno-Wschodniego Obszaru Granicznego (NEFA) – górzystych terenów pozbawionych znaczenia gospodarczego i strategicznego, których jedyną wartością był prestiż ich posiadania.Wyznaczony do kierowania akcją wspinaczkową kpt M.S. Kohli nie był jednak do niej przekonany. „To była bzdura” – mówił później. Kręcił nosem między innymi na pierwszy cel CIA – Kanczendzongę (8586 metrów n.p.m.), trzeci co do wysokości szczyt świata. „Powiedziałem im, że ktokolwiek doradza CIA, jest idiotą” – opowiadał.Co ciekawe, także McCarthy był zdania, że Kanczendzonga to samobójstwo. „Spojrzałem na ten plan Kanczendzongi i powiedziałem: 'Zwariowaliście?'” – odnotowano słowa młodego prawnika. Ostatecznie wybór padł na nieco niższą górę Nanda Devi (7816 metrów n.p.m.), ale też z efektowną panoramą na Chiny.Góra na cześć bogini śmierciPerspektywy wywiadowcze może i były obiecujące, ale sama góra to potwór. Nazwano ją na cześć Kali, żony Śiwy, hinduistycznej bogini śmierci. Patronka dobrana idealnie. Ściany mają wysokość nawet 4 tysiące metrów, odsłonięta grań między szczytami liczy przeszło 3 kilometry. Śmiałkom towarzyszy silny wiatr, ostre krawędzie. Jeden błąd i spada się setki metrów w dół.Pierwsze zdobycie wschodniego wierzchołka w 1951 roku sirdar Tenzing Norgay, późniejszy pierwszy zdobywca Everestu, uważał za swoją najtrudniejszą wspinaczkę. Szczyt zdobył zresztą przypadkiem. Razem z Francuzem Louis Dubostem ruszył na poszukiwania towarzyszy, Rogera Duplata i Gilberta Vignesa, którzy zginęli podczas przekraczania grani szczytowej.Za kulisy operacji CIA zajrzeli dziennikarze „New York Times”. Zasady rekrutacji śmiałków były proste – kandydat musiał umieć się wspinać i trzymać gębę na kłódkę. Wybrańców wspierali Szerpowie. Grupa miała wnieść i zainstalować antenę, kable oraz SNAP-19C, czyli zasilanej plutonem generator, podobne do dziś są w użyciu przy eksploracji głębin morskich czy przestrzeni kosmicznej – siedem prętów z paliwem nuklearnym, rozpraszacze ciepła i tak dalej. Cały zestaw ważył około 23 kilogramów.Wspinaczka została zorganizowana na łapu-capu. Wspinacze zostali przetransportowali na górę we wrześniu 1965 roku. Żaden styl oblężniczy i droga od podnóża – helikopter wysadził ich już na dużej wysokości, efekt był taki, jaki musiał być – kilku członków ekipy się rozchorowało.Pluton ogrzewał wspinaczyLudzie nie byli przyzwyczajeni nie tylko do wysokości, ale i zimna. Łatwiej było sobie poradzić z zimnem – pomagał pluton, izotop Pu-238 jako radioaktywne paliwo wydziela bowiem ciepło. Wszyscy chcieli jednocześnie być blisko bagażu oraz jak najdalej od niego. Zgoda wśród Szerpów panowała tylko co do tego, że nikt nie chciał go targać. „Wtedy nie mieliśmy pojęcia o niebezpieczeństwie” – przyznał Kohli.Warunki były ekstremalne, nawet jak na Himalaje. 16 października misja była już bardzo blisko szczytu, a jednocześnie jakby lata świetlne od niego. „Byliśmy w 99 procentach martwi. Mieliśmy puste żołądki, nie mieliśmy wody, jedzenia, do tego byliśmy kompletnie wyczerpani” – wspominał Sonam Wangyal, jeden Szerpów.Misja CIA najwyraźniej nie spodobała się bogini Kali. Przed atakiem szczytowym wiatr się wzmógł, chmury zgęstniały, rozszalała śnieżyca, że nie tylko nie było widać Chin, ale i własnej ręki. Z dołu zemstę żony Śiwy oglądał kpt. Kohli, zdawał sobie sprawę, że z mocą nadprzyrodzoną lepiej nie igrać.Czytaj także: Trump wraca do pomysłu z czasów zimnej wojny. Rosjanie nie pozostają dłużni„Obóz Czwarty, tu baza. Słyszycie mnie?” – rzucił do radia Kohli. Odpowiedź nie nadeszła. „Obóz czwarty, jesteście?” – powtórzył. Po chwili nadeszła przytłumiona odpowiedź: „Tak... tu... Obóz... Czwarty”. „Wracajcie natychmiast. Nie traćcie ani minuty” – rozkazał oficer. „Tak, sir” – powiedzieli wspinacze.Kohli dobrze wiedział, co szykuje góra. Kluczowe było uratowanie wspinaczy, cała reszta była nieważna. „Zabezpieczcie urządzenie. Nie znoście go” – padł rozkaz. „Tak, sir” – potwierdzili niefortunni himalaiści. McCarthy zachował dość rozsądku. „Musicie wyłączyć ten generator, popełniacie ogromny błąd!” – przekonywał. Ale nie było już komu wyłączać.Atomowe ustrojstwo zostawiono w lodzie. Około 2 kg plutonu Pu-238 i Pu-239, mniej więcej jedną trzecią tego, czym nafaszerowano bombę Fat Man, która eksplodowała nad Nagasaki. W następnym roku wysłano kolejną misję, która miała odzyskać tajne urządzenie szpiegowskie, ale półkę skalną, na której je zostawiono, zmiotła lawina.Podjęto kolejne misje poszukiwawcze z detektorami promieniowania, czujnikami podczerwieni, ale antena z plutonowym zasilaczem przepadły, „Ta cholerna rzecz była bardzo ciepła. Roztopiłaby lód wokół niej i dalej tonęła” – ocenił zapewne nie bez racji McCarthy. Wzrusza reakcja zatroskanych oficerów CIA. „O mój Boże, to będzie bardzo, bardzo poważne. To kapsuły z plutonem!” – wspominał ich słowa Kohli.Zapewne aparatura zapadła się w głąb Nanda Devi, najwyraźniej bogini Kali ma apetyt nie tylko na ludzi, ale także plutonowe akumulatory. Są gdzieś tam do dziś. Warto dodać, że lodowiec z Nanda Devi zasila Ganges, świętą rzekę dla wyznawców hinduizmu i źródło wody dla setek milionów ludzi.Sprawdzona taktyka USAStany Zjednoczone postawiły na sprawdzoną taktykę. Żadna operacja z umieszczeniem atomowego radaru nie miała miejsca. Tajne przez poufne. W tuszowanie zgodnie zaangażowały się Waszyngton i Delhi. Rządy współpracowały, byle prawda nie wyszła na jaw. Może nie dojdzie do skażenia albo jeszcze gorzej – skandalu.Ale skandal wybuchł. W 1978 roku młody, ambitny reporter Howard Kohn trafił na trop historii i opublikował ją w magazynie „Outside”. Nie jest on szczególnie popularny w Indiach, ale i tam dotarło opracowanie artykułu. Z miejsca doszło do reakcji łańcuchowej, jakby rozszczepiono atom – protesty, oburzenie, transparenty, „CIA zatruwa nasze wody!”. Wrzało.Ówczesny prezydent Jimmy Carter i premier Indii Morarji Desai zaangażowali się, by uciszyć sprawę i było jak dawniej. Napisał do Desaia osobisty list, w którym pochwalił premiera za sposób, w jaki poradził sobie z „problemem urządzenia w Himalajach”. Zagrożenie ekologiczne na niewyobrażalną skalę nazwał „niefortunnym incydentem”.Trudno przewidzieć możliwe konsekwencje tego „niefortunnego incydentu”. Z jednej strony rzeki w Himalajach niosą takie masy wody, że teoretycznie mogą rozrzedzać wszelkie zanieczyszczenia. Z drugiej, pluton jest niezwykle toksyczny i obcowanie z nim może wywoływać między innymi raka wątroby, płuc czy kości. Jeżeli generator został uszkodzony, zbliżenie się do niego bez zabezpieczeń, to w zasadzie pewna choroba popromienna a w dalej choćby białaczka.Materiał dla brudnej bomby?Wykluczyć można jedynie eksplozję nuklearną. Urządzenie nie miało bowiem kluczowego elementu bomby, czyli zapalnika. Teoretycznie możliwy jest jednak taki scenariusz, że SNAP-19C zostaje znaleziony, plutonowy rdzeń wymontowany, zaś materiały rozszczepialny trafia do brudnej bomby, czyli takiej, która rozprasza materiał radioaktywny.Na szczęście żaden złowrogi scenariusz się nie ziścił. Niefortunna wspinaczka na Nanda Devi zaowocowała jednak ciekawym odkryciem w listopadzie w... garażu w Bozeman w stanie Montana. Natrafiono na dokumenty Bishopa – zgodę na urlop udzieloną przez „National Geographic”, plan ataku szczytowego, wyciągi bankowe, zdjęcia, listy sprzętu i menu czy fałszywe wizytówki, wszak była to tajna operacja. Zimna wojna, wiadomo.Ile podobnych przeprowadzono? Ile razy wojskowi kombinowali z atomem, stwarzając realne zagrożenie dla ludzkości. W 1950 roku bombowiec B-36 wyrzucił bombę atomową do Pacyfiku w rejonie archipelagu Haida Gwaii u wybrzeży Kanady, ponieważ zapaliły mu się trzy z sześciu silników. Samolot rozbił się w drodze z Alaski do Teksasu. Zginęło pięciu członków załogi, dwunastu uratowało się dzięki skokom na spadochronie.Bombę odnalazł nurek w 2016 roku. Władze zapewniają, że nie była uzbrojona wkładem z plutonu i przypuszczano, że eksplodowała w oceanie. Pojawiły się doniesienia, że bombowiec miał symulować atak nuklearny na San Francisco, a na pokładzie miał bombę atomową Mark VI o wadze blisko pięciu ton, podobną do tej, która w Nagasaki zabiła 39 tysięcy osób.Idiotyczne pomysły z KremlaJeszcze bardziej idiotyczne pomysły mieli sowieci. Zamarzył im się podterenowy kret bojowy z reaktorem jądrowym, służący do niszczenia amerykańskich instalacji wojskowych, w tym podziemnych silosów rakietowych, a w razie potrzeby do zdetonowania bomby atomowej pod terytorium USA. W prace nad pojazdem był zaangażowany między innymi wybitny fizyk jądrowy Andriej Sacharow, współtwórca sowieckiej bomby wodorowej i późniejszy laureat Pokojowej Nagrody Nobla.Ponieważ to Rosja można było spodziewać się szczególnego niedbalstwa, typowego dla tego zdegenerowanego kraju. Warto przypomnieć jak to na przełomie 1957 i 1958 roku doszło do szeregu incydentów w Kombinacie Chemicznym „Majak” w Kysztymie na Uralu. Tak nieostrożnie usuwano tam odpady, że doszło do awarii systemu chłodzenia, która spowodowała eksplozję chemiczną zbiornika zawierającego odpady atomowe.Efektem było skażenie 30 wiosek oraz śmierć co najmniej kilkuset ludzi, być może nawet kilkunastu tysięcy. Długo nikt nie dowiedział się o tragedii w Kysztymie, gdyż jej jedynym śladem było usunięcie z map wiosek, które spotkała zagłada. Klasyczne rosyjskie myślenie. Jeszcze dziś teren ten jest wysoce radioaktywny. To już jednak temat na inną opowieść. Misja CIA na Nanda Devi czy rosyjskie porażki nuklearne mają kilka wspólnych mianowników. Pokazują, jak bardzo ludzkość nie dorosła do obcowania z atomem i jak przez własną głupotę igra z realną możliwością własnej zagłady.